Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 listopada 2016

Dlaczego Donald Trump wygrał? I kolejna rzecz o sondażach.

Ktoś może mieć zażalenie, czemu nie pisałam o wyborach w Polsce rok temu, czemu nie pisałam o Brexicie, tylko nagle pisze sobie o Donaldzie Trumpie, 45. Prezydencie Stanów Zjednoczonych. Odpowiedzi mam w zasadzie dwie: pierwsza to tak, że nawet jeśli komuś się to nie podoba, to USA są mocarstwem na świecie i sporo od ich polityki zależy. To nie jest kraj bardzo odległy, który może sobie robić pewne rzeczy bez konsekwencji dla reszty globu. Po drugie: no cóż, może to i z mojej strony naiwność, ale do środy łudziłam się, że może ludzie się opamiętają, bo to, że świat skręca coraz bardziej w prawo to fakt dla mnie znany od czasów moich studiów - już wtedy powtarzano na wykładach, że obecne pokolenie młodych ludzi, przynajmniej w Polsce (bo w USA chyba jednak jest nieco inaczej), jest o wiele bardziej konserwatywne od poprzedniego pokolenia. Dlatego wybór Trumpa nie zaskakuje, ale jest pewnego rodzaju konsekwencją. I o tym chcę pomówić. 

Mogłabym tu wstawić Trumpa z wyjątkowo głupią miną (a niemało jest takich zdjęć), ale uważam, że każdy taki wizerunek w pewnym sensie kształtuje odbiorcę, dlatego wybrałam w miarę neutralne zdjęcie. Źródło: www.slate.com
Z góry zaznaczę, że nie chcę mówić w tym tekście o tym, jakim prezydentem będzie Trump, a to z prostego powodu: uważam, że socjolog nie jest wróżką i nie powinien się zajmować takimi analizami. Zostawmy to politologom, amerykanistom. Dlatego też, choć raczej o tym nie wspominałam na blogu, przyznam się do tego, że wybitnie irytują mnie socjologowie w mediach, którzy świadomie lub też sprowokowani bawią się w takie wróżki i różne przewidywania. Kto jak kto, ale oni powinni wiedzieć, że czasem jedno, niepozorne zdarzenie sprawia, że społeczeństwo odwraca się w kompletnie innym kierunku. Ale chcę porozmawiać o przyczynach takiej sytuacji. Do tej krótkiej analizy można dopasować też inne zdarzenia, jak kryzys imigracyjny i stosunek społeczeństwa do niego, Brexit, wybory w Polsce. Wszystkie te wydarzenia w pewnym sensie się łączą. 

A czym zawiniła Hillary Clinton, że wyborcy w Stanach nie zdecydowali się na pierwszą kobietę - prezydenta? O tym również w tekście. Źródło: www.nationalreview.com
Fascynuje mnie to, że wielu komentatorów, czy to blogerów, czy dziennikarzy, czy zwykłych ludzi ma często podejście zero-jedynkowe przy próbie odpowiedzi na pytanie, dlaczego wygrał Donald Trump. Pojawiają się w zasadzie dwie skrajne opinie, przy czym jedna bardziej odpowiada na pytanie "Dlaczego Hillary Clinton przegrała?". Jednakże społeczeństwo jest na tyle skomplikowanym tworem, że to nie znaczy, że jedna teza musi wypierać drugą, a wręcz przeciwnie - mogą być one bardzo ze sobą powiązane, choć czasem w niezbyt oczywisty sposób.

Od 2008 roku mamy kryzys gospodarczy. Kryzys gospodarczy w kapitalizmie jest zjawiskiem cyklicznym, najczęściej spowodowany tym, że dochody mieszkańców danego państwa (czy nawet całego świata) nie nadążają za produkcją dóbr, w związku z czym po prostu na rynku mamy zalew towarów - często przekłada się to również na jakość, ale to temat na inne, bardziej ekonomiczne dywagacje, ale niestety - nie ma tego komu kupować. W 2008 roku było to związane z rynkiem nieruchomości w Stanach Zjednoczonych - banki dawały kredyty ludziom w wysokości 100% wartości nieruchomości na masową wręcz skalę. Niestety, pieniądze na te kredyty w końcu się skończyły i okazało się, że ludzie nie mają również ich z czego spłacać. Konsekwencją tego było m.in. zaostrzenie systemu kredytowego, ale także upadłość wielu firm ubezpieczeniowych, czy nieprawidłowe zarządzanie (głośne było to, jak pewna firma ubezpieczeniowa wzięła od państwa sporą sumę pieniędzy na ratowanie firmy - okazało się, że za te pieniądze zarząd wypłacił sobie duże premie). Dalszą konsekwencją takich działań była słynna reguła św. Mateusza - bogatsi zaczęli się jeszcze bardziej bogacić, a biedni stawali się coraz biedniejsi.

Szczególnie odczuły to pewne grupy społeczne w Stanach Zjednoczonych, np. młode pokolenie zwane millenialsami - studia bez zaciągania ogromnego kredytu praktycznie stały się niemożliwe, a praca po nich okazała się słabo płatna lub nie spełniająca oczekiwań (np. brak możliwości rozwoju, awansu). Odczuły to również grupy pomijanych ludzi od wielu, wielu lat - np. w filmach amerykańskich nie zobaczymy obrazu robotników tracących pracę, ponieważ firmy przeniosły się do Meksyku lub któregoś z krajów azjatyckich, gdzie produkcja jest tańsza. Jednocześnie widząc, jak elity - czyli bankierzy, politycy, wielcy przedsiębiorcy, celebryci - ciągle się bogacą (czasami w niezbyt uczciwy sposób) - powodowało to w tych ludziach frustrację. Stąd m.in. ruch Occupy Wall Street. 

Tak, Ameryka to kraj pełen kontrastów. W filmach i serialach widzimy życie na poziomie, tzw. "amerykański sen", kraj w którym wystarczy tylko chcieć, aby coś osiągnąć. Rzeczywistość jest jednak inna, a zgodnie z zasadą socjologii Petera Bergera: "nic nie jest takie, jak się wydaje". Wiem, że dowody anegdotyczne nie są żadnymi dowodami, ale w mediach widuję wiele pesymistycznych wypowiedzi ze strony młodych ludzi w USA - wcale nie chwalą swojego kraju, mówią, że jest ciężko, że na wszystko trzeba mieć pieniądze, a nawet najlepsze studia nie gwarantują dobrej pracy - a wisi nad nimi kredyt. Z kolei tych, którzy są "white trash" również irytują elity i media, które są oderwane od rzeczywistości. Ich problemy są pomijane, nawet jeśli ktoś się nad tym pochyli, to właściwie nie wyciąga żadnych wniosków. 

Ta frustracja musiała w końcu znaleźć swoje ujście. I znalazła, zresztą, nie tylko w USA, w populistycznych poglądach. A takie miał (czy dalej ma, nie wiem, zwłaszcza, że bardzo stonował swoje podejście) Donald Trump. Człowiek, który powiedział, że zna rozwiązanie, "jak uczynić Amerykę ponownie wielką". Człowiek, który obiecał miejsca pracy, wydalenie nielegalnych imigrantów (oskarżanych przez prawicę o zabieranie miejsc pracy) czy muzułmanów (ze strachu przed terroryzmem). To przemówiło do tych ludzi. Nie można odmówić Trumpowi charyzmy - zwłaszcza, że wielu ludziom spodobała się "szczerość" (choć jak dla mnie bardziej chamstwo, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego to się tak podobało - coś na zasadzie tłumionych emocji), ale fascynuje mnie to, jak Trump zdołał przekonać ludzi, że jest antysystemowy i antyestablishmentowy. Niestety, ale człowiek, który wyrósł w tym systemie tak łatwo z niego nie zrezygnuje - chociażby dlatego, że nie zna innego wzorca. 

Zdjęcie to mówi bardzo wiele - państwo Clinton byli gośćmi na weselu Donalda Trumpa. Dlaczego więc nowy prezydent jest kreowany na kogoś antysystemowego? Źrodło: www.people.com
Jest jednak jeszcze druga teza, którą chętnie forsuje druga strona, a zwłaszcza młodzi ludzie w Stanach. Nie wygrał Trump, a wygrał seksizm, rasizm, ksenofobia i homofobia. Trudno jednak powiedzieć, że jest to nieprawda. Donald Trump zasłynął z kontrowersyjnych wypowiedzi, czym zraził do siebie wielu ludzi, zwłaszcza mniejszości rasowych czy narodowych oraz przede wszystkim zraził do siebie kobiety wszelkiej maści - za jego seksistowskie wypowiedzi, a także za oskarżenie o gwałt. 

Trzeba powiedzieć sobie wprost - wciąż biały, heteroseksualny mężczyzna, do tego chrześcijanin, jest członkiem najbardziej uprzywilejowanej grupy w Stanach Zjednoczonych. Mówi się w Polsce coraz głośniej o tym, że trzeba walczyć z seksizmem itd., ale tu jednak przyznam po części rację prawej stronie - w Stanach Zjednoczonych jest o wiele gorzej. Wynika to przede wszystkim z kultury - w USA namnożyło się odłamów religii chrześcijańskich, często są to odłamy kontrowersyjne, jak np. mormoni, amisze czy świadkowie Jehowy. Łączy je jedno - literalne przywiązanie do słów zawartych w Biblii (stąd słynne Bible Belt, czyli konserwatywne stany), co skutkuje również seksistowskim stosunkiem do kobiety. W pewnych miejscach w USA władczy stosunek ojca do córek jest uważany za coś normalnego, a służalcza rola kobiety jest również tam "czymś naturalnym". Do pewnego momentu w USA całkiem normalne było to, że kobiety wybierały się na studia po to, by złapać męża, później najczęściej rezygnowały z dalszej edukacji, a także kariery zawodowej. 

Warto jednak zaznaczyć, że Trump zirytował sporą część konserwatywnych wyborców, będąc zaprzeczeniem wartości - konserwatyzm wskazuje na tradycję, a tymczasem Donald Trump jest rozwodnikiem, ma trzecią żonę, o swojej córce wyraża się w sposób, jaki nie przystoi ojcu, w dodatku niejasne są jego zaznania podatkowe (żeby nie powiedzieć, że na nich oszukiwał). 

Jak jednak to wszystko wpisuje się w wyborców Trumpa? Otóż od momentu wyborów krążą różne tabele dotyczące tego, jak głosowały poszczególne grupy demograficzne, według badań exit polls zaraz po wyborach. Tabele te opublikował The New York Times, a ja przedstawię tylko kilka najciekawszych (i najważniejszych).





Jak widać, na Trumpa głosowali głównie biali mężczyźni w średnim wieku, bez wyższego wykształcenia, ale widać nieznaczną różnicę w przypadku rocznego dochodu - tutaj ci, co zarabiają powyżej 50 tys. dolarów rocznie chętniej oddawali głos na Trumpa. Te 50 tys. to magiczna granica, od której uznaje się, że mamy do czynienia z kimś klasy średniej.

Można się kłócić, że Trump nie wygrałby samymi głosami klasy średniej i wyższej. Jednak dane mówią co innego. Zakładając, że cała klasa średnia i wyższa głosowałyby na Trumpa, to wygrałby. Udowadniają to dane ze spisu powszechnego

Wykres zrobiony własnoręcznie na podstawie tabeli udostępnionej do ściągnięcia. Wprawdzie z lewej mamy 2015, a z prawej - 1967, to łatwo można zauważyć, że klasa średnia robi się coraz większa, z niewielkimi spadkami. Uwaga: dwa razy mamy pokazany rok 2013, ponieważ badanie było robione dwukrotnie w tym roku, dotyczyło ono nieco innych kwestii.
A jeszcze ciekawiej robi się, gdy weźmiemy pod uwagę tylko ludność białą:

Choć tak jak wspomniałam - Ameryka to kraj kontrastów, wielu kultur, to nie można dać sobie wmówić, że jest to kraj biedny. Ani przekładać polskich, rodzimych warunków na cudze. 

Miało być jeszcze o sondażach. Zainspirowała mnie do tego opinia Zwierza Popkulturalnego i pod jej wpływem zaczęłam się zastanawiać. Może faktycznie coś w tym jest, że sondaże, które w niedawnym czasie pomyliły się w prawie każdym przypadku, nie są już wiarygodne? Może najlepiej byłoby je wycofać i zamiast tego skupić się na przekonywaniu do kandydata w inny sposób, a nie dlatego, że lepiej wypada w sondażach? 

Pomyślałam sobie o swojej pracy magisterskiej i o wniosku, który zawarłam, a mianowicie - czy aby na pewno każda znana metoda jest zawsze sprawdzona i zawsze dobra? Przykładowo, badając fandom nie mogłam zastosować metody ilościowej, nie znając populacji. Badając zjawiska powiązane z Internetem jest to niemalże niemożliwe. I coś takiego stało się ostatnimi czasy - ludzie na mediach społecznościowych swoje, a sondaże co innego. Co zawodzi? Metoda? Być może - pamiętam, jak sama miałam telefon z sondażem dla TVNu (wylosowano mnie) i zadano pytanie, na kogo bym głosowała. Miałam wybrać z listy kandydatów, ale... Nie było odpowiedzi "nie wiem" lub "nie mam swojego kandydata". Dlatego też odpowiednio stworzone kafeterie mogą fałszować obraz. Czy ludzie kłamią? Nie sądzę, ale raczej może tu działać magia przekory, a także (co mnie bardzo martwi) brak zaufania do nauki i krytycyzm wobec sondaży czy innych metod badań nauk społecznych. Być może dzisiaj nie znamy dobrej metody, by badać odpowiednio te nastroje przedwyborcze. Ale być może ją poznamy, zwłaszcza, że w dobie Internetu bardzo szybko się wszystko zmienia.

Tak jak wspomniałam - nie będę bawić się w wróżkę, bo nie wiem, jakie konsekwencje będzie miał ten wybór w USA. Ale warto się zastanowić, skąd takie nastroje się biorą, ile jest składowych, ile różnych wniosków można wyciągnąć. Warto też czytać i poznawać Stany Zjednoczone nie tylko filmowo. Bo póki co jest to kraj, z którym trzeba się liczyć. 

niedziela, 3 kwietnia 2016

Słowo o aborcji, czyli wara od połowy populacji Polski

Ostatnie wydarzenia zmusiły mnie do napisania wpisu, który nie będzie do końca obiektywnym i suchym spojrzeniem na rzeczywistość, która mnie otacza. Dotyczy bowiem on problemu, który być może kiedyś spotka i mnie. A jeśli nawet nie mnie, to kogoś z moich najbliższych. Być może to będzie koleżanka, może to będzie moja przyszła córka lub synowa (jeśli będę miała dzieci oczywiście), być może to będzie kuzynka, siostra, jakaś znajoma. Albo prędzej czy później, jeśli planowana ustawa o aborcji przejdzie przez nasz rząd (a choć jest to projekt obywatelski, to ma oficjalne poparcie rządu oraz Kościoła), w jakiś sposób dotknie to każdego. Tak, o mężczyznach też mówię, bowiem może to dotyczyć ich najbliższej kobiety - matki, siostry, żony. 

Niech wieszak, czyli symbol okrucieństwa wobec kobiet, które zdesperowane dokonywały niebezpiecznego zabiegu aborcji, będzie symbolem tego wpisu. Źródło: wp.pl

Aborcja to temat kontrowersyjny i budzący emocje nie tylko w naszym kraju. Nawet w krajach, które mają o wiele bardziej liberalne przepisy aborcyjne, jest tematem trudnym i ciągle zdarzają się protesty wobec tych przepisów. W Stanach Zjednoczonych, w kraju o najbardziej liberalnych przepisach, dochodzi wręcz do aktów terroru wobec kobiet, które chcą dokonać aborcji. Niech przykładem będzie chociażby niedawna strzelanina w klinice aborcyjnej. W Polsce w 1993 wypracowano tzw. "kompromis aborcyjny", który obecnie dopuszcza aborcję w trzech przypadkach:
  • kiedy zagrożone jest zdrowie lub życie matki,
  • kiedy występuje podejrzenie ciężkich i nieodwracalnych wad płodu,
  • kiedy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego, czyli gwałtu.
W pozostałych przypadkach kobieta "musi" rodzić. Dlaczego użyłam cudzysłowu? O tym później. Organizacja Ordo Iuris chce natomiast zmienić tę ustawę, o czym można poczytać tutaj (tekst na samym dole). Różne media przystąpiły do dość szczegółowej analizy o tym, co dalej, co może wynikać z takiej ustawy, a nie jest powiedziane o tym wprost, więc organizacja zaczęła się bronić, mówiąc o tym, że pewne zapisy zostały przeinaczone i zmanipulowane. Mimo wszystko, brzmią nadal niepokojąco.

Po pierwsze, w zapisie jest mowa o tym, że lekarz, który podejmuje działania lecznicze konieczne w celu ratowania życia matki, nie podlega karze więzienia. Również nie ma o tym bezpośrednio w ustawie, ale wynika z niego wprost, że w takim razie nie kobieta decyduje o tym, czy ciążę przerwać, lecz lekarz. Jednocześnie nie może podjąć żadnych działań leczniczych, które w jakiś sposób sprawiłyby, że byłoby ryzyko poronienia. Dotyczy to między innymi badań prenatalnych (niewielkie ryzyko, ale jednak jest). Tym samym rodzice tracą szansę na to, by dziecko urodziło się zdrowe - bo badania prenatalne nie tylko mówią o nieodwracalnych wadach płodu, ale też pomagają dobrać odpowiednie leczenie, także te w łonie matki (jeśli oczywiście jest to możliwe). Co gorsze - nie ma nic o prawie do aborcji w przypadku, gdy wady płodu są ciężkie i nieodwracalne ani w przypadku gwałtu. I to jest chyba najgorsze w tym wszystkim. 

Co sądzą Polacy o aborcji? Według badań CBOSu wyniki pokrywają się z tym, na co pozwala dzisiejsze prawo:

Źródło: gazeta.pl za CBOS.
Jednakże jedynie badacze zauważają spadek odpowiedzi "tak" w przypadku sytuacji, gdy wiadomo, że dziecko urodzi się upośledzone. Z czego to może wynikać? Mam tutaj dwie tezy. Pierwsza z nich to niedoprecyzowanie odpowiedzi. Upośledzenie może być oczywiście lekkie, które przy dobrej rehabilitacji pozwala na godne życie w społeczeństwie, ale może być też ciężką wadą, przy której nie ma żadnych szans na przeżycie. Statystyka jest nieubłagana. Choć takie wady, jak łuska arlekinowa są bardzo rzadkie, to jednak w tak dużym kraju jak Polska mają prawo wystąpić. Druga kwestia to taka, że niestety, propaganda środowisk pro-life, która mówi o tym, że "morduje się dzieci z zespołem Downa" zrobiła swoje.

Inne badania CBOSu również pokazują raczej braki w edukacji seksualnej, niż jakieś twarde przekonania na temat seksualności człowieka. Przykładowo niedawne badanie na temat "pigułki po" pokazuje przede wszystkim obawy, że taka forma antykoncepcji jest popularna i jest szkodliwa. W pewnym sensie to prawda - taka pigułka po jest bowiem jak bomba atomowa dla organizmu, ale nie sądzę, że byłoby dużo kobiet, które biegały po nią co miesiąc, zwłaszcza przy jej cenie. W dodatku nie bez powodu nazywa się ją antykoncepcją awaryjną. Myślę też, że sporo do tego ma nauczanie Kościoła. 

Na wielu blogach i innych portalach wysuwano niejednokrotnie argumenty "pro-choice", czyli będące za wyborem. Bo właśnie - często wskazuje się na konflikt "pro-choice vs. pro-life". Z tym, że ten drugi ruch tak naprawdę ma dość mało wspólnego z obroną życia - jak to wskazała pewna amerykańska zakonnica, ruch ten broni "nienarodzone dzieci" właśnie do momentu porodu. Potem nikogo nie interesuje, co dalej. Co więcej, prawo do aborcji absolutnie nie kłóci się z byciem katolikiem, o czym wielu zapomina. Mówi się o "dźwiganiu własnego krzyża", podczas gdy być może podjęcie takiej, a nie innej decyzji jest tym dźwiganiem krzyża? Kościół zachowuje się, jakby był wyjątkowo niepewny siebie, jakby bał się, że straci wyznawców, że zaraz każda kobieta pobiegnie do kliniki aborcyjnej. Ale to jednak nie jest tak, że każda kobieta o tym marzy.

A tymczasem w Polsce rozwija się podziemie aborcyjne. Nie wiem, czy ktokolwiek prowadził badania jakościowe na temat dokonania aborcji przez Polki - a myślę, że takie się przydało. Choć temat jest delikatny i nie wiem, czy ktoś by się go podjął - głównie ze strachu przed napiętnowaniem. Dlatego też użyłam sformułowania, że kobieta w tym kraju "musi" urodzić dziecko. Nie. Jestem zdania, że jeśli kobieta zechce, to i tak znajdzie sposób. Nie jest problemem znalezienie strony klinik aborcyjnych na Słowacji czy w Niemczech (część z nich ma nawet polskie wersje). Gdy wpisałam w google "klinika aborcyjna Niemcy" od razu pojawił się dopisek "cena". To nie jest więc tak, że kobiety nie znajdą sposobu. Musi urodzić ta, która go nie znajdzie. Ta, której nie uda się niebezpieczny zabieg (o ile nie wpłynie negatywnie na zdrowie czy życie) lub która nie ma pieniędzy na zabieg w Niemczech lub na Słowacji. Pozostałe kobiety, które nie chcą mieć dzieci, muszą niestety je rodzić. A potem się dziwimy, że spotykają nas historie o mamach Madzi czy o dzieciach na śmietniku. 

Dlatego jestem przeciwko zaostrzaniu obecnej ustawy antyaborcyjnej. Nie jest ona idealna, chciałabym, aby aborcja w tym kraju była dostępna na życzenie, wraz z powszechną antykoncepcją i porządną edukacją seksualną. Przykład Colorado pokazuje, że to działa. W tym stanie mieli problem z dużym odsetkiem aborcji wśród nastolatek. Po wprowadzeniu edukacji seksualnej do szkół i powszechnego dostępu do antykoncepcji ten odsetek wyraźnie zmalał. To jest najlepsze rozwiązanie problemu. Nie zamiatanie pod dywan. Nie zakazy. Bowiem łatwo jest być moralnym w świecie pełnym zakazów, umywać ręce i myśleć, że jest okej, kiedy tak naprawdę nie jest. Ustawodawcy chcą wpędzić polskie kobiety w pułapkę bez wyjścia. Pułapkę, która nie sprawi, że będzie większy przyrost naturalny, a wręcz sprawi, że jeszcze bardziej zmaleje. 

Wszystko może się zmienić ustawą, która w efekcie może doprowadzić do strachu przed zgłaszaniem gwałtu na policję (jakby teraz nie było z tym problemu), ponieważ jednocześnie taka kobieta będzie obserwowana. Albo nawet pozbawiona wolności tylko za to, że chciała się uwolnić od koszmaru. Efektem będzie większa liczba dzieci niepełnosprawnych, które spokojnie mogłyby zostać wyleczone w łonie matki. Nie mówiąc o czymś tak oczywistym jak śmiertelność kobiet czy doprowadzanie do bezpłodności poprzez nieumiejętne zabiegi. 

Można się tu kłócić, od kiedy zarodek jest człowiekiem. Ja odpowiem tylko i wyłącznie za siebie - dla mnie zarodek ma potencjał do bycia człowiekiem. Obcy kod genetyczny nie jest warunkiem bycia człowiekiem, o czym świadczy taka choroba, jak zaśniad groniasty, Co więcej, warunkiem do bycia człowiekiem jest również odpowiedni rozwój od narodzin, przebywanie w społeczeństwie, prawidłowa socjalizacja. Przecież w przeciwnym wypadku nie mielibyśmy tzw. "dzikich dzieci". Nie oznacza to, że zabijanie narodzonego dziecka jest czymś moralnym. Ale warto się zastanowić, co zmusza do takiego kroku. Nie oznacza to też, że kobieta w ciąży nie ma prawa się przywiązać i nazywać płód "dzieckiem", "bobaskiem", "fasolką" lub znając płeć - nadać już nawet imię. Wręcz przeciwnie. Każda kobieta ma do tego prawo, jeśli tego chce, jeśli dziecko jest bardzo wyczekiwane. 

Ale właśnie stąd tytuł notki - wara od połowy populacji Polski. Jeśli ta ustawa przejdzie (a liczę, że nie, lub że zajmie się nią Europejski Trybunał Praw Człowieka), to będzie miało to wpływ na życie i prawa kobiet w całej Polsce. Będzie to oznaczało terror i zepchnięcie kobiet do roli inkubatorów. Nie można stawiać praw jednej jednostki nad drugą, zwłaszcza nad jednostką, która myśli, czuje i ma prawo do godnego życia i zachowania swojego zdrowia fizycznego i psychicznego. Na tę ustawę, jak i na każdą inną, zaostrzającą dotychczasowe prawo, nigdy nie będzie mojej zgody. 

piątek, 12 kwietnia 2013

Konferencja naukowa "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym" - krótkie sprawozdanie

W ubiegłą sobotę, tj. 6 kwietnia miałam okazję uczestniczyć w konferencji naukowej "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym", która odbyła się w Poznaniu, na Wydziale Prawa i Administracji UAM. Temat mnie bardzo zaintrygował, choć nie jestem studentką prawa, uznałam, że skoro to sobota, to warto się zarejestrować i zobaczyć, jak to będzie wyglądać.
I muszę przyznać, że ze wszystkich konferencji, otwartych wykładów, itp., w jakich uczestniczyłam, tę właśnie konferencję mogę zaliczyć do najbardziej udanych i najciekawszych. Było ku temu kilka powodów. Przede wszystkim wbrew tytułowi mogę uznać, że konferencja miała bardziej charakter interdyscyplinarny, aniżeli jedynie prawniczy. Początkowo obawiałam się, widząc listę prelegentów, że zabraknie głosu z nauk społecznych, głosu socjologicznego, który chyba jest najważniejszy przy wprowadzeniu w tematykę gender, praw kobiet, walki o emancypację, itd. Na szczęście tak się nie stało, pierwsza prelegentka bowiem (doktor Monika Frąckowiak-Sochańska, z którą miałam okazję porozmawiać podczas przerwy) była z wykształcenia socjologiem i psychologiem, co bardzo się przydało przy wprowadzeniu w tematykę, a i ja dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, np. statystyk na temat chorób psychicznych. Druga prelegentka ciekawie wprowadziła uczestników w tematykę historii walk o prawa kobiet. Kolejna zaś, choć z wykształcenia prawniczka, świetnie opisała konsekwencje stereotypów na temat płci, konsekwencje nie tylko społeczne, ale także i prawne. Muszę właśnie pogratulować doktor Buchowskiej za świetne rozeznanie, bez zbędnych uogólnień, ale i też bez przesadyzmu. 
Druga część interesowała mnie nieco mniej, bowiem traktowała bardziej o kwestiach prawnych, co do których nie orientuję się tak szczegółowo, jak tam była mowa (nie znam numerów wszystkich ustaw, kodeksów, itd.), orientuję się jedynie na tyle, na ile muszę, acz i tak muszę przyznać, że prelegenci mówili w sposób dla mnie bardzo zrozumiały. Jedynie w tej części zabrakło powiedzenia o pewnym zjawisku, które dotyczy kobiet w pracy - wspomniano o szklanym suficie, szklanych ruchomych schodach, ale zapomniano o innym zjawisku - o lepkiej podłodze. "Lepka podłoga" oznacza tyle, że kobiety jakby same się ograniczają, wybierając świadomie pewne zawody, w których płace są mniejsze, albo takie, w których nie ma możliwości awansu. Być może świadomie jednak pominięto to zjawisko, ponieważ bardziej ma ono charakter społeczny i wątpię, żeby pod względem prawnym można było coś z tym zrobić (można wprowadzić dane prawo, ale to nie znaczy, że świadomość człowieka zmieni się z dnia na dzień). 
Trzecia część była też ciekawa, łącznie z wystąpieniem pani minister Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz - prelegentki mówiły o tym, jak wygląda wprowadzenie prawa stworzonego z myślą o kobietach (np. ustawa żłobkowa) w praktyce. I cieszę się, że była taka część, uświadamiająca to, że choć przepisy prawne można zmienić, można nad tym pracować, ale praktyka może być niestety zupełnie inna. Idealnie obrazowała to, jak  bardzo musi się jeszcze zmienić polska mentalność, by zaczęto w pełni akceptować prawo i stosować się do norm prawnych. 
Co do większych zastrzeżeń - dotyczą one nie wystąpień, a bardziej dyskusji, jaka była po nich. Niestety, jakoś nie miałam czasu zabrać głosu, ponieważ i tak wszystko było opóźnione i organizatorzy musieli wszystko przyspieszyć. Ale powiem to już tutaj. Pierwsza dyskusja, po pierwszej części konferencji dotyczyła aspektów językowych. W skrócie - pojawiła się teza, że żeby nastąpiło równouprawnienie kobiet, potrzeba zmian językowych także w języku prawniczym, języku ustaw, żeby np. było zapisane "Posłowie i Posłanki", "Obywatele i Obywatelki". Teza poniekąd słuszna, bo pierwsza prelegentka mówiła, że jest udowodnione empirycznie, że jeśli nie używa się żeńskich końcówek, to człowiek automatycznie myśli o np. "lekarzu", jako mężczyźnie. Że w ogóle nie myśli się o kobietach. Dyskusja nawiązała się na temat tego, czy jest to w ogóle potrzebne. Ja osobiście uważam, że jest, aczkolwiek nie chodzi o sam język. Język kształtuje się w sposób naturalny, oddolny, niezależnie od tego, co nam narzuci prawo. Dlatego też to, czy formy "socjolożka", czy "psycholożka" przyjmą się w naszym języku, zależy od mentalności. Ale moim zdaniem przede wszystkim potrzebna jest edukacja. Potrzebne są zmiany, żeby nie było podwójnych standardów w nauczaniu, zwłaszcza w tym początkowym, gdzie przecież bardzo często mamy sytuację, że nauczyciel przyzwala chłopcu na to, żeby może nie tyle co rozrabiał na lekcjach, ale na bardziej ekstrawertyczne zachowania, głośniejsze zachowywanie się. Gdy natomiast dziewczynka jest głośno, wtedy zwraca się jej uwagę. Albo w przedszkolach - podział na zabawki, także podział kolorystyczny. Wszystko niestety zaczyna się od dzieciństwa - jeśli dziewczynka nie ma przyzwolenia wśród rówieśników na to, by bawić się klockami, które rozwijają wyobraźnię przestrzenną, to jak potem, jako dorosła kobieta, ma zainteresować się inżynierią? Potem słyszymy narzekanie, że mamy dużo kobiet na kierunkach humanistycznych, a mało na politechnicznych. Ale jest to jednak rzecz, której nie można uregulować prawnie, są to niejawne normy, na które przyzwala społeczeństwo. Choć są rzeczy, które można regulować. Jedna z prelegentek wspomniała, że ONZ dba o weryfikację podręczników szkolnych pod kątem dyskryminacji płciowej. Jeśli tak się dzieje, to jakim cudem do podręcznika szkolnego wkradło się coś takiego?
Źródło ilustracji: Polska rodzina - jaka jest, jak się zmienia?, publikacja do ściągnięcia za darmo tutaj
I w tym jest właśnie problem. Jak to prawo jest egzekwowane? Edukacja moim zdaniem jest ważniejsza, niż zmiany językowe, bowiem można ją bardziej kontrolować pod względem prawnym. 
Druga kwestia dotyczyła pewnego głosu z sali. Jedna pani bowiem była niezadowolona z faktu, że miasto, w tym i kobiety muszą płacić za to, że Poznań musi utrzymać stadion. Tym samym miałam wrażenie, że ta pani sugeruje, że stadion i mecze to tylko rozrywka dla facetów, a przecież wcale tak nie jest. Przypomniało mi to śmieszne argumenty feministek przed Euro. Argumenty moim zdaniem zbyt skrajne. 
Podsumowując: uważam, że potrzeba więcej takich konferencji i więcej takich dyskusji, choć oczywiście moglibyśmy siedzieć tam całe dnie i debatować. Generalnie bardzo mi się podobało i liczę na dalszą aktywność Prawniczego Koła Naukowego "Gender" w tym właśnie kierunku.