Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gender. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gender. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wyglądają tak uroczo! Muszą być parą! Czyli słów kilka na temat domniemanego homoseksualizmu.

Wprawdzie wpis miał być o czymś innym, a ten planowałam na jakiś późniejszy dzień, ale jednak pewien post z tumblra tak mnie zirytował, że postanowiłam zmienić kolejność. Dlatego dzisiaj będzie mowa o czymś, co roboczo nazywam "domniemanym homoseksualizmem". 

Żyjemy w czasach, kiedy to społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte. Nawet jeśli przykładowo w Polsce homoseksualizm nie jest jeszcze tak do końca tolerowanym zjawiskiem, to jednak nie jest on tematem tabu - mówi się o nim dość otwarcie, nie udajemy, że takie osoby nie istnieją. Przy tym oczywiście wciąż jest powszechna pewna heteronormatywność, czyli uznajemy potencjalnie, że dana osoba jest hetero, chyba, że powie inaczej. Przykładowo, pytamy często faceta, czy ma dziewczynę. Uznajemy, że jeśli jest organizowana studniówka, to idziemy na nią z osobą płci przeciwnej. I tak dalej. I czy to jest złe? Cóż, słynni już social justice warriors uważają, że tak. Mówią, że to jest krzywdzące dla osób, które nie są hetero. Ale czy aby na pewno? 

Zacznijmy od tego, co powiedziałam w którymś wcześniejszym poście, że jeśli za normę przyjmiemy to, co jest w większości, to fakt - heteroseksualizm jest normą. I nie uważam osobiście, że stosowanie się do heteronormatywności w codziennych sytuacjach nie jest od razu wielkim grzechem, czy dyskryminacją. Jest po prostu normalnym rytuałem (idąc za E. Durkheimem, jest to fakt społeczny). Wiąże się to po części także z tym, skąd się biorą stereotypy. Stereotypy z punktu widzenia psychologicznego (a także biologicznego) biorą się z ergonomii myślenia. Na co dzień nie zastanawiamy się nad pewnymi rzeczami, przyjmujemy je za pewnik. Ma to pewne zalety, np. jeśli widzimy kogoś podejrzanego, zamaskowanego, kto chodzi z nożem po ulicy, to chyba bezpieczniej dla nas jest przyjąć, że ten ktoś raczej nie ma dobrych zamiarów. Z heteronormatywnością może nie jest aż tak drastycznie, ale nie uważam tego za dyskryminację. Dlaczego? Bo jestem zdania, że osoba nieheteroseksualna poprawi nas sama, jeśli wtrącimy coś na temat związków romantycznych w zwykłej sytuacji. W końcu przeciętna osoba nie robi zazwyczaj tego celowo i warto mieć to na uwadze. Tak jest z wieloma innymi rzeczami, jak przykładowo - moja własna sytuacja z dnia dzisiejszego, gdy powiedziałam pewnemu panu profesorowi "Wesołych świąt", a moja koleżanka do mnie, że przecież on jest agnostykiem. Nie wiedziałam o tym, a nawet jeśli ktoś mi mówił, to zwyczajnie mi to wyleciało z głowy. Czy to znaczy, że zrobiłam to specjalnie, dyskryminując tym samym sprawy wiary innego człowieka? Oczywiście, że nie. Dyskryminacją będzie jednak fakt, kiedy celowo i świadomie odmawiamy pewnych praw i np. geja ciągle będziemy pytać o to, czy znalazł sobie dziewczynę, nawet jeśli dobrze wiemy, że tak nigdy nie będzie. Zakładam w końcu, że chyba nikt celowo nie chce obrażać danej osoby, dlatego obrażanie się o takie automatyczne, stereotypowe myślenie, jest delikatnie mówiąc, dziecinne i świadczy o przewrażliwieniu na punkcie swojej osoby. Nikt w końcu nie chodzi po ulicy, mając napisane na czole "gej" czy "lesbijka". 

Problem jest jednak w tym, że pewne założenia mogą być bardzo krzywdzące, zwłaszcza w przypadku fandomu. Fandom często przenosi swoje własne doświadczenia i preferencje do prawdziwego życia. Mam tu na myśli głównie slash (o którym to pisałam dość szczegółowo w pracy magisterskiej. Warto zaznaczyć, że nawet o wiele lepsi badacze niż ja nie mają pojęcia, jak wyjaśnić ogromną popularność związków męsko-męskich w fandomie). I pół biedy, gdy mówimy o postaciach, ale zaczynam dostrzegać zjawisko, które ja, mimo swojej dużej tolerancji dla wielu nowych zjawisk, muszę potępić. A jest to zakładanie tego, że dani aktorzy są razem w prawdziwym życiu, bo np. ich postacie są popularnym pairingiem w fandomie.

Przyznaję, że po raz pierwszy zetknęłam się z tym zjawiskiem w fandomie Supernaturala. Wprawdzie nie przynależę do tego fandomu, ale dzięki tumblrowi wiem, co się mniej więcej dzieje. Otóż w tym fandomie dość długo były afery, kłótnie, prośby i groźby z tego powodu, iż na konwentach odtwórcom głównych rol pokazywano fanfici z ich postaciami, bądź... Z nimi samymi. Nierzadko o tematyce erotycznej. I dla tej części fandomu nie liczyło się, że Jensen Ackles czy Jared Padalecki czują się skrępowani i nie wiedzą, co powiedzieć. Dla niektórych fanek faktem nie do przeżycia było to, że panowie znaleźli sobie żony i są z nimi szczęśliwi. Ale teraz to przycichło.

Natomiast w fandomie Hobbita dzieją się ciekawe rzeczy. Pierwszą z nich jest shippowanie Aidana Turnera i Deana O'Gormana, odtwórców ról Kiliego i Filiego. Oczywiście pairing z tymi braćmi jest dość popularny, to niektóre fanki założyły, że fajnie by było, jakby i w prawdziwym życiu się spotykali ze sobą. Z relacji pewnej osoby, która była na konwencie w Bostonie wiem, że padło pytanie w stylu "Kiedy ślub?", mimo wielkiego sprzeciwu. Osoba ta powiedziała, że choć obrócili to w żart, to widać było, że czują niesmak.

Ostatnio też często mam okazję czytać plotki na temat tego, że Richard Armitage i Lee Pace są razem. O Lee ostatnio często rozpisuję się na blogu z recenzjami, ale obaj są znani również z Hobbita. Niekoniecznie pairing z ich postaciami jest popularny, ale coraz większą popularność zyskuje tzw. Richlee. Wszystko zaczęło się od tego, że widziano ich razem na jakimś obiedzie. Potem rzekomo doszła wypowiedź Sir Iana McKellena na temat tego, że część aktorów jest orientacji homoseksualnej i właśnie dwaj z nich są razem. I jest to kontrowersyjne, ponieważ żaden z nich tego nie potwierdził. Ani Richard, ani Lee. Ale nikomu nie przyszło do głowy to, że wypowiedź równie dobrze może być zmanipulowana, bowiem to niby było tłumaczeniem z niemieckiego, a przez specyfikę tego języka dość łatwo jest manipulować tłumaczeniem. Podobnie jest z innymi wypowiedziami:

Część fanów przyjęła to za pewnik. Wzięte z tego posta [x]. Nie wiem, jak z gifem wyżej, nie mogłam nic znaleźć, ale tu podpis jest zmanipulowany. Można się o tym przekonać, oglądając ten filmik: [x]
Dlatego też dostrzegam tu pewną ironię: mówi się o tym, że telewizja kłamie, manipuluje, itd. A nikomu nie przychodzi do głowy, że w Internecie też można bardzo łatwo manipulować pewnymi rzeczami. Czary goryczy w przypadku tych dwóch aktorów przelał (jak dla mnie) dzisiaj ten post. Chyba rozbiorę go na czynniki pierwsze, by pokazać, że jest oparty na stereotypach (także płciowych).

Razem, czy nie?


Takie przeróbki są dość często spotykane. Również z tego posta: [x]
To me, Richard seems bisexual, to be honest. Maybe he’s had boyfriends before but only chose to divulge the heterosexual relationships because he has that Leading Man status to protect. I don’t mean it in a negative way, I just mean— it is what it is.
Szukałam, co znaczy wyrażenie "Leading Man" i chyba najlepszym odpowiednikiem będzie nasz "amant", czyli w skrócie, rzekomo Richard Armitage jest biseksualny i pakował się w związki heteroseksualne, bo... Grywa role miłosne. Szczerze, dawno nie czytałam takiego pokręconego rozumowania. Dlaczego? Bo zawsze sądziłam, że aktor umie grać różne role, które mu się da. Seanowi Pennowi orientacja nie przeszkadzała grać geja (i zdobyć Oscara), a z kolei Marlon Brando był biseksualny, grywał amantów i nie krył się z orientacją. Tak więc moim zdaniem argument jest chybiony, bo to jest założenie, że rola = prawdziwe życie.
I agree he’s with Lee. I think they’ve been together since 2011. (...) They’re close enough to vacation with each other’s families yet Richard barely speaks about him? Naysayers often isolate the signs but if you add all these up, it’s not surprising that people make the pretty logical conclusion that they’re together.
Jak wspominałam wyżej, heteronormatywność jest zła w przypadku, gdy wiemy, że dana osoba nie jest hetero. Ale tu mamy sytuację odwrotną. Rozumowanie (zdaniem autora postu "logiczne") pt. byli razem na wakacjach, zapoznali się ze swoimi rodzinami, muszą być razem. Pytanie - czy nie rzadko jest tak, że mając przyjaciół, wychodzicie gdzieś wspólnie na obiad, kolację, imprezę? Czy ci bliżsi przyjaciele nie wiedzą o swoich rodzinach? Bo u mnie przykładowo tak jest, że moi rodzice wiedzą, z kim się przyjaźnię. Trochę to smutne, że dzisiaj dwaj samotni faceci nie mogą wyjść nawet na piwo bez podejrzeń. To jest przykre, tak samo jak kiedy rozmawiam z kolegą, to zaraz jest założenie, że może jesteśmy parą. Nie mówiąc o tym, że drugie zdanie kryje w sobie sprzeczność. Jeśli byli razem na wakacjach (gdzieś było zdjęcie, że byli tam z siostrzeńcami Lee), to dlaczego o tym nie mówią? Może komuś nie przyjdzie do głowy, ale istnieje coś takiego, jak prywatność.
Also, you’re absolutely right. Richard is simply too fanciable to have been single since The Hobbit was in production. While he’s fully entitled to keep his personal life private, I don’t think this is the case. Even popular actors who seem to always be single (like Benedict Cumberbatch and Tom Hiddleston) are linked to actresses left and right. Richard’s only been linked to Lee, and vice versa. 
Czyli co? Jeśli aktor jest przystojny i jest samotny, to jest gejem? I nieważne, że chce zachować życie prywatne dla siebie? Nie mówiąc o tym, że świat byłby bardzo prosty, gdyby było tak, że jeśli ktoś jest przystojny, to musi z kimś być. To tak nie działa. W przypadku Richarda widzę, że problemem jest raczej nieśmiałość, co widać na tym poście. To wprawdzie kolejna nadinterpretacja z tym jąkaniem się, bo posłuchałam tego wywiadu - on przy każdym temacie jakby się denerwował i jąkał. Może po prostu nie lubi udzielać wywiadów?
They have far too much on the line to go public (if there is something to go public about).
Tak, bo widziano ich raptem 2 albo 3 razy poza planem filmowym.
Unfortunately, there aren’t many openly gay actors who are given the kinds of roles these two are being given right now. In a perfect world, it wouldn’t matter but that’s not really where we’re at. Simply put, the world cannot handle these two gorgeous men as an item. Not yet, anyway. I just hope they don’t resort to bearding up like how some actors feel the need to.
To prawdopodobnie odnosi się do tego, że otrzymują oni role heteroseksualnych mężczyzn. Dla mnie bardzo naciągane, bo jak wspomniałam - dobry aktor powinien umieć wcielać się w różne role. Przykładowo John Barrowman nie kryje się z orientacją i dostaje też role heteroseksualnych mężczyzn. Kolejny chybiony argument.
Oh, and Straight. Men. Don’t. Share. Clothes. Especially not in the amount these two definitely does. Not like they’re college roommates who can’t be arsed to do laundry. They’re grown men. They’re actors. They’re probably drowning in clothes yet they choose to wear each other’s.
Właśnie z tymi ciuchami jest ciekawa sprawa. Owszem, mają podobne ubrania, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mogą mieć tego samego stylistę, lub... gust. W końcu obaj mają mieszkania w Nowym Jorku, to może kupują w podobnych sklepach. Zresztą, dlaczego zaraz zakładać, że faceci hetero nie dzielą się ciuchami? Nawet jeśli, to jak to określił mój kolega, faceci się nie dzielą ciuchami, ale nie przeszkadza im to, że któryś ma takie same ciuchy jak on. Według stereotypu z kobietami jest na odwrót. Mówi się nawet, że faceci stają się najlepszymi kumplami, gdy zauważą podobne ciuchy (a z kobietami jest kawał - dlaczego tak mało kobiet gra w piłkę nożną? Bo żadna by nie zdzierżyła tego, że zawodniczki mają podobne stroje, jak ona.), co ciekawie uchwyciła ta reklama:


Podsumowując: ten cały post jest pełen przypuszczeń (niesprawdzonych w dodatku), stereotypów, a w dodatku zaznacza się tu pewna fetyszyzacja. Gdyby bowiem Richard i Lee nie byli atrakcyjni, prawdopodobnie nikomu by do głowy nie przyszło to, że mogą być parą. Nie widzę też powodu, dla którego mieliby ukrywać orientację, dlatego podejrzewam, że prawdopodobnie wcale nie są gejami. Zresztą, to ich prywatne życie. Mam wrażenie, że nawet jakby oświadczyli, że są hetero, to te osoby by w to nie wierzyły.

Żeby nie było, to nie jest tak, że to są moje "pobożne życzenia". Znaczy, jest tak po części, bo atrakcyjność to jednak duży czynnik, skłamałabym, gdybym powiedziała, że mi się nie podobają. I to nie jest tak, że nie chcę, żeby byli razem. Wprost przeciwnie, jeśli byliby, kibicowałabym im. Ale pod warunkiem, że jest to prawda, że to potwierdzą. Jeśli nie mówią nic na ten temat - to może warto uszanować prywatność? Moim zdaniem to jest jedna z najciemniejszych stron fandomu - kiedy się nie szanuje tej prywatności prawdziwej osoby, takiej jak ty, czy ja. Pewne rzeczy czasem zachodzą za daleko po prostu. Dlatego też stereotypy z każdej strony mogą być szkodliwe i krzywdzące. 

środa, 26 marca 2014

Kim ty jesteś, Mary Sue?

Dawno mnie tu nie było, to fakt. Ale powodów jest kilka - nie miałam pomysłów na wpis, a także byłam nieco zajęta sesją, czy pisaniem pracy magisterskiej. Lecz od tej pory obiecuję, że przynajmniej kilka wpisów ukaże się w regularnych odstępach. No i cały czas proszę o jakieś propozycje :) 

A tymczasem temat, który cały czas mi chodzi po głowie, poruszyłam go także w pewien sposób w swojej pracy magisterskiej, ale tylko tak krótko, ponieważ to nie jest główny temat. Tu natomiast chcę go rozszerzyć o swoje dywagacje i rozważania może mniej naukowe, a bardziej opiniotwórcze, ale zawsze. 

Tak więc... Kim jest Mary Sue? Właściwie ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Często jest tak, że młodzi twórcy (a właściwie twórczynie) są zapędzeni w kozi róg - bo w zasadzie ciężko jest dzisiaj stworzyć postać kobiecą bez tego zarzutu. Ale chyba najlepiej zacząć od samego pojęcia. Wzięło się ono, podobnie jak określenie slash, z fandomu Star Treka. To właśnie tam powstało fanfiction z wyidealizowaną bohaterką, nazwaną Mary Sue, która przeżywa przygody w świecie Star Treka i właściwie "ratuje dzień" (wiem, że to kalka językowa, ale...). Stąd właśnie określenie na wyidealizowane postacie kobiece w jakimkolwiek fandomie. Warto jednak zaznaczyć, że oryginalna Mary Sue nie była stworzona nieświadomie, a właśnie celowo - miała być parodią postaci kobiecych tworzonych przez fanki, które praktycznie były wzorowane na nich samych. Ale! Czy Mary Sue to tylko postać kobieca?

I tu dochodzimy do pierwszego problemu. Otóż w teorii wszędzie można spotkać, że istnieje określenie na wyidealizowaną postać męską, analogicznie do Mary Sue, lecz nie ma jednej nazwy - jest np. Gary Stu, Marty Stu, itd. Jednakże... Problem polega na tym, że nikt w praktyce nie nazywa tak postaci męskich. Często narzeka się, że taka postać jest kiepska, słaba, ale nigdy nie widziałam określenia pokrewnego do Mary Sue wobec postaci męskiej, z wyjątkiem pewnych porównań, na przykład pewien znany już cytat o Batmanie:

So, there’s this girl. She’s tragically orphaned and richer than anyone on the planet. Every guy she meets falls in love with her, but in between torrid romances she rejects them all because she dedicated to what is Pure and Good. She has genius level intellect, Olympic-athelete level athletic ability and incredible good looks. She is consumed by terrible angst, but this only makes guys want her more. She has no superhuman abilities, yet she is more competent than her superhuman friends and defeats superhumans with ease. She has unshakably loyal friends and allies, despite the fact she treats them pretty badly.  They fear and respect her, and defer to her orders. Everyone is obsessed with her, even her enemies are attracted to her. She can plan ahead for anything and she’s generally right with any conclusion she makes. People who defy her are inevitably wrong.

 God, what a Mary Sue.

I just described Batman.
Tak, właśnie... To tylko jeden z nielicznych problemów. A nikt nie kwestionuje przecież Batmana i nikt nie nazywa go kiepską postacią (ani innych tych pierwszych superbohaterów). Podobnie jak w fandomie Tolkiena nikt nie nazwie Aragorna kiepską postacią, choć spełnia pewne wymogi. Dlatego jedną z moich tez jest to, że Mary Sue jest określeniem po prostu seksistowskim. I nierzadko pozostawia niedoszłego twórcę w ciężkiej sytuacji, zwłaszcza dzisiaj. Nie można bowiem tak łatwo sobie stworzyć jakiegoś dzieła popkultury bez kobiet i nie mieć przy tym zarzutów o seksizm. Ale też często spotykam się z reakcjami fanów, że jeśli dodana jest postać kobieca, to często ona "jest niepotrzebna", "wtrąca mi się w ulubiony związek", "psuje wszystko", czy wreszcie "Mary Sue". I nikt się zazwyczaj nie odzywa, kiedy dodana jest postać męska. Stąd też mój pierwszy zarzut.

Drugim moim zarzutem będzie nieostrość pojęcia. Z jednej strony uważa się, że Mary Sue to postać wyidealizowana, co podkreśla m.in. najbardziej szczegółowy test postaci, jaki znam. Warto dodać, że test ten jest akurat dobry, bo choć faktycznie bierze pod uwagę, czy nie wrzucamy tego za dużo (np. postać jest piękna, mądra, jednocześnie świetnie walczy i dobrze gotuje, zna 10 języków, kolejne 100 osób kocha się w niej, itd.), ale też podkreśla, że cechy typowe dla danej rasy (np. dla Elfów w świecie Tolkiena) nie są cechami typowymi dla Mary Sue, o czym sporo ludzi zapomina. W sieci krąży wiele poradników, jak nie tworzyć Mary Sue, także wiele parodii. Jedną z najbardziej znanych ilustracji jest właśnie ta:

Powiększenie tutaj. Źródło: windfalcon.deviantart.com
Już na pierwszy rzut oka widać, że postać po prawej jest po prostu przeładowana. Jednak moim zdaniem to nie w samej idealizacji leży problem - istnieją bowiem postacie wyidealizowane, które nie są złe, ponieważ właśnie to jest ich rola - np. są wyidealizowane w oczach drugiego bohatera. Większym problemem jest chyba wiarygodność postaci. 

Pytanie: czy więc jeśli stworzymy postać przeciętną, bez żadnych mocy, bez żadnych przesadzonych cech charakteru, to czy unikniemy zarzutu na temat Mary Sue? Również nie, jak się okazuje! Świetnym przykładem jest Bella ze "Zmierzchu". W zamiarze autorki miała ona reprezentować zwykłą dziewczynę, niestety wyszło inaczej. Doug Walker określił ją jako "czystą kartkę" i miał rację - bo być może zarzut nt. Mary Sue to trochę za dużo, ale moim zdaniem o Belli nie można powiedzieć nic ciekawego, poza tym, że kocha Edwarda. Po prostu w tym przypadku problemem nie jest nadmiar cech, lecz ich brak. I to tworzy kiepską postać, ale nie Mary Sue. Co nie przeszkadza w porównaniach, jak np. do Hermiony Granger (która właściwie jest wyważoną postacią):

Powiększenie tu. Źródło: amyleighstrickland.blogspot.com
A co z autorkami? Bo tak, jeśli mowa o fandomie, to w większości autorkami fanartów/fanfiction są kobiety. Dlaczego, to temat na oddzielną dyskusję, choć nieco powiązana z tematem Mary Sue. Bo mówi się, że Mary Sue jest wzorowana na autorce, jest jej wyidealizowaną wersją, pewnego rodzaju "spełnieniem marzeń". Lecz dla mnie to też nie jest jednoznaczny wskaźnik. Ponieważ w literaturze pięknej wielu bohaterów jest "self-insert", wzorowanych na autorach, a nikt nie kwestionuje wartości dzieła. Klasyczny przykład? Dante i jego "Boska Komedia". 

I pytanie: czy to jest złe dla kultury? Czy to jest złe dla domorosłych, niedojrzałych pisarzy? I tak... I nie. Wielu znawców mediów, literatury mówi wprost o fanfiction, że są kiepskie. Szkoła frankfurcka ogólnie krytykowała kulturę masową i popularną, uważając ją za ogłupiającą i manipulującą człowiekiem. Lecz szkoła frankfurcka, krytykując dość ostro tę kulturę (nie znajdując w niej dobrych cech), jednak sporo się pomyliła. Henry Jenkins, nawet kiedy mówił wprost, że większość fanfiction to okropne twory, ale zaznaczył też w swoim dziele "Kultura konwergencji": kultura potrzebuje obszarów, w których ludzie mogą robić kiepską sztukę, otrzymywać informację zwrotną i się doskonalić. 

Część badaczy skupia się na zjawisku Mary Sue tylko i wyłącznie pod względem negatywnym. Lecz moim zdaniem lepiej istotę tego zjawiska uchwyciła Magdalena Kamińska w swojej książce "Niecne memy". I choć z kilkoma rzeczami się nie zgadzam tak do końca (o czym za moment), to jednak uważam, że pani Kamińska opisała te zjawisko w miarę neutralnie. Może na początek, z czym się nie zgadzam. Ano z tezą, że jakoby Mary Sue i autorek tworzących takie postacie najbardziej nie cierpią fanki kochające slash. Otóż i tak, i nie. Można zauważyć takie konflikty, ale jest też spora część fanek, która w równym stopniu nie znosi slashu, jak i Mary Sue. Jak je więc zaklasyfikować? Pani Kamińska jednak słusznie wskazuje, że motyw Mary Sue, jakby nie patrzeć, przypomina klasyczną bajkę o Kopciuszku, gdzie na dziewczynę spadają wszelkie nieszczęścia, tylko dlatego, że jest piękna, dobra, mądra, itd., ale dzięki pewnym zbiegom okoliczności spotyka ją wreszcie szczęście u boku wymarzonego księcia. I trzeba przyznać, że coś w tym jest. Podobnie jest z innymi księżniczkami z bajek. Ale ogólnie z księżniczkami jest taki problem, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Dlaczego? Oddam lepiej głos Dougowi Walkerowi:



Czy jednak to jest coś naprawdę złego? Bo prawdę powiedziawszy, czy czynimy komuś krzywdę, pisząc sobie opowiadanie z wyidealizowaną bohaterką, która spotyka swojego księcia z bajki? Czy kultura na tym aż tak cierpi? Otóż nie, zdaniem Kamińskiej wbrew pozorom to jest nawet dobre zjawisko. Wskazuje ona na to, że dziewczęta długo nie były przecież dopuszczane do kultury ogólnej. Długo nie było profesjonalnych pisarek. Tym zamożniejszym dziewczętom często przed wyjściem za mąż pozostawało pisanie pamiętników, w których opisywały swoje uczucia, obawy, czy wzdychały do swoich pierwszych miłości. Dziś tę funkcję przejęły fanfiki z Mary Sue - jest to pewnego rodzaju samokontrola (zwłaszcza w wieku nastoletnim) nad własną emocjonalnością i seksualnością. Pomaga w pewien sposób wyładowywać swoje emocje. I będę szczera - choć wiem, że problem nie leży w fanfiction, ale patrząc na to, ile nastolatek nie jest w ogóle świadomych na temat seksu, patrząc na nastoletnie ciąże, warto sobie zadać pytanie, czy nie lepiej jest, by taka dorastająca dziewczyna lepiej wyładowywała te emocje właśnie w ten sposób, niż pchała się w związki, które niekoniecznie dobrze kończą się dla zdrowia fizycznego i psychicznego? Żeby nie było: daleka jestem od umoralniania. Nie zabronię seksu nastolatkom, bo i tak to będą robić. Robią to od wieków, nie oszukujmy się. Ale z drugiej strony seksuologowie często mówią, że wiek nastoletni nie jest odpowiedni dla rozpoczęcia współżycia seksualnego - ze względu na małą dojrzałość psychiczną, czy społeczną, a także na brak gotowości zajęcia się ewentualnym potomstwem. Stąd ta granica, kiedy można legalnie współżyć, czyli 15 lat w Polsce, nie jest jakimś widzimisię. Seks w tym wieku, czy w młodszym jest po prostu szkodliwy dla psychiki i kreuje często zły obraz związku na późniejsze lata. Stąd ta dobra cecha Mary Sue i pisania fanfiction z takimi postaciami.

Z kultury nie wykorzenimy też takich postaci. Wydaje nam się, że kiedyś było lepiej, bo o takich Mary Sue często zapominano, a tymczasem one istnieją od zawsze, odkąd istnieją młode osoby ze skłonnościami do przesady czy skrajności. Ale jak w miarę dorastania wyrastamy z różnych głupstw, tak samo większość nastolatek wyrasta z pisania takich postaci (znam opinie bardziej dorosłych kobiet, które mówią o tym, że pisały o takich postaciach i się tego wstydzą. Ja również, nie jestem święta pod tym kątem), dlatego też moim zdaniem walka z nimi nie ma najmniejszego sensu. Jedynie warto walczyć z seksizmem pod tym kątem, lecz kiepskie postacie będą istniały zawsze, niestety (lub stety, zależy, jak na to spojrzeć). I to chyba na tyle.

PS. Następnym razem postaram się napisać coś o reprezentacji rasowej w mediach.

piątek, 6 września 2013

Ach, ten nieszczęsny gender...

Ech, miało być o mitach, prawda? To po części będzie. Znaczy do tego wpisu skłoniła mnie wszechobecna panika w Internecie na temat programu "Równościowe Przedszkole" (program do ściągnięcia tutaj). Ale bardziej chodzi o to, jak z tą informacją postąpiły przede wszystkim media prawicowe. I naprawdę, smutno mi patrzeć na to, jak wielu ludzi się złapało na taką informację:

Scenariusz zajęć zakłada, że chłopcy będą odgrywać rolę dziewczynek, a dziewczynki chłopców. Autorki zalecają nauczycielom przedszkoli, by chłopców podczas zajęć przebierać w spódniczki, pantofelki, blond peruki z różowymi wstążeczkami, namawiać do zabawy lalkami oraz do czesania sobie loków, zaplatania warkoczy. Oczywiście nie należy zapominać,że powinni malować sobie usta czy paznokcie i parzyć kawkę po uprzednim upieczeniu ciastek.
(źródło: wsumie.pl)

A tak mało zadało sobie trud samodzielnego poszukania źródła i... Może nawet nie tyle informacji, co dokładnym przeczytaniu tego. A co mamy w oryginalnym źródle? Nic takiego. Jedyne to, co odpowiada tej "plotce" (bo w życiu nie nazwę tego rzetelnym artykułem prasowym), to jest ten scenariusz:

Wybaczcie, że tak marnie sklejone, ale tabelka była rozwalona na dwie strony. Źródło: program "Równościowe przedszkole", link wyżej.
I zadaję takie pytanie: no i? Naprawdę to coś złego? Zwłaszcza, że nie chodzi o przebieranki w stylu crossdressing, nie chodzi o stroje współczesne, tylko o historyczne i kulturowe. Chciałam zauważyć, że na przestrzeni wieków bardzo to się zmieniało. Jeden z faktów, który (mam nadzieję, że jeszcze w szkole tego uczą) był dla mnie ciekawy, to był fakt o starożytnych Rzymianach. Otóż starożytni Rzymianie uważali, że prawdziwy mężczyzna powinien nosić togę albo tunikę. Nie do pomyślenia były dla niego spodnie, które to nosili barbarzyńcy. Podejrzewam, że złapaliby się mocno za głowę, widząc "upadek obyczajów", skoro noszenie spodni przez mężczyzn jest (w dalszym ciągu, wbrew tej prawicowej histerii) czymś powszechnym. Mało tego, kobiety też noszą spodnie! Mnisi buddyjscy noszą też szaty, które raczej spodniami nie są. A co z księżmi i sutannami? Zresztą, niepokoi mnie fakt, że w argumentach internetowych komentatorów pojawia się ciągle argument, że chłopiec przebrany w sukienkę i z pomalowanymi paznokciami na pewno będzie miał skrzywioną psychikę i będzie gejem (widać "wirus homoseksualizmu" ciągle tkwi w głowach niektórych), a o dziewczynkach, które bawią się samochodzikami, to ani słowa. Jak ja kocham podwójne standardy, w jakich żyjemy... W każdym razie - mój wniosek jest taki, że... Uwaga, może dla kogoś to będzie coś odkrywczego, ale... Tradycja nie jest czymś niezmiennym. Społeczeństwo ciągle się zmienia i fakt, że pewne zmiany są stymulowane przez określone grupy, czy to lobbujące, czy to ogólnie polityczne, nie zmienia tego, że nie cofniemy się do czegoś, co było kiedyś. Nie zatrzymamy tego, jeśli społeczeństwo wyrazi na coś zgodę. 

Miałam o gender mówić. Skrótowo jednak tego się nie da omówić, bo jest to cała teoria. Ano właśnie.

Mit: "Ideologia gender ma na celu promocję/zachętę do homoseksualizmu..."
Fałsz. Po pierwsze, nie jest to żadna ideologia, a jedynie teoria naukowa. Choć moim zdaniem teoria, to za duże słowo. Bardziej bym rzekła - teza. Teza mówiąca w najbardziej skrajnym wydaniu o tym, że "nie rodzimy się ani mężczyznami, ani kobietami, tylko się nimi stajemy". Choć z góry zastrzegam: daleka jestem od konstruktywizmu, który właśnie mówi o tym w ten sposób. Nie ma jednoznacznych dowodów na to. A dlaczego? Ano dlatego, że próbowano tak robić w kibucach i eksperymentowano w ten sposób, że nie przydzielono chłopcom i dziewczynkom żadnych konkretnych zabaw ani zabawek. Po pewnym czasie i tak okazywało się, że większość dziewczynek woli zabawy, które są spokojniejsze, oparte na wyobraźni (jak na przykład zabawa w dom), a chłopcy bardziej agresywne, wymagające ruchu. Więc moim zdaniem to nie jest tak, że biologia nie ma żadnego wpływu. Owszem, ma, podobnie jak i hormony, które mają wpływ na naszą psychikę. Ale jednak społeczeństwo niewątpliwie też ma wpływ na nasze oczekiwania względem mężczyzn, albo względem kobiet. Od małego nas uczą, że "dziewczynka powinna siedzieć cicho, być grzeczna", a chłopcu pozwala się na więcej. W żadnym wypadku nie prowadzi do homoseksualizmu. Często czytam wypowiedzi pewnych aktorów, którzy są gejami. W ich dzieciństwie często nie brakowało niczego, nie mieli jakichś "złych wzorców", bawili się w typowo "męskie" zabawy, a jednak i tak wyszło, że nie mają pociągu do kobiet. Bo przede wszystkim jest to mylenie tożsamości płciowej z orientacją seksualną. A to są zupełnie dwie różne rzeczy, niestety. A skąd ta cała ideologia? Nie wiem, ale chętnie poznam etymologię tego, skąd prawicowcom wzięło się to słowo, że teorię przekształcili w "ideologię". Czy według nich to jest zamienne? Nie wydaje mi się. To tak, jakby powiedzieć, że jest "ideologia konfliktu" zamiast "teorii konfliktu". W każdym razie ten stek bzdur można włożyć między bajki. Gender jest nauką o tym, jak społeczeństwo wpływa na postrzeganie naszych ról płciowych i tyle. 

Owszem, głównie feministki próbują walczyć ze stereotypami. Ale czy to źle? Naprawdę, warto sobie zadać pytanie (ja nie oceniam tego, jak ktoś uważa): czy chcielibyście, żeby wasze córki w przyszłości były uczone, że mają po sobie sprzątać, a synowie mają wolne i mogą robić co chcą? Niestety, konsekwencje takiego wychowania potrafią być opłakane, zwłaszcza w przypadku rodzin, które nie mają córek - później nie raz czytam czy słyszę o przypadkach, gdzie matka zostaje na starość sama, bo synowie mają ją, kolokwialnie mówiąc, gdzieś. A czy ktoś ich nauczył tego, że nic im się nie stanie, gdy umyją raz, czy dwa naczynia? Czytelniku, odpowiedz sobie szczerze na to pytanie, zgodnie z własnym sumieniem. Jeśli dalej uważasz, że jednak proponowane rozwiązania są złe, to nikt nie nakazuje posyłania dziecka do przedszkola. Albo można zawsze takie dziecko przenieść, przecież chyba takich placówek jest więcej w Polsce, niż 86, w których to wprowadzono ten program? Tak samo przypominam, że wbrew stereotypowi w Polsce dozwolone jest nauczanie dziecka w domu. 

Na koniec - filmik, który moim zdaniem świetnie i skrótowo obrazuje to, o co chodzi w tym całym "gender":


piątek, 12 kwietnia 2013

Konferencja naukowa "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym" - krótkie sprawozdanie

W ubiegłą sobotę, tj. 6 kwietnia miałam okazję uczestniczyć w konferencji naukowej "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym", która odbyła się w Poznaniu, na Wydziale Prawa i Administracji UAM. Temat mnie bardzo zaintrygował, choć nie jestem studentką prawa, uznałam, że skoro to sobota, to warto się zarejestrować i zobaczyć, jak to będzie wyglądać.
I muszę przyznać, że ze wszystkich konferencji, otwartych wykładów, itp., w jakich uczestniczyłam, tę właśnie konferencję mogę zaliczyć do najbardziej udanych i najciekawszych. Było ku temu kilka powodów. Przede wszystkim wbrew tytułowi mogę uznać, że konferencja miała bardziej charakter interdyscyplinarny, aniżeli jedynie prawniczy. Początkowo obawiałam się, widząc listę prelegentów, że zabraknie głosu z nauk społecznych, głosu socjologicznego, który chyba jest najważniejszy przy wprowadzeniu w tematykę gender, praw kobiet, walki o emancypację, itd. Na szczęście tak się nie stało, pierwsza prelegentka bowiem (doktor Monika Frąckowiak-Sochańska, z którą miałam okazję porozmawiać podczas przerwy) była z wykształcenia socjologiem i psychologiem, co bardzo się przydało przy wprowadzeniu w tematykę, a i ja dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, np. statystyk na temat chorób psychicznych. Druga prelegentka ciekawie wprowadziła uczestników w tematykę historii walk o prawa kobiet. Kolejna zaś, choć z wykształcenia prawniczka, świetnie opisała konsekwencje stereotypów na temat płci, konsekwencje nie tylko społeczne, ale także i prawne. Muszę właśnie pogratulować doktor Buchowskiej za świetne rozeznanie, bez zbędnych uogólnień, ale i też bez przesadyzmu. 
Druga część interesowała mnie nieco mniej, bowiem traktowała bardziej o kwestiach prawnych, co do których nie orientuję się tak szczegółowo, jak tam była mowa (nie znam numerów wszystkich ustaw, kodeksów, itd.), orientuję się jedynie na tyle, na ile muszę, acz i tak muszę przyznać, że prelegenci mówili w sposób dla mnie bardzo zrozumiały. Jedynie w tej części zabrakło powiedzenia o pewnym zjawisku, które dotyczy kobiet w pracy - wspomniano o szklanym suficie, szklanych ruchomych schodach, ale zapomniano o innym zjawisku - o lepkiej podłodze. "Lepka podłoga" oznacza tyle, że kobiety jakby same się ograniczają, wybierając świadomie pewne zawody, w których płace są mniejsze, albo takie, w których nie ma możliwości awansu. Być może świadomie jednak pominięto to zjawisko, ponieważ bardziej ma ono charakter społeczny i wątpię, żeby pod względem prawnym można było coś z tym zrobić (można wprowadzić dane prawo, ale to nie znaczy, że świadomość człowieka zmieni się z dnia na dzień). 
Trzecia część była też ciekawa, łącznie z wystąpieniem pani minister Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz - prelegentki mówiły o tym, jak wygląda wprowadzenie prawa stworzonego z myślą o kobietach (np. ustawa żłobkowa) w praktyce. I cieszę się, że była taka część, uświadamiająca to, że choć przepisy prawne można zmienić, można nad tym pracować, ale praktyka może być niestety zupełnie inna. Idealnie obrazowała to, jak  bardzo musi się jeszcze zmienić polska mentalność, by zaczęto w pełni akceptować prawo i stosować się do norm prawnych. 
Co do większych zastrzeżeń - dotyczą one nie wystąpień, a bardziej dyskusji, jaka była po nich. Niestety, jakoś nie miałam czasu zabrać głosu, ponieważ i tak wszystko było opóźnione i organizatorzy musieli wszystko przyspieszyć. Ale powiem to już tutaj. Pierwsza dyskusja, po pierwszej części konferencji dotyczyła aspektów językowych. W skrócie - pojawiła się teza, że żeby nastąpiło równouprawnienie kobiet, potrzeba zmian językowych także w języku prawniczym, języku ustaw, żeby np. było zapisane "Posłowie i Posłanki", "Obywatele i Obywatelki". Teza poniekąd słuszna, bo pierwsza prelegentka mówiła, że jest udowodnione empirycznie, że jeśli nie używa się żeńskich końcówek, to człowiek automatycznie myśli o np. "lekarzu", jako mężczyźnie. Że w ogóle nie myśli się o kobietach. Dyskusja nawiązała się na temat tego, czy jest to w ogóle potrzebne. Ja osobiście uważam, że jest, aczkolwiek nie chodzi o sam język. Język kształtuje się w sposób naturalny, oddolny, niezależnie od tego, co nam narzuci prawo. Dlatego też to, czy formy "socjolożka", czy "psycholożka" przyjmą się w naszym języku, zależy od mentalności. Ale moim zdaniem przede wszystkim potrzebna jest edukacja. Potrzebne są zmiany, żeby nie było podwójnych standardów w nauczaniu, zwłaszcza w tym początkowym, gdzie przecież bardzo często mamy sytuację, że nauczyciel przyzwala chłopcu na to, żeby może nie tyle co rozrabiał na lekcjach, ale na bardziej ekstrawertyczne zachowania, głośniejsze zachowywanie się. Gdy natomiast dziewczynka jest głośno, wtedy zwraca się jej uwagę. Albo w przedszkolach - podział na zabawki, także podział kolorystyczny. Wszystko niestety zaczyna się od dzieciństwa - jeśli dziewczynka nie ma przyzwolenia wśród rówieśników na to, by bawić się klockami, które rozwijają wyobraźnię przestrzenną, to jak potem, jako dorosła kobieta, ma zainteresować się inżynierią? Potem słyszymy narzekanie, że mamy dużo kobiet na kierunkach humanistycznych, a mało na politechnicznych. Ale jest to jednak rzecz, której nie można uregulować prawnie, są to niejawne normy, na które przyzwala społeczeństwo. Choć są rzeczy, które można regulować. Jedna z prelegentek wspomniała, że ONZ dba o weryfikację podręczników szkolnych pod kątem dyskryminacji płciowej. Jeśli tak się dzieje, to jakim cudem do podręcznika szkolnego wkradło się coś takiego?
Źródło ilustracji: Polska rodzina - jaka jest, jak się zmienia?, publikacja do ściągnięcia za darmo tutaj
I w tym jest właśnie problem. Jak to prawo jest egzekwowane? Edukacja moim zdaniem jest ważniejsza, niż zmiany językowe, bowiem można ją bardziej kontrolować pod względem prawnym. 
Druga kwestia dotyczyła pewnego głosu z sali. Jedna pani bowiem była niezadowolona z faktu, że miasto, w tym i kobiety muszą płacić za to, że Poznań musi utrzymać stadion. Tym samym miałam wrażenie, że ta pani sugeruje, że stadion i mecze to tylko rozrywka dla facetów, a przecież wcale tak nie jest. Przypomniało mi to śmieszne argumenty feministek przed Euro. Argumenty moim zdaniem zbyt skrajne. 
Podsumowując: uważam, że potrzeba więcej takich konferencji i więcej takich dyskusji, choć oczywiście moglibyśmy siedzieć tam całe dnie i debatować. Generalnie bardzo mi się podobało i liczę na dalszą aktywność Prawniczego Koła Naukowego "Gender" w tym właśnie kierunku.