Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2013

Ach, ten nieszczęsny gender...

Ech, miało być o mitach, prawda? To po części będzie. Znaczy do tego wpisu skłoniła mnie wszechobecna panika w Internecie na temat programu "Równościowe Przedszkole" (program do ściągnięcia tutaj). Ale bardziej chodzi o to, jak z tą informacją postąpiły przede wszystkim media prawicowe. I naprawdę, smutno mi patrzeć na to, jak wielu ludzi się złapało na taką informację:

Scenariusz zajęć zakłada, że chłopcy będą odgrywać rolę dziewczynek, a dziewczynki chłopców. Autorki zalecają nauczycielom przedszkoli, by chłopców podczas zajęć przebierać w spódniczki, pantofelki, blond peruki z różowymi wstążeczkami, namawiać do zabawy lalkami oraz do czesania sobie loków, zaplatania warkoczy. Oczywiście nie należy zapominać,że powinni malować sobie usta czy paznokcie i parzyć kawkę po uprzednim upieczeniu ciastek.
(źródło: wsumie.pl)

A tak mało zadało sobie trud samodzielnego poszukania źródła i... Może nawet nie tyle informacji, co dokładnym przeczytaniu tego. A co mamy w oryginalnym źródle? Nic takiego. Jedyne to, co odpowiada tej "plotce" (bo w życiu nie nazwę tego rzetelnym artykułem prasowym), to jest ten scenariusz:

Wybaczcie, że tak marnie sklejone, ale tabelka była rozwalona na dwie strony. Źródło: program "Równościowe przedszkole", link wyżej.
I zadaję takie pytanie: no i? Naprawdę to coś złego? Zwłaszcza, że nie chodzi o przebieranki w stylu crossdressing, nie chodzi o stroje współczesne, tylko o historyczne i kulturowe. Chciałam zauważyć, że na przestrzeni wieków bardzo to się zmieniało. Jeden z faktów, który (mam nadzieję, że jeszcze w szkole tego uczą) był dla mnie ciekawy, to był fakt o starożytnych Rzymianach. Otóż starożytni Rzymianie uważali, że prawdziwy mężczyzna powinien nosić togę albo tunikę. Nie do pomyślenia były dla niego spodnie, które to nosili barbarzyńcy. Podejrzewam, że złapaliby się mocno za głowę, widząc "upadek obyczajów", skoro noszenie spodni przez mężczyzn jest (w dalszym ciągu, wbrew tej prawicowej histerii) czymś powszechnym. Mało tego, kobiety też noszą spodnie! Mnisi buddyjscy noszą też szaty, które raczej spodniami nie są. A co z księżmi i sutannami? Zresztą, niepokoi mnie fakt, że w argumentach internetowych komentatorów pojawia się ciągle argument, że chłopiec przebrany w sukienkę i z pomalowanymi paznokciami na pewno będzie miał skrzywioną psychikę i będzie gejem (widać "wirus homoseksualizmu" ciągle tkwi w głowach niektórych), a o dziewczynkach, które bawią się samochodzikami, to ani słowa. Jak ja kocham podwójne standardy, w jakich żyjemy... W każdym razie - mój wniosek jest taki, że... Uwaga, może dla kogoś to będzie coś odkrywczego, ale... Tradycja nie jest czymś niezmiennym. Społeczeństwo ciągle się zmienia i fakt, że pewne zmiany są stymulowane przez określone grupy, czy to lobbujące, czy to ogólnie polityczne, nie zmienia tego, że nie cofniemy się do czegoś, co było kiedyś. Nie zatrzymamy tego, jeśli społeczeństwo wyrazi na coś zgodę. 

Miałam o gender mówić. Skrótowo jednak tego się nie da omówić, bo jest to cała teoria. Ano właśnie.

Mit: "Ideologia gender ma na celu promocję/zachętę do homoseksualizmu..."
Fałsz. Po pierwsze, nie jest to żadna ideologia, a jedynie teoria naukowa. Choć moim zdaniem teoria, to za duże słowo. Bardziej bym rzekła - teza. Teza mówiąca w najbardziej skrajnym wydaniu o tym, że "nie rodzimy się ani mężczyznami, ani kobietami, tylko się nimi stajemy". Choć z góry zastrzegam: daleka jestem od konstruktywizmu, który właśnie mówi o tym w ten sposób. Nie ma jednoznacznych dowodów na to. A dlaczego? Ano dlatego, że próbowano tak robić w kibucach i eksperymentowano w ten sposób, że nie przydzielono chłopcom i dziewczynkom żadnych konkretnych zabaw ani zabawek. Po pewnym czasie i tak okazywało się, że większość dziewczynek woli zabawy, które są spokojniejsze, oparte na wyobraźni (jak na przykład zabawa w dom), a chłopcy bardziej agresywne, wymagające ruchu. Więc moim zdaniem to nie jest tak, że biologia nie ma żadnego wpływu. Owszem, ma, podobnie jak i hormony, które mają wpływ na naszą psychikę. Ale jednak społeczeństwo niewątpliwie też ma wpływ na nasze oczekiwania względem mężczyzn, albo względem kobiet. Od małego nas uczą, że "dziewczynka powinna siedzieć cicho, być grzeczna", a chłopcu pozwala się na więcej. W żadnym wypadku nie prowadzi do homoseksualizmu. Często czytam wypowiedzi pewnych aktorów, którzy są gejami. W ich dzieciństwie często nie brakowało niczego, nie mieli jakichś "złych wzorców", bawili się w typowo "męskie" zabawy, a jednak i tak wyszło, że nie mają pociągu do kobiet. Bo przede wszystkim jest to mylenie tożsamości płciowej z orientacją seksualną. A to są zupełnie dwie różne rzeczy, niestety. A skąd ta cała ideologia? Nie wiem, ale chętnie poznam etymologię tego, skąd prawicowcom wzięło się to słowo, że teorię przekształcili w "ideologię". Czy według nich to jest zamienne? Nie wydaje mi się. To tak, jakby powiedzieć, że jest "ideologia konfliktu" zamiast "teorii konfliktu". W każdym razie ten stek bzdur można włożyć między bajki. Gender jest nauką o tym, jak społeczeństwo wpływa na postrzeganie naszych ról płciowych i tyle. 

Owszem, głównie feministki próbują walczyć ze stereotypami. Ale czy to źle? Naprawdę, warto sobie zadać pytanie (ja nie oceniam tego, jak ktoś uważa): czy chcielibyście, żeby wasze córki w przyszłości były uczone, że mają po sobie sprzątać, a synowie mają wolne i mogą robić co chcą? Niestety, konsekwencje takiego wychowania potrafią być opłakane, zwłaszcza w przypadku rodzin, które nie mają córek - później nie raz czytam czy słyszę o przypadkach, gdzie matka zostaje na starość sama, bo synowie mają ją, kolokwialnie mówiąc, gdzieś. A czy ktoś ich nauczył tego, że nic im się nie stanie, gdy umyją raz, czy dwa naczynia? Czytelniku, odpowiedz sobie szczerze na to pytanie, zgodnie z własnym sumieniem. Jeśli dalej uważasz, że jednak proponowane rozwiązania są złe, to nikt nie nakazuje posyłania dziecka do przedszkola. Albo można zawsze takie dziecko przenieść, przecież chyba takich placówek jest więcej w Polsce, niż 86, w których to wprowadzono ten program? Tak samo przypominam, że wbrew stereotypowi w Polsce dozwolone jest nauczanie dziecka w domu. 

Na koniec - filmik, który moim zdaniem świetnie i skrótowo obrazuje to, o co chodzi w tym całym "gender":


niedziela, 11 sierpnia 2013

Praca po socjologii i kierunkach humanistyczno-społecznych - fakty i mity

Na wstępie jednak mała sprawa techniczna. O ile jeden post na miesiąc jest moim zdaniem ok, ponieważ piszę dość obszerne posty, tak z góry mówię, że następnego postu nie będzie prawdopodobnie we wrześniu. Wrzesień planuję przeznaczyć na pisanie mojej pracy magisterskiej, to jest dokończenie kilku rzeczy, przepisanie wywiadów, itd. Dlatego do blogowania prawdopodobnie wrócę w październiku.

To tyle tytułem wstępu. Dziś chciałabym się jednak zająć kwestią, która jest kluczowa dla mnie niemalże od początku moich studiów. Od początku słyszałam tylko "Gdzie można po tym pracować". Często spotykam też takie oto żarty: 


I doszłam do wniosku, że pora rozprawić się z kilkoma mitami. Nie uważam jednak, że to być może kogoś zachęci do studiowania socjologii, lecz moim celem jest pokazanie, że pewne stereotypy nie są do końca zgodne z rzeczywistością.

Mit #1 - "Po socjologii nie ma pracy."
Znaczy jest to po części mit, a po części prawda. Dlaczego? Powiem tak - prawda jest pod tym względem, jeśli ktoś decyduje się na specjalizację bardzo ogólną lub bardzo wąską, niszową. Na szczęście jednak (choć nie jestem na 100% pewna), chyba już nie ma uczelni, która oferowałaby socjologię "czystą", bez żadnych konkretnych specjalizacji. Te specjalizacje mogą być różne. Moja uczelnia przynajmniej na poziomie licencjatu oferowała po pierwszym roku studiów dwie specjalizacje: socjologia rynku i pracy oraz socjologia małżeństwa i rodziny. Obydwie miały takie zalety, że łączyły one wiedzę z różnych dyscyplin - np. na specjalizacji "rodziny" niezbędna była wiedza pedagogiczna, czy psychologiczna. Ja natomiast skończyłam specjalizację rynku i pracy, gdzie miałam dużo przedmiotów powiązanych z zarządzaniem, ekonomią i marketingiem, stąd m.in. moje posty na temat reklamy, marketingu, itd. I nawet te dwie specjalizacje otwierają już szereg ciekawych możliwości. Ale zacznę raczej od najogólniejszych "propozycji" pracy, a skończę na tych bliższych mojej specjalizacji. 
  • Praca w administracji, urzędach, itd. Wbrew pozorom, nie każdy urząd jest taki, że przyjmuje tylko i wyłącznie prawników, ludzi po administracji, itd. Jest przynajmniej jeden urząd, w którym taka wiedza, choć jest zalecana, to właśnie o wiele lepsza jest wiedza socjologiczna, czy ekonomiczna. A najlepiej i jedno i drugie jest wskazane. Jaki to urząd? Mowa o urzędzie statystycznym. Każde województwo ma przynajmniej jeden oddział urzędu statystycznego (u mnie np. są bodajże również 3 filie). W trakcie studiów licencjackich miałam tam praktyki. I wbrew pozorom, to jest nie tylko papierkowa robota. Dowiedziałam się na wstępie, że dane demograficzne, np. ze spisu powszechnego trafiają do GUSu, który ma siedzibę w Warszawie (i jeśli ktoś jest z Warszawy, to muszę powiedzieć, że oni to dopiero tam mają mnóstwo propozycji praktyk i staży - i w pierwszej kolejności są preferowani studenci socjologii i ekonomii), a poszczególne urzędy statystyczne w danym województwie mają swoją "działkę". Urząd Statystyczny w Zielonej Górze zajmuje się prognozowaniem rozwoju gospodarczego. W skrócie polega to na tym, że wszystkie firmy w Polsce co jakiś czas (o ile dobrze pamiętam, to te mniejsze co 3 miesiące, a większe co miesiąc) wysyłają raporty, którymi zwykle zajmują się kadry. W takim raporcie firma pisze o tym, czy nastąpił rozwój, zastój, czy może regres firmy i jak firma będzie sobie radzić w ciągu trzech najbliższych miesięcy (taka samodzielna prognoza). To wszystko trafia do Zielonej Góry. Stąd potem w telewizji komunikaty, typu "GUS ogłosił, że w tym i w tym kwartale nastąpił rozwój gospodarczy o tyle i tyle procent..." Oczywiście w Urzędzie Statystycznym są inne działy, różne stanowiska, np. można zostać ankieterem. Jedna ankieta polega na badaniu ekonomicznym gospodarstw domowych (czyli rodzina mówi o tym, jak im się powodzi), w innej natomiast należy spisywać ceny w sklepie, po to również, aby GUS mógł też ogłosić podwyżkę lub obniżkę cen w stosunku do poprzedniego miesiąca. Są badania rolnictwa. Są poszczególne analizy statystyczne. Wydawanie biuletynów, które są dostępne za darmo. Wydawanie REGONu dla nowych przedsiębiorstw (swoją drogą, choć nie byłam w tym dziale, to słyszałam, że pod tym względem jest to najmilszy urząd w Polsce, ponieważ pracownicy potrafią nawet dzwonić, by się upewnić, czy petent sobie poradził ze wszystkim). Mnóstwo rzeczy generalnie. I chyba jedynym dokumentem prawnym, jaki trzeba znać, jest ustawa o służbie cywilnej. Zresztą, moim zdaniem, wiedza administracyjna jest do nadrobienia w niemal każdym urzędzie, a akurat absolwent kierunku społecznego może mieć coś, co jest bardzo przydatne - umiejętność komunikowania się (w końcu do urzędów przychodzą różni ludzie), łagodzenia konfliktów, czy zwyczajne zrozumienie danego człowieka. Choć nie mówię, że koniecznie tak musi być. 
  • Praca w różnych domach opieki, MOPS, pomoc społeczna ogólnie. Od razu jednak przyznam, że od kilku lat istnieje odrębny kierunek studiów, który bardziej przygotowuje do pracy w takim zawodzie, niż socjologia, a jest nim praca społeczna. Ale właściwie ktoś, kto kończył socjologię (tak jak u mnie) małżeństwa i rodziny, teoretycznie powinien być przygotowany do tego zawodu, do pracy z osobami starszymi, czy trudną młodzieżą. Z góry jednak mówię - praca dla wytrwałych. Wiem to z doświadczeń innych i rozmów ze znajomymi. W ośrodkach pomocy społecznej po studiach nie oferują złej stawki na początek (a przynajmniej tak było jeszcze z 2 lata temu), jednakże kryje się tu haczyk. Jest to praca, w której łatwo grozi wypalenie, stres, choroby zawodowe. Nie jest to praca dla osób szczególnie wrażliwych, gdyż trzeba odwiedzać takie miejsca, o których czyta się w tabloidach, czyli miejsca, gdzie jest brudno, gdzie ludzie są zaniedbani, chorzy, uzależnieni. Nie są to przyjemne widoki. A i są sytuacje, gdzie człowiek uzależniony od alkoholu potrafi przyjść i grozić, ponieważ on chce zasiłek. I niestety, moim zdaniem nawet wysoka stawka nie rekompensowałaby mi stresu, jaki miałabym przeżyć w tej pracy. Dlatego tak wiele osób stamtąd odchodzi. Ja jednak jestem zbyt wrażliwym człowiekiem, by czegoś takiego się podjąć.
  • Nauczyciel WOSu w szkole, animator. To jest akurat dość zaskakujące, bo powiem wprost: nie spotkałam się osobiście z przypadkiem, żeby ktoś po socjologii pracował w szkole. Studia podyplomowe z WOSu oferuje się dla nauczycieli historii, ale gdzieś czytałam w gazecie, jak ktoś z moich wykładowców mówił, że spotkał się z czymś takim, że któryś absolwent zaczął pracować w szkole. Jak mu się to udało, tego nie wiem, ale podejrzewam, że tym minimum to był kurs pedagogiczny i zdobycie uprawnień (zawód socjologa nie ma uprawnień pedagogicznych), a także jakiś kurs, albo studia podyplomowe, bo WOS jest niestety przedmiotem, gdzie mamy raczej więcej wiedzy na temat prawa, czy polityki, niż na temat samego społeczeństwa (jakie podręczniki bym nie przeglądała, to zawsze dział o społeczeństwie to tylko niewielka część całości, jeden dział może). Z animatorem sprawa jest podobna, ponieważ przynajmniej na mojej uczelni jest kierunek animacja kultury (który jest specjalizacją z pedagogiki) i prędzej absolwenci tego kierunku mają pierwszeństwo do wykonywania takiego zawodu. Nie mówię, że jest to niemożliwe jednak w przypadku absolwenta socjologii, który powiedzmy zrobił specjalizację z socjologii kultury i zdobył uprawnienia pedagogiczne. Jest to jednak dość trudne. 
  • Dziennikarz. Będę tu szczera. Jeszcze w klasie 3 liceum myślałam o tym, by zostać dziennikarką. Chciałam iść nawet na studia polonistyczne, albo dziennikarskie. Skąd więc wzięła mi się socjologia? A wynikało to z rozmowy z moim wychowawcą, który powiedział, że studia dziennikarskie nie przygotowują do tego zawodu, dają one tylko warsztat, który można samemu nadrobić, idąc nawet na kurs, czy studia podyplomowe. Problemem jest jednak to, że musisz mieć wiedzę, żeby pisać o czymś. I wychowawca dodał, że lepsze teksty są napisane przez specjalistów z konkretnych dziedzin, np. z fizyki, psychologii, chemii, biologii, językoznawstwa, czy właśnie socjologii, niż przez kogoś, kto skończył tylko dziennikarstwo (zresztą, bądźmy szczerzy, patrząc na dziennikarzy z tych dużych gazet, to spora część z nich właśnie nie wie, o czym pisze, nie potrafi zrobić researchu w danym temacie. Również nie mówię tu o wszystkich! Znam przynajmniej jedną osobę, która wie, o czym pisze i chwała jej za to, lecz szkoda, że jest to jedynie na szczeblu lokalnym). Ale wracając do mojej historii: przemyślałam tę sprawę i doszłam do wniosku, że mój wychowawca ma rację. Lepiej jest mieć wiedzę w jakiejś dziedzinie. Psychologii na mojej uczelni nie ma, ale była socjologia, a tematy społeczne zawsze mnie interesowały. I tak to już się kręci piąty rok... A marzenie o dziennikarstwie porzuciłam. To znaczy, nie wykluczam, że być może mogłabym napisać kilka tekstów do czasopism, ale nie chciałabym stałej współpracy. Wiem trochę, jak to bowiem wygląda od kuchni, bo mieszkałam przez rok właśnie z tą osobą, która jest dziennikarzem i codziennie ta osoba opowiadała mi, jak to wygląda. Stres niesamowity. Poza tym, niestety nie ma tak jak w serialach, czy w filmach, temat do artykułu musisz znaleźć sobie samemu. Ciężko jest znaleźć temat, który się nie powiela, niestety. Praca na stały etat? Tylko, jeśli umiesz się przebić. W redakcjach również panuje wyścig szczurów, niestety. 
  • Ankieter. Od razu jednak zaznaczę: nie znam przypadku, żeby praca ankietera była pracą stałą, za biurkiem, od 8 do 16, na etat, itd. Jest to bardziej praca dodatkowa, dorywcza, na umowę o dzieło najczęściej. Miałam jednak okazję popracować w ten sposób. Dostałam jedno zlecenie, gdzie pojechałam z koleżanką. Ankiety są najczęściej na zlecenie jakiejś firmy, bardzo rzadko zdarzają się one na tematy stricte społeczne (a o ankietowaniu w badaniu exit poll - czyli po wyjściu ludzi od urn po wyborach - można sobie pomarzyć, bo tym zajmuje się gigant na polskim rynku, czyli TNS Global, dawniej OBOP). Jednak jest na rynku trochę firm, które zajmują się badaniami marketingowymi, czy badaniami uczestnictwa w kulturze. Moje badanie polegało na przeprowadzeniu wywiadu z osobami z konkretnych miejscowości. Na kartce miałam, ile osób należy znaleźć, w jakim przedziale wiekowym i jakiej płci, a samo badanie było na temat tego, czy mieszkańcy wiosek zgadzają się na budowę kopalni w pobliżu ich miejscowości. Przy jednorazowym takim zleceniu (to akurat było dla firmy, która współpracuje z moją uczelnią) można trochę zarobić, jednak jest to męczące. Nie można zmusić nikogo do badania, więc pozyskanie osób było dość trudnym zadaniem momentami, zwłaszcza, jeśli miejscowość jest mała. Czytanie w kółko tych samych pytań również męczy, pod koniec dnia ma się dość. W dodatku nie można wprowadzić żadnych poprawek, ulepszeń, itd. Bo choć ja jako studentka socjologii, jak i koleżanka, widziałyśmy, że w tej ankiecie niektóre pytania są bez sensu, nietrafione, to nie mogłyśmy z tym nic zrobić. Mimo wszystko dobrze wspominam ten dzień. I dodam, że po przejściu szkoleń każdy może zostać takim ankieterem. A jeśli nie, to za chwilę napiszę o innej pracy, podobnej do ankietera, ale polegającej na trochę innej rzeczy.
  • Tajemniczy klient/Mystery shopper. Jest to praca również dorywcza, podobnie jak ankieter, ale ostatnio właśnie spróbowałam się w to bawić. Podoba mi się dogodny system rekrutacji - nie musisz mieszkać w wielkim mieście, by zostać tajemniczym klientem. Większość firm oferuje bowiem rejestrację i szkolenia przez internet, a kontaktują się z tobą drogą mailową lub telefoniczną. Ale na czym polega ta praca? Generalnie na sprawdzaniu jakości obsługi w odpowiednim lokalu, np. w supermarkecie. Dostajemy konkretny scenariusz zachowań (co musimy zrobić, o co zapytać, co sprawdzić, itd.). Czasami trzeba dokonać zakupu kontrolnego (ale przeważnie ta kwota jest zwracana przy rozliczeniu) i przesłać skan paragonu, a czasami wizyta jest bez zakupu, ale np. z nagraniem. Potem, w domu, przez internet wypełniamy ankietę na temat tego, jak było w danym sklepie/placówce. Szczerze, choć zarobki nie są wysokie, to praca taka ma swoje zalety. Umowa o dzieło nie związuje z jedną firmą, można pracować dla kilku (ja dostaję zlecenia od dwóch firm), można pracować o takich godzinach, jakie tobie odpowiadają, a i czasami jest to też dobra okazja do zakupu np. ubrań. Generalnie polecam taką pracę każdemu, kto ma czas na nią. Wiedza socjologiczna nie jest konieczna, ale mi się przydaje przy wypełnianiu ankiet. Są to jednak badania marketingowe (miałam o nich nawet wzmiankę na zajęciach). Dla jakich firm pracuję? Tu nie podam, ewentualnie mogę podać prywatnie, drogą mailową. Jeśli ktoś jednak chciałby się dowiedzieć, jakich firm szukać, jakich unikać, które nawiązują współpracę - polecam przejrzenie tego forum (a konkretnie chodzi o wątek "Katalog firm").
  • Reklama, dział promocji, PR, itd. Teoretycznie PR powinnam wrzucić oddzielnie, ale niech będzie. Po mojej specjalizacji jesteśmy przygotowani do tego, by tworzyć odpowiednie ulotki, reklamy, promować firmę, czy tworzyć jej PR (w skrócie PR to relacje z otoczeniem, które wbrew opinii nie polegają na kłamstwie, tylko właśnie na mówieniu prawdy). Wiem, że kilka osób z mojego roku znalazło pracę w takiej branży. Jest to moim zdaniem jednak praca dla ludzi kreatywnych, którzy umieją pracować w grupie i mają pomysły na promocję. A PR to jednak praca trudna, do której ciężko się dostać komuś, kto nie ma doświadczenia, niestety.
  • Dział HR, rekrutacji, kadry. Osobiście - praca moich marzeń. Nieźle płatna, polegająca na kontaktach z ludźmi, łagodzeniu konfliktów w firmie, zajmująca się rekrutacją nowych pracowników, praca polegająca na komunikacji między działem kierowniczym, a pracowniczym. I również jest tu potrzebna wiedza na temat ludzkiej psychiki, działaniu w grupach, konfliktów, umiejętność komunikacji, wczucia się w człowieka. Jednakże w przyszłości chciałabym mieć taką pracę i chciałabym szukać czegoś w tym kierunku. Lecz co będzie, to będzie.
Oczywiście zawsze pozostaje robienie doktoratu i praca na uczelni w charakterze wykładowcy, ale moim zdaniem to już zupełnie inna bajka, tylko dla wybranych. 

Mam nadzieję, że w kolejnym poście rozprawię się z kolejnymi mitami :)

piątek, 12 kwietnia 2013

Konferencja naukowa "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym" - krótkie sprawozdanie

W ubiegłą sobotę, tj. 6 kwietnia miałam okazję uczestniczyć w konferencji naukowej "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym", która odbyła się w Poznaniu, na Wydziale Prawa i Administracji UAM. Temat mnie bardzo zaintrygował, choć nie jestem studentką prawa, uznałam, że skoro to sobota, to warto się zarejestrować i zobaczyć, jak to będzie wyglądać.
I muszę przyznać, że ze wszystkich konferencji, otwartych wykładów, itp., w jakich uczestniczyłam, tę właśnie konferencję mogę zaliczyć do najbardziej udanych i najciekawszych. Było ku temu kilka powodów. Przede wszystkim wbrew tytułowi mogę uznać, że konferencja miała bardziej charakter interdyscyplinarny, aniżeli jedynie prawniczy. Początkowo obawiałam się, widząc listę prelegentów, że zabraknie głosu z nauk społecznych, głosu socjologicznego, który chyba jest najważniejszy przy wprowadzeniu w tematykę gender, praw kobiet, walki o emancypację, itd. Na szczęście tak się nie stało, pierwsza prelegentka bowiem (doktor Monika Frąckowiak-Sochańska, z którą miałam okazję porozmawiać podczas przerwy) była z wykształcenia socjologiem i psychologiem, co bardzo się przydało przy wprowadzeniu w tematykę, a i ja dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, np. statystyk na temat chorób psychicznych. Druga prelegentka ciekawie wprowadziła uczestników w tematykę historii walk o prawa kobiet. Kolejna zaś, choć z wykształcenia prawniczka, świetnie opisała konsekwencje stereotypów na temat płci, konsekwencje nie tylko społeczne, ale także i prawne. Muszę właśnie pogratulować doktor Buchowskiej za świetne rozeznanie, bez zbędnych uogólnień, ale i też bez przesadyzmu. 
Druga część interesowała mnie nieco mniej, bowiem traktowała bardziej o kwestiach prawnych, co do których nie orientuję się tak szczegółowo, jak tam była mowa (nie znam numerów wszystkich ustaw, kodeksów, itd.), orientuję się jedynie na tyle, na ile muszę, acz i tak muszę przyznać, że prelegenci mówili w sposób dla mnie bardzo zrozumiały. Jedynie w tej części zabrakło powiedzenia o pewnym zjawisku, które dotyczy kobiet w pracy - wspomniano o szklanym suficie, szklanych ruchomych schodach, ale zapomniano o innym zjawisku - o lepkiej podłodze. "Lepka podłoga" oznacza tyle, że kobiety jakby same się ograniczają, wybierając świadomie pewne zawody, w których płace są mniejsze, albo takie, w których nie ma możliwości awansu. Być może świadomie jednak pominięto to zjawisko, ponieważ bardziej ma ono charakter społeczny i wątpię, żeby pod względem prawnym można było coś z tym zrobić (można wprowadzić dane prawo, ale to nie znaczy, że świadomość człowieka zmieni się z dnia na dzień). 
Trzecia część była też ciekawa, łącznie z wystąpieniem pani minister Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz - prelegentki mówiły o tym, jak wygląda wprowadzenie prawa stworzonego z myślą o kobietach (np. ustawa żłobkowa) w praktyce. I cieszę się, że była taka część, uświadamiająca to, że choć przepisy prawne można zmienić, można nad tym pracować, ale praktyka może być niestety zupełnie inna. Idealnie obrazowała to, jak  bardzo musi się jeszcze zmienić polska mentalność, by zaczęto w pełni akceptować prawo i stosować się do norm prawnych. 
Co do większych zastrzeżeń - dotyczą one nie wystąpień, a bardziej dyskusji, jaka była po nich. Niestety, jakoś nie miałam czasu zabrać głosu, ponieważ i tak wszystko było opóźnione i organizatorzy musieli wszystko przyspieszyć. Ale powiem to już tutaj. Pierwsza dyskusja, po pierwszej części konferencji dotyczyła aspektów językowych. W skrócie - pojawiła się teza, że żeby nastąpiło równouprawnienie kobiet, potrzeba zmian językowych także w języku prawniczym, języku ustaw, żeby np. było zapisane "Posłowie i Posłanki", "Obywatele i Obywatelki". Teza poniekąd słuszna, bo pierwsza prelegentka mówiła, że jest udowodnione empirycznie, że jeśli nie używa się żeńskich końcówek, to człowiek automatycznie myśli o np. "lekarzu", jako mężczyźnie. Że w ogóle nie myśli się o kobietach. Dyskusja nawiązała się na temat tego, czy jest to w ogóle potrzebne. Ja osobiście uważam, że jest, aczkolwiek nie chodzi o sam język. Język kształtuje się w sposób naturalny, oddolny, niezależnie od tego, co nam narzuci prawo. Dlatego też to, czy formy "socjolożka", czy "psycholożka" przyjmą się w naszym języku, zależy od mentalności. Ale moim zdaniem przede wszystkim potrzebna jest edukacja. Potrzebne są zmiany, żeby nie było podwójnych standardów w nauczaniu, zwłaszcza w tym początkowym, gdzie przecież bardzo często mamy sytuację, że nauczyciel przyzwala chłopcu na to, żeby może nie tyle co rozrabiał na lekcjach, ale na bardziej ekstrawertyczne zachowania, głośniejsze zachowywanie się. Gdy natomiast dziewczynka jest głośno, wtedy zwraca się jej uwagę. Albo w przedszkolach - podział na zabawki, także podział kolorystyczny. Wszystko niestety zaczyna się od dzieciństwa - jeśli dziewczynka nie ma przyzwolenia wśród rówieśników na to, by bawić się klockami, które rozwijają wyobraźnię przestrzenną, to jak potem, jako dorosła kobieta, ma zainteresować się inżynierią? Potem słyszymy narzekanie, że mamy dużo kobiet na kierunkach humanistycznych, a mało na politechnicznych. Ale jest to jednak rzecz, której nie można uregulować prawnie, są to niejawne normy, na które przyzwala społeczeństwo. Choć są rzeczy, które można regulować. Jedna z prelegentek wspomniała, że ONZ dba o weryfikację podręczników szkolnych pod kątem dyskryminacji płciowej. Jeśli tak się dzieje, to jakim cudem do podręcznika szkolnego wkradło się coś takiego?
Źródło ilustracji: Polska rodzina - jaka jest, jak się zmienia?, publikacja do ściągnięcia za darmo tutaj
I w tym jest właśnie problem. Jak to prawo jest egzekwowane? Edukacja moim zdaniem jest ważniejsza, niż zmiany językowe, bowiem można ją bardziej kontrolować pod względem prawnym. 
Druga kwestia dotyczyła pewnego głosu z sali. Jedna pani bowiem była niezadowolona z faktu, że miasto, w tym i kobiety muszą płacić za to, że Poznań musi utrzymać stadion. Tym samym miałam wrażenie, że ta pani sugeruje, że stadion i mecze to tylko rozrywka dla facetów, a przecież wcale tak nie jest. Przypomniało mi to śmieszne argumenty feministek przed Euro. Argumenty moim zdaniem zbyt skrajne. 
Podsumowując: uważam, że potrzeba więcej takich konferencji i więcej takich dyskusji, choć oczywiście moglibyśmy siedzieć tam całe dnie i debatować. Generalnie bardzo mi się podobało i liczę na dalszą aktywność Prawniczego Koła Naukowego "Gender" w tym właśnie kierunku.

czwartek, 17 stycznia 2013

Rola telewizji publicznej - krótka analiza

Przede wszystkim witam w Nowym Roku 2013. Trochę czasu minęło od ostatniej notki, sesja zbliża się wielkimi krokami, ale stwierdziłam, że jeśli nie napiszę teraz, to potem nie będzie mi się w ogóle chciało. 

Ta notka miała być o czymś innym, ale do wpisu o mediach sprowokowała mnie ostatnia zagrywka telewizji publicznej, znanej w naszym kraju jako TVP. Chodzi mi mianowicie o "Szpiegów w Warszawie", serial długo przeze mnie wyczekiwany, reklamowany jako współpraca TVP i BBC, w dodatku z moim ulubionym aktorem... Wszystko to sprawiło, że zachciało mi się wierzyć, że być może TVP chce podnieść swój dość niski poziom, nie oszukujmy się. I... Wielkie rozczarowanie. Nie z powodu serialu. Ale z powodu tego, że TVP zafundowała nam dubbing. Dubbing filmu fabularnego, który nie jest dość powszechny w naszym kraju, może z wyjątkiem filmów dla dzieci. Decyzja niezrozumiała dla mnie. TVP nawet nie raczyła wyjaśnić, dlaczego tak postąpiła (jeden z grzechów public relations). Ktoś mi powiedział, że prawdopodobnie było tak dlatego, że chcieli podkreślić, że to jest także polska produkcja. Można to było zauważyć w zajawkach telewizyjnych, w których mówiono, że "grają tam polskie gwiazdy" (lecz ani słowa o odtwórcach głównych ról), tymczasem tych gwiazd naliczyłam... Może trzy, z czego najbardziej rozbudowaną i najlepszą rolę ma moim zdaniem Marcin Dorociński. Ale nie o samym serialu chciałam mówić - jeśli ktoś chce poznać moją opinię, odsyłam do deva i moich komentarzy (link z boku) i do wpisu Zwierza Popkulturalnego (również link z boku). 

TVP chyba zauważyła, że to był błąd, gdyż oglądalność nie zachwyciła, być może ludzie wysyłali opinie, że nie podoba się dubbing, ale w każdym razie TVP obiecała, że kolejny odcinek będzie z możliwością napisów (prawdopodobnie tu się kłania ta telewizja hybrydowa, czyli również opcja niedostępna dla każdego, bo trzeba mieć odpowiedni telewizor). Niestety, żeby to była tylko jedna wpadka TVP w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ale nie jest.

W "Metrze" czytamy o tym, że nasza kochana Telewizja Publiczna tnie dobranocki. Odzew był spory, a tłumaczenia TVP - po prostu głupie. Dlaczego w czasach mojego dzieciństwa, które wcale nie było tak dawno, jakoś można było znaleźć te pół godziny (łącznie z reklamami) na to, aby puścić fajny film lub serial animowany? Sytuacja, gdzie dobranocka trwała krócej, była niezwykle rzadka, a kiedy jej nie puszczono w ogóle, to już musiało się stać coś poważnego (pamiętam, że tak było z zamachem na WTC). Teraz czytam o tym, że rodzice się skarżą, że jest to sytuacja nagminna. 
Zdarzyło mi się oglądać jeszcze dobranocki, teraz jeśli zdarza mi się to robić, to dlatego, że siedzę ze swoimi siostrzeńcami. I muszę przyznać, że choć pedagogiem nie jestem, to długość nadawanych kreskówek nie jest jedynym problemem. One są po prostu okropne. Są mało interesujące dla dziecka powyżej 5-6 roku życia (mój chrześniak skończy w tym roku 6 lat - dobranocki z TVP go nie interesują, a ucieka w stronę Nickeleodonu, czyli kanału teoretycznie przeznaczonego dla starszych dzieci i młodzieży), wartości edukacyjne są nachalne, a i animacja nie zachwyca. Dzisiaj wszystko idzie w stronę animacji komputerowej. To już moja osobista opinia, ale moim zdaniem taka animacja nie ma duszy, dziecko nie ma poczucia, że ogląda bajkę, ciekawą, kolorową, z fajnymi postaciami. Jedyny powód, dla którego moim zdaniem ucieka się w tę stronę, to koszta - wyprodukowanie takiej bajki jest tańsze niż zatrudnienie sztabu rysowników, którzy będą się męczyć z rysowaniem klatek do animacji 2D. Kolejnym problemem jest jakość głosów w tychże bajkach. Ja rozumiem, że nierzadko postaciami w serialach animowanych są również dzieci, ale moim zdaniem to wcale nie usprawiedliwia tego, że dana postać mówi niewyraźnie
I tu przejdę do procesu socjalizacji pierwotnej, w tym wypadku do aspektu językowego i etycznego. Dziecko chłonie jak gąbka różne wartości. Ważna jest przede wszystkim rola rodzica. Wiadomo, że jedne dzieci będą myślały, że to, co jest w bajce, to tak może być w rzeczywistości, a inne będą odróżniać rzeczywistość od fikcji. Jednakże w obu przypadkach rodzic jest potrzebny. Chociażby do doboru bajek. Jeśli postacie mówią niewyraźnie, to moja rada jest jedna: wyłączyć to i nie pokazywać dziecku. Bo potem rodzice się dziwią, czemu dziecko musi iść do logopedy. Niestety, maluch najczęściej myśli sobie, że skoro tak mówi postać z bajki, to on(a) też może. Z kolei nie widzę korelacji między przemocą w kreskówkach, a późniejszym wskaźnikiem przestępstw wśród dorosłych. Jestem z tego pokolenia, gdzie kreskówki były bardzo zróżnicowane - były spokojne "Mapeciątka", czy "Reksio", ale był też "Batman" czy "Motomyszy z Marsa", czy nawet "Dragon Ball" (ok, przykłady podaję z głowy, ale wiadomo, o co chodzi). Większość nie wyrosła na psychopatów, bo... Większość umie odróżniać rzeczywistość od fikcji? Prawda stara jak świat - największy wpływ na nas ma to, co wyniesiemy z domu rodzinnego. To, czy dziecko widzi bijatykę i pijaństwo w domu, w przypadku rodziców, czy też nie, nie to, co zobaczy w telewizji. Zwłaszcza, jeśli ma mądrych rodziców, którzy umiejętnie wytłumaczą, że to, co widzą, to tylko bajka. 
Ale z drugiej strony bajki powinny propagować odpowiednie wartości, mieć jasny morał, przesłanie, acz nie nachalnie. A dzisiaj... Mamy kreskówki, które nie mam pojęcia, co chcą przekazać. Ani nie uczą języka, ani właściwie niczego. A potem TVP mówi, że chce zdjąć dobranockę, bo "jest niska oglądalność". Może warto się zastanowić nad poziomem emitowanych kreskówek w takim razie? Dlaczego "Smerfy", "Gumisie", "Tabaluga", czy nawet rodzimy "Reksio" przyciągają widzów do tej pory? Ktoś dobrze napisał, że telewizja publiczna powinna kształcić przyszłego widza, który z dobranocek przesiądzie się na filmy czy seriale dla młodzieży (tych też jest tyle, co kot napłakał), a potem na filmy dla dorosłych. A jak ma to robić, kiedy nie ma nic do zaoferowania?

Nie lepiej jest z pozostałymi programami. Seriale? Praktycznie same telenowele, nawet jeśli nie miało być tak, że te seriale miały być telenowelami. Z realiami, które są po prostu fikcją. A przeciętny Polak ogląda je dlatego, że... Nic innego nie ma. A i jest przyzwyczajony do tego, co ma, więc nie szuka dalej, nie myśli, że gdzieś może być coś lepszego. Teleturnieje czy wszelkie talent show są oparte na zachodnich licencjach. Od dawna TVP nie stworzyła nic odautorskiego.


Takich przykładów można by mnożyć. Gdybym ja tam pracowała, urządziłabym wielką rewolucję. Dlaczego? Bo ciągle się słyszy narzekanie, że jak to oglądalność spada, a widzowie wolą oglądać w Internecie. Po pierwsze, zadbać o jakość tłumaczenia - bo ciągle polskiego widza traktuje się jak dziecko, które nie powinno słuchać brzydkich słów. I w efekcie mamy kiepskie tłumaczenia, nie oddające filmu. Po drugie - dać możliwość wyboru, tj. albo lektor, albo napisy. Dubbing tylko do produkcji dla dzieci. Po trzecie, spełniać faktycznie misję, zadbać o poziom tych programów. Nikt nie mówi, że to mają być programy, które będą oglądać tylko profesorowie filozofii, ale gdzie się podział "Teatr Telewizji"? Gdzie jest "Wideoteka dorosłego człowieka"? A programy popularnonaukowe takie jak "Z kamerą wśród zwierząt"? To były programy na poziomie, a przy tym zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. O edukacyjnej roli telewizji nie ma żadnej mowy. Bo jak to jest, że w ramówce TVP Historia mamy też zwykłe seriale? I moja refleksja: jak to jest, że krytykowany PRL jednak potrafił stworzyć lepsze programy, niż teraz?


Mówi się, że TVN czy Polsat puszczają kupę reklam, a mało programu. Jednak telewizja publiczna powoli też zmierza w tym kierunku, niestety. Jedyna zaleta jest taka, że nie przerywają filmu czy programu reklamami. Jednak co z tego, ja potem one trwają z 15 minut, zanim pojawi się kolejny program?

Przepraszam za mały obiektywizm w tym poście, ale skoro wszyscy, nawet profesorowie krytykują tę politykę, to myślę, że przeciętny człowiek też potrafi to dostrzec. W każdym razie na dzień dzisiejszy TVP nie zachęca do opłacania abonamentu.

TVP - telewizja z misją, czy maszynka do zarabiania pieniędzy?