Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fandom. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

Raport o blogosferze - co mogło pójść źle? Uwagi krytyczne do raportu "Dwa zero czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa”.

Dawno mnie tu nie było i właściwie nie wiedziałam, na jakim blogu miałabym opublikować poniższą notkę. W końcu temat dotyczy popkultury, a mam bloga o tejże tematyce. Jednakże zdecydowałam się opublikować notkę tutaj, ponieważ moje uwagi pochodzą ode mnie - nie blogera amatora, który sobie pisze o filmach czy serialach, jakie obejrzał, a od magistra socjologii, który jest zawiedziony tym, że ludzie z tytułami popełnili wiele błędów przy raporcie, który mógłby być ciekawym źródłem wiedzy, zwłaszcza dla kogoś, kto chciałby napisać pracę dotyczącą blogerów popkulturowych - a tych jest całkiem sporo na naszym podwórku. Czy jednak jest to na tyle spora grupa, że można robić na niej określone badania i wysnuwać wnioski dotyczące wszystkich? Co właściwie poszło nie tak, skąd moje uwagi? 

Źródło: blogerish.com
Raport pod tytułem "Dwa zero czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa" to raport opublikowany niedawno przez Instytut Kultury Miejskiej. Raport, o którym będzie mowa i który będzie cytowany, dostępny jest tutaj. Ledwo został opublikowany, a już zdążył wywołać kontrowersje w środowisku blogerskim. I to w tej specyficznej działce - czyli blogi kulturalne (czy kulturowe, jak kto woli). I właściwie słusznie, że wywołał pewien sprzeciw - bo im bardziej się wczytuję (zwłaszcza w aneks metodologiczny), tym bardziej łapię się za głowę i zastanawiam się, dlaczego ludzie z tytułami wyższymi od mojego, czyli ledwie "marnego magistra" popełnili tak rażące błędy. Błędy, które rzucają się w oczy nawet ludziom niezwiązanym z socjologią. 

Z jednej strony można byłoby się cieszyć, że blogerzy kulturalni w końcu zostali dostrzeżeni przez badaczy - bo jak do tej pory większą uwagę poświęcano blogom lifestyle'owym, prowadzonym np. przez Kasię Tusk. Jednakże to, co zobaczyliśmy, to może... Nie woła o pomstę do nieba, a można było zrobić lepiej.

Przede wszystkim moje zarzuty dotyczą celu badania. Autorzy zaznaczają, że "[p]odstawowym celem badania była charakterystyka blogosfery kulturalnej" (s. 119), jednakże w dalszych celach i problemach badawczych dowiadujemy się, że kontekstem była głównie ewentualna współpraca blogerów z instytucjami kultury. Rozumiem, badanie organizowane przez Instytut Kultury Miejskiej, to chcą wiedzieć, czy są jakieś możliwości takowej współpracy, jak mogłaby wyglądać, itd. Pytanie jednak - czy nie jest to za bardzo "pomieszane"? Z jednej strony naprawdę świetnie, że ktoś chce zbadać blogerów kulturowych, ale jeśli jest to "nowa" działka, to czy nie lepiej byłoby najpierw zbadać temat ogólnie, a dopiero potem stawiać pytania o możliwości współpracy? Do tej ewentualnej współpracy z instytucjami kultury mam również kilka zarzutów.
Nie jest tak, że publiczne instytucje kultury nie współpracują z blogerami. Trudno ocenić skalę zjawiska, nie jest ona prawdopodobnie duża, ale można znaleźć przykłady współpracy instytucji kultury i blogerów. (s. 106).
W dalszej części raportu jest mowa o współpracy, która mogłaby polegać na udostępnianiu instytucji kultury jako miejsca spotkań blogerów czy w formie jakichś warsztatów. Wszystko brzmi ładnie, ale pojawiają się inne problemy - jeśli bowiem występuje taki problem nawet w dużych miastach, to co dopiero powiedzieć o mniejszych miejscowościach? Kogo w mojej miejscowości przyciągnęłoby spotkanie ze Zwierzem Popkulturalnym? Obstawiam, że maksymalnie kilka osób. Czy jakieś instytucje kultury chętnie wyłożyłyby na to pieniądze? Już pomijam fakt, że instytucje kultury między innym w moim regionie (a przynajmniej te, które znam bliżej) mają spory problem finansowy nawet na podstawowe cele - w bibliotekach rzadko można dostać nowości, czasami nawet o lektury szkolne ciężko się doprosić. A co dopiero organizować spotkanie z "znanym blogerem" czy warsztaty. Nie każdy bloger też byłby chętny do tego, by takie rzeczy robić charytatywnie - w końcu nawet przyjazd do jakiegoś miasta wiąże się z kosztami. Trzecia rzecz to ta, o której pisała autorka bloga Zwierz Popkulturalny: wiąże się to z pewnego rodzaju ryzykiem. Publiczność nie jest dana raz na zawsze, jest kapryśna, jednego dnia masz milion fanów, drugiego pozostaje już tylko garstka. Nie każdy będzie chciał się angażować w projekt, który być może jest skazany na porażkę. Łatwo też usłyszeć takiemu blogerowi zarzuty o "sprzedaniu się" i przez to stracić jakąś część czytelników. Może też potem wyglądać dość niepoważnie. Dlatego ryzykują obie strony. Stąd być może ta współpraca nie jest taka idealna, jak chcieliby tego autorzy raportu. 

Nie chcę się rozpisywać o błędnych wnioskach dotyczących poszczególnych, cytowanych blogów, ponieważ dobrze dostrzegli to autorzy blogów: Zwierz Popkulturalny, Fangirl's Guide to the Galaxy, czy Mistycyzm Popkulturowy, a moim celem nie jest powielanie ich argumentów, czy też ich cytowanie. Po prostu w linkach odsyłam do poszczególnych wpisów. Wniosek z tych wpisów może być taki, że analiza blogów została przeprowadzona w sposób pobieżny, a momentami przy pewnych wypowiedziach (i przy późniejszej konfrontacji z autorami) można dostrzec "nadinterpretację" pewnych słów czy wpisów.

Najczęściej taki błąd wynika ze źle dobranej metody, o czym starałam się pisać w komentarzach pod notką autora Mistycyzmu Popkulturowego. Przede wszystkim została tu użyta analiza sieciowa, oparta na agregatorze blogów, czyli bloga o nazwie "Blogi Kulturowe"
Gotową bazą, gromadzącą blogi kulturowe okazał się agregator, zbudowany dwa lata temu na platformie Blogger „Blogi Kulturowe. Agregator blogów poświęconych kulturze”. Informacja o projekcie zaprezentowana przez autora była zachęcająca i dawała nadzieję na zebranie sporej liczby odnośników do polskich blogów kulturalnych (...)
W założeniu - bardzo fajna sprawa. Autor gromadził bowiem linki do różnych blogów i dzielił je na różne kategorie. Na blogach zaś często można było spotkać tak zwane "blogrolki", czyli kolejne linki prowadzące do innych blogów. Z tego mogła powstać "chmura" powiązań sieciowych, czyli kto kogo linkuje. Socjometria, tylko na szerszą skalę. Jeśli to słowo nic wam nie mówi (bo zdaję sobie sprawę, że mojego bloga czytają osoby, które niekoniecznie znają się na socjologii), to w skrócie jest to badanie sympatii i antypatii w grupie. Często przeprowadza się takie badanie w klasie w szkole, pytając "z kim usiadłbyś w jednej ławce". Jest to dobre narzędzie dla nauczyciela, który może potem wyciągnąć wnioski i zobaczyć, jak kształtuje się hierarchia w klasie, kto jest "gwiazdą", a kto jest izolowany. I w badaniu autorzy starali się wychwycić coś podobnego, a mianowicie relacje sieci, kto kogo linkuje, poleca, czy te linkowanie jest na zasadzie "blogi to właściwie krewni i znajomi królika", czy może nie. W założeniu - naprawdę świetna rzecz.

Problem polega jednak na tym, że w raporcie nie ma ani słowa o tym, że baza nie była aktualizowana od końca 2013 roku. W przypadku badań Internetu dwa lata to jest już wręcz historia. Rozumiem, że analizowane blogi, pochodzące z tamtej listy, były analizowane w 2015 roku, ale też pytanie - jak było z aktualizacją tamtych blogów? Nie każdy blog to Zwierz Popkulturalny, który notki ma codziennie. Są notki raz na tydzień, raz na miesiąc, są wpisy bardzo nieregularne. Ile z tych blogów było "porzuconych"? Wpisali się na listę (bowiem trzeba zaznaczyć, że autor publikował blogi, które same się do niego zgłaszały!), a jakiś czas potem stwierdzili, że dają sobie spokój, ale bloga już nie skasowali? Z tabeli (s. 18) wynika, że trochę ich było - 35 blogów na 400 badanych było nieaktywnych, 46 zaś miało aktualizację między styczniem 2014 a marcem 2015. Pojawia się właśnie też sprzeczność - w tabeli liczba blogów badanych to 400, a pod spodem mamy zapis:
35 blogów nie przeanalizowano z uwagi na to, że były nieaktywne, oferowały dostęp dla zaproszonych gości lub zostały przeniesione. (s. 18)
 Jeśli więc metodą była analiza treści i analiza danych zastanych, to dlaczego w tabeli pojawia się liczba 400, a dalej jednak wychodzi, że to 400 blogów nie było? Inna sprawa to taka, co z tymi 46 blogami, których ostatnia aktualizacja była nawet półtora roku przed badaniem? Obraz może być bardzo zachwiany. Ktoś mógł sobie bowiem w 2014 roku pisać, że nie współpracuje z instytucjami kultury, a skąd autorzy mogą wiedzieć, czy tak się nie stało rok później, a autor po prostu nie miał potrzeby informowania o tym na blogu, na facebooku, czy na innych mediach społecznościowych? Takich rzeczy nie dowiemy się z badań ilościowych, które nie są w dodatku badaniami typowymi (czyli klasyczny kwestionariusz ankiety). Poza tym, tak jak wspomniał autor Mistycyzmu Popkulturowego, blogrolka może być nieco przestarzałym narzędziem. Często bywa tak (o czym też sama zapominam), że autor rzadko ją aktualizuje - ja sama miałam tak, że dopiero ktoś musiał mi zwrócić uwagę, że link do mojego profilu na filmwebie jest błędnie zapisany. Tym samym - może być też tak, że sporo linków może być nieaktywnych. Blogerzy nie muszą też linkować siebie wzajemnie. Czy to, że na moim blogu jest odnośnik do Zwierza Popkulturalnego, oznacza, że Zwierz musi mnie też linkować? Oczywiście, że nie. 

W raporcie pojawia się również inna rzecz, która niepokoi, gdy autorzy piszą o tym, w jaki sposób chcieli klasyfikować blogi i tworzyć definicję, uzasadniając tym wybór metody analizy danych zastanych:
(...) (nasza ocena nie miała charakteru ścisłego i ilościowego, a jedynie szacunkowy i bazowaliśmy w niej także na wynikach raportów). Analiza danych zastanych pozwoliła także na pokazanie powiązań pomiędzy polskimi blogami kulturalnymi oraz wstępną charakterystykę poszerzania blogów kulturalnych do tzw. chmury blogowej (...)
Analiza danych zastanych jest metodą, która klasyfikuje się gdzieś pomiędzy metodami ilościowymi, a jakościowymi. Można w ten sposób analizować czasopisma w jakimś konkretnym okresie (np. czasopisma z jednego, konkretnego roku). Tworzenie jakichś klasyfikacji jest arbitralne (np. badanie reklam. Przykładowo oceniamy, ile razy pojawia się wizerunek "kobiety - matki i żony", oceniając w ten sposób, kto jest na zdjęciach, jak jest taka osoba przedstawiona, ubrana, itd.), ale już z konkretnych liczb można tworzyć diagramy i statystyki. Analiza sieciowa opiera się na teoriach statystycznych i matematycznych, a więc będzie bardziej szła w metodę ilościowa, a nie jakościową. 

I mój główny zarzut jest taki, że badania ilościowe w przypadku blogosfery nie są dobrym pomysłem. Z całą pewnością nie była analizowana cała populacja. Nie była to też grupa reprezentacyjna, ze względu chociażby na to, na co wskazali autorzy - czyli na fakt trudnej do określenia definicji "bloga kulturowego". Druga sprawa to słowo "szacunkowy". Jeśli te badania to tylko szacunki, to skąd pomysł wyciągania często pochopnych wniosków na temat całej blogosfery? 

Postanowiłam się udzielić, ponieważ ten raport zainteresował mnie ze względu na moje własne badania, jakie prowadziłam na temat fandomu w Polsce. Badania te były mi potrzebne do mojej pracy magisterskiej, nawet korzystałam z podobnych źródeł, z których korzystali autorzy, lecz wiedziałam, że zadanie nie będzie łatwe. Ze względu na ograniczenia, jakie mamy dzisiaj, musiałam się ograniczyć do badań jakościowych, czyli do wywiadów z wybranymi przeze mnie osobami. Być może ktoś kiedyś stworzy narzędzie, które umożliwi ilościową analizę fandomu. Lecz czy to będzie teraz, czy za dziesięć lat? Tego nie wiemy. Dlatego też w pracy zaznaczyłam, że moich wniosków nie można wysuwać z pewnością na cały fandom, że badałam być może specyficzną grupę, że może ktoś miałby jeszcze coś do dodania, jakieś uwagi? Jeśli tak, to zapraszam do przejrzenia mojej pracy tutaj. Zaznaczam, że badania robiłam w 2013 roku. Sama jestem ciekawa, ile od tego czasu mogło się zmienić. Moim zdaniem autorzy mogli pozostać przy wywiadach i samej analizy treści - raport nie straciłby, a może by nawet zyskał. Po prostu badacze mogli się wgłębić, mogli zaznaczyć, że część z tych badanych notek jest stara, że nie wiemy, jak może to wyglądać obecnie. 

I ostatnia moja uwaga to taka, że z przykrością i pewnym niesmakiem widzę, że autorom nie podobają się uwagi krytyczne. Cóż, blogerzy mają do nich pełne prawo. Nie można zakładać, że bloger jest tylko niekompetentnym amatorem, bo często są to ludzie w trakcie studiów lub z konkretnym tytułem, a więc mający kompetencje także i do krytycznej oceny. Nie znam do końca autorów, więc nie wiem, czy któryś z nich nie prowadzi bloga o popkulturze. Ale jeśli nie, to czy nie można było wziąć do zespołu badaczy kogoś, kto zna bliżej blogosferę? Myślę, że badanie nie straciłoby na obiektywności, a raczej coś by zyskało. Przypominają mi się słowa prof. Mariusza Kwiatkowskiego na temat badania religii i religijności - otóż pan profesor na zajęciach stwierdził, że osoba taka nie powinna być ani skrajnym ateistą, ani fanatykiem konkretnej religii. Myślę, że tak samo jest ze specyficzną grupą, jaką jest fandom, czy blogosfera kulturowa - gdy ktoś zna bliżej temat, to myślę, że jest go w stanie też lepiej ocenić. I nie trzeba się martwić, czy ktoś nie zachowa obiektywności - jeśli zna się na badaniach, to z całą pewnością będzie starał się to robić.

Podsumowując, raport o blogosferze kulturalnej mógł być ciekawym badaniem, które w jakiś sposób analizowałoby polską blogosferę. Niestety, otrzymaliśmy tekst, który jest po prostu bardzo powierzchowną analizą i ciężko się dziwić temu, że cytowani autorzy mają jakieś zastrzeżenia. Ja sama nie publikuję tych uwag z powodu jakiejś zazdrości, że nie znalazłam się w tym zaszczytnym gronie (mój blog nie figuruje ani nie figurował na liście z "Blogów Kulturowych", poza tym powstał mniej więcej wtedy, kiedy właśnie autor przestał aktualizować notki, więc ciężko się dziwić), a raczej dlatego, że temat jest mi w jakiś sposób bliski i przykro jest po prostu czytać jednoznaczną, dość negatywną opinię o blogosferze. A przecież może ona mieć naprawdę duży potencjał. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli.

Mgr Katarzyna Nieć

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wyglądają tak uroczo! Muszą być parą! Czyli słów kilka na temat domniemanego homoseksualizmu.

Wprawdzie wpis miał być o czymś innym, a ten planowałam na jakiś późniejszy dzień, ale jednak pewien post z tumblra tak mnie zirytował, że postanowiłam zmienić kolejność. Dlatego dzisiaj będzie mowa o czymś, co roboczo nazywam "domniemanym homoseksualizmem". 

Żyjemy w czasach, kiedy to społeczeństwo robi się coraz bardziej otwarte. Nawet jeśli przykładowo w Polsce homoseksualizm nie jest jeszcze tak do końca tolerowanym zjawiskiem, to jednak nie jest on tematem tabu - mówi się o nim dość otwarcie, nie udajemy, że takie osoby nie istnieją. Przy tym oczywiście wciąż jest powszechna pewna heteronormatywność, czyli uznajemy potencjalnie, że dana osoba jest hetero, chyba, że powie inaczej. Przykładowo, pytamy często faceta, czy ma dziewczynę. Uznajemy, że jeśli jest organizowana studniówka, to idziemy na nią z osobą płci przeciwnej. I tak dalej. I czy to jest złe? Cóż, słynni już social justice warriors uważają, że tak. Mówią, że to jest krzywdzące dla osób, które nie są hetero. Ale czy aby na pewno? 

Zacznijmy od tego, co powiedziałam w którymś wcześniejszym poście, że jeśli za normę przyjmiemy to, co jest w większości, to fakt - heteroseksualizm jest normą. I nie uważam osobiście, że stosowanie się do heteronormatywności w codziennych sytuacjach nie jest od razu wielkim grzechem, czy dyskryminacją. Jest po prostu normalnym rytuałem (idąc za E. Durkheimem, jest to fakt społeczny). Wiąże się to po części także z tym, skąd się biorą stereotypy. Stereotypy z punktu widzenia psychologicznego (a także biologicznego) biorą się z ergonomii myślenia. Na co dzień nie zastanawiamy się nad pewnymi rzeczami, przyjmujemy je za pewnik. Ma to pewne zalety, np. jeśli widzimy kogoś podejrzanego, zamaskowanego, kto chodzi z nożem po ulicy, to chyba bezpieczniej dla nas jest przyjąć, że ten ktoś raczej nie ma dobrych zamiarów. Z heteronormatywnością może nie jest aż tak drastycznie, ale nie uważam tego za dyskryminację. Dlaczego? Bo jestem zdania, że osoba nieheteroseksualna poprawi nas sama, jeśli wtrącimy coś na temat związków romantycznych w zwykłej sytuacji. W końcu przeciętna osoba nie robi zazwyczaj tego celowo i warto mieć to na uwadze. Tak jest z wieloma innymi rzeczami, jak przykładowo - moja własna sytuacja z dnia dzisiejszego, gdy powiedziałam pewnemu panu profesorowi "Wesołych świąt", a moja koleżanka do mnie, że przecież on jest agnostykiem. Nie wiedziałam o tym, a nawet jeśli ktoś mi mówił, to zwyczajnie mi to wyleciało z głowy. Czy to znaczy, że zrobiłam to specjalnie, dyskryminując tym samym sprawy wiary innego człowieka? Oczywiście, że nie. Dyskryminacją będzie jednak fakt, kiedy celowo i świadomie odmawiamy pewnych praw i np. geja ciągle będziemy pytać o to, czy znalazł sobie dziewczynę, nawet jeśli dobrze wiemy, że tak nigdy nie będzie. Zakładam w końcu, że chyba nikt celowo nie chce obrażać danej osoby, dlatego obrażanie się o takie automatyczne, stereotypowe myślenie, jest delikatnie mówiąc, dziecinne i świadczy o przewrażliwieniu na punkcie swojej osoby. Nikt w końcu nie chodzi po ulicy, mając napisane na czole "gej" czy "lesbijka". 

Problem jest jednak w tym, że pewne założenia mogą być bardzo krzywdzące, zwłaszcza w przypadku fandomu. Fandom często przenosi swoje własne doświadczenia i preferencje do prawdziwego życia. Mam tu na myśli głównie slash (o którym to pisałam dość szczegółowo w pracy magisterskiej. Warto zaznaczyć, że nawet o wiele lepsi badacze niż ja nie mają pojęcia, jak wyjaśnić ogromną popularność związków męsko-męskich w fandomie). I pół biedy, gdy mówimy o postaciach, ale zaczynam dostrzegać zjawisko, które ja, mimo swojej dużej tolerancji dla wielu nowych zjawisk, muszę potępić. A jest to zakładanie tego, że dani aktorzy są razem w prawdziwym życiu, bo np. ich postacie są popularnym pairingiem w fandomie.

Przyznaję, że po raz pierwszy zetknęłam się z tym zjawiskiem w fandomie Supernaturala. Wprawdzie nie przynależę do tego fandomu, ale dzięki tumblrowi wiem, co się mniej więcej dzieje. Otóż w tym fandomie dość długo były afery, kłótnie, prośby i groźby z tego powodu, iż na konwentach odtwórcom głównych rol pokazywano fanfici z ich postaciami, bądź... Z nimi samymi. Nierzadko o tematyce erotycznej. I dla tej części fandomu nie liczyło się, że Jensen Ackles czy Jared Padalecki czują się skrępowani i nie wiedzą, co powiedzieć. Dla niektórych fanek faktem nie do przeżycia było to, że panowie znaleźli sobie żony i są z nimi szczęśliwi. Ale teraz to przycichło.

Natomiast w fandomie Hobbita dzieją się ciekawe rzeczy. Pierwszą z nich jest shippowanie Aidana Turnera i Deana O'Gormana, odtwórców ról Kiliego i Filiego. Oczywiście pairing z tymi braćmi jest dość popularny, to niektóre fanki założyły, że fajnie by było, jakby i w prawdziwym życiu się spotykali ze sobą. Z relacji pewnej osoby, która była na konwencie w Bostonie wiem, że padło pytanie w stylu "Kiedy ślub?", mimo wielkiego sprzeciwu. Osoba ta powiedziała, że choć obrócili to w żart, to widać było, że czują niesmak.

Ostatnio też często mam okazję czytać plotki na temat tego, że Richard Armitage i Lee Pace są razem. O Lee ostatnio często rozpisuję się na blogu z recenzjami, ale obaj są znani również z Hobbita. Niekoniecznie pairing z ich postaciami jest popularny, ale coraz większą popularność zyskuje tzw. Richlee. Wszystko zaczęło się od tego, że widziano ich razem na jakimś obiedzie. Potem rzekomo doszła wypowiedź Sir Iana McKellena na temat tego, że część aktorów jest orientacji homoseksualnej i właśnie dwaj z nich są razem. I jest to kontrowersyjne, ponieważ żaden z nich tego nie potwierdził. Ani Richard, ani Lee. Ale nikomu nie przyszło do głowy to, że wypowiedź równie dobrze może być zmanipulowana, bowiem to niby było tłumaczeniem z niemieckiego, a przez specyfikę tego języka dość łatwo jest manipulować tłumaczeniem. Podobnie jest z innymi wypowiedziami:

Część fanów przyjęła to za pewnik. Wzięte z tego posta [x]. Nie wiem, jak z gifem wyżej, nie mogłam nic znaleźć, ale tu podpis jest zmanipulowany. Można się o tym przekonać, oglądając ten filmik: [x]
Dlatego też dostrzegam tu pewną ironię: mówi się o tym, że telewizja kłamie, manipuluje, itd. A nikomu nie przychodzi do głowy, że w Internecie też można bardzo łatwo manipulować pewnymi rzeczami. Czary goryczy w przypadku tych dwóch aktorów przelał (jak dla mnie) dzisiaj ten post. Chyba rozbiorę go na czynniki pierwsze, by pokazać, że jest oparty na stereotypach (także płciowych).

Razem, czy nie?


Takie przeróbki są dość często spotykane. Również z tego posta: [x]
To me, Richard seems bisexual, to be honest. Maybe he’s had boyfriends before but only chose to divulge the heterosexual relationships because he has that Leading Man status to protect. I don’t mean it in a negative way, I just mean— it is what it is.
Szukałam, co znaczy wyrażenie "Leading Man" i chyba najlepszym odpowiednikiem będzie nasz "amant", czyli w skrócie, rzekomo Richard Armitage jest biseksualny i pakował się w związki heteroseksualne, bo... Grywa role miłosne. Szczerze, dawno nie czytałam takiego pokręconego rozumowania. Dlaczego? Bo zawsze sądziłam, że aktor umie grać różne role, które mu się da. Seanowi Pennowi orientacja nie przeszkadzała grać geja (i zdobyć Oscara), a z kolei Marlon Brando był biseksualny, grywał amantów i nie krył się z orientacją. Tak więc moim zdaniem argument jest chybiony, bo to jest założenie, że rola = prawdziwe życie.
I agree he’s with Lee. I think they’ve been together since 2011. (...) They’re close enough to vacation with each other’s families yet Richard barely speaks about him? Naysayers often isolate the signs but if you add all these up, it’s not surprising that people make the pretty logical conclusion that they’re together.
Jak wspominałam wyżej, heteronormatywność jest zła w przypadku, gdy wiemy, że dana osoba nie jest hetero. Ale tu mamy sytuację odwrotną. Rozumowanie (zdaniem autora postu "logiczne") pt. byli razem na wakacjach, zapoznali się ze swoimi rodzinami, muszą być razem. Pytanie - czy nie rzadko jest tak, że mając przyjaciół, wychodzicie gdzieś wspólnie na obiad, kolację, imprezę? Czy ci bliżsi przyjaciele nie wiedzą o swoich rodzinach? Bo u mnie przykładowo tak jest, że moi rodzice wiedzą, z kim się przyjaźnię. Trochę to smutne, że dzisiaj dwaj samotni faceci nie mogą wyjść nawet na piwo bez podejrzeń. To jest przykre, tak samo jak kiedy rozmawiam z kolegą, to zaraz jest założenie, że może jesteśmy parą. Nie mówiąc o tym, że drugie zdanie kryje w sobie sprzeczność. Jeśli byli razem na wakacjach (gdzieś było zdjęcie, że byli tam z siostrzeńcami Lee), to dlaczego o tym nie mówią? Może komuś nie przyjdzie do głowy, ale istnieje coś takiego, jak prywatność.
Also, you’re absolutely right. Richard is simply too fanciable to have been single since The Hobbit was in production. While he’s fully entitled to keep his personal life private, I don’t think this is the case. Even popular actors who seem to always be single (like Benedict Cumberbatch and Tom Hiddleston) are linked to actresses left and right. Richard’s only been linked to Lee, and vice versa. 
Czyli co? Jeśli aktor jest przystojny i jest samotny, to jest gejem? I nieważne, że chce zachować życie prywatne dla siebie? Nie mówiąc o tym, że świat byłby bardzo prosty, gdyby było tak, że jeśli ktoś jest przystojny, to musi z kimś być. To tak nie działa. W przypadku Richarda widzę, że problemem jest raczej nieśmiałość, co widać na tym poście. To wprawdzie kolejna nadinterpretacja z tym jąkaniem się, bo posłuchałam tego wywiadu - on przy każdym temacie jakby się denerwował i jąkał. Może po prostu nie lubi udzielać wywiadów?
They have far too much on the line to go public (if there is something to go public about).
Tak, bo widziano ich raptem 2 albo 3 razy poza planem filmowym.
Unfortunately, there aren’t many openly gay actors who are given the kinds of roles these two are being given right now. In a perfect world, it wouldn’t matter but that’s not really where we’re at. Simply put, the world cannot handle these two gorgeous men as an item. Not yet, anyway. I just hope they don’t resort to bearding up like how some actors feel the need to.
To prawdopodobnie odnosi się do tego, że otrzymują oni role heteroseksualnych mężczyzn. Dla mnie bardzo naciągane, bo jak wspomniałam - dobry aktor powinien umieć wcielać się w różne role. Przykładowo John Barrowman nie kryje się z orientacją i dostaje też role heteroseksualnych mężczyzn. Kolejny chybiony argument.
Oh, and Straight. Men. Don’t. Share. Clothes. Especially not in the amount these two definitely does. Not like they’re college roommates who can’t be arsed to do laundry. They’re grown men. They’re actors. They’re probably drowning in clothes yet they choose to wear each other’s.
Właśnie z tymi ciuchami jest ciekawa sprawa. Owszem, mają podobne ubrania, ale ktoś słusznie zwrócił uwagę, że mogą mieć tego samego stylistę, lub... gust. W końcu obaj mają mieszkania w Nowym Jorku, to może kupują w podobnych sklepach. Zresztą, dlaczego zaraz zakładać, że faceci hetero nie dzielą się ciuchami? Nawet jeśli, to jak to określił mój kolega, faceci się nie dzielą ciuchami, ale nie przeszkadza im to, że któryś ma takie same ciuchy jak on. Według stereotypu z kobietami jest na odwrót. Mówi się nawet, że faceci stają się najlepszymi kumplami, gdy zauważą podobne ciuchy (a z kobietami jest kawał - dlaczego tak mało kobiet gra w piłkę nożną? Bo żadna by nie zdzierżyła tego, że zawodniczki mają podobne stroje, jak ona.), co ciekawie uchwyciła ta reklama:


Podsumowując: ten cały post jest pełen przypuszczeń (niesprawdzonych w dodatku), stereotypów, a w dodatku zaznacza się tu pewna fetyszyzacja. Gdyby bowiem Richard i Lee nie byli atrakcyjni, prawdopodobnie nikomu by do głowy nie przyszło to, że mogą być parą. Nie widzę też powodu, dla którego mieliby ukrywać orientację, dlatego podejrzewam, że prawdopodobnie wcale nie są gejami. Zresztą, to ich prywatne życie. Mam wrażenie, że nawet jakby oświadczyli, że są hetero, to te osoby by w to nie wierzyły.

Żeby nie było, to nie jest tak, że to są moje "pobożne życzenia". Znaczy, jest tak po części, bo atrakcyjność to jednak duży czynnik, skłamałabym, gdybym powiedziała, że mi się nie podobają. I to nie jest tak, że nie chcę, żeby byli razem. Wprost przeciwnie, jeśli byliby, kibicowałabym im. Ale pod warunkiem, że jest to prawda, że to potwierdzą. Jeśli nie mówią nic na ten temat - to może warto uszanować prywatność? Moim zdaniem to jest jedna z najciemniejszych stron fandomu - kiedy się nie szanuje tej prywatności prawdziwej osoby, takiej jak ty, czy ja. Pewne rzeczy czasem zachodzą za daleko po prostu. Dlatego też stereotypy z każdej strony mogą być szkodliwe i krzywdzące. 

środa, 26 marca 2014

Kim ty jesteś, Mary Sue?

Dawno mnie tu nie było, to fakt. Ale powodów jest kilka - nie miałam pomysłów na wpis, a także byłam nieco zajęta sesją, czy pisaniem pracy magisterskiej. Lecz od tej pory obiecuję, że przynajmniej kilka wpisów ukaże się w regularnych odstępach. No i cały czas proszę o jakieś propozycje :) 

A tymczasem temat, który cały czas mi chodzi po głowie, poruszyłam go także w pewien sposób w swojej pracy magisterskiej, ale tylko tak krótko, ponieważ to nie jest główny temat. Tu natomiast chcę go rozszerzyć o swoje dywagacje i rozważania może mniej naukowe, a bardziej opiniotwórcze, ale zawsze. 

Tak więc... Kim jest Mary Sue? Właściwie ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Często jest tak, że młodzi twórcy (a właściwie twórczynie) są zapędzeni w kozi róg - bo w zasadzie ciężko jest dzisiaj stworzyć postać kobiecą bez tego zarzutu. Ale chyba najlepiej zacząć od samego pojęcia. Wzięło się ono, podobnie jak określenie slash, z fandomu Star Treka. To właśnie tam powstało fanfiction z wyidealizowaną bohaterką, nazwaną Mary Sue, która przeżywa przygody w świecie Star Treka i właściwie "ratuje dzień" (wiem, że to kalka językowa, ale...). Stąd właśnie określenie na wyidealizowane postacie kobiece w jakimkolwiek fandomie. Warto jednak zaznaczyć, że oryginalna Mary Sue nie była stworzona nieświadomie, a właśnie celowo - miała być parodią postaci kobiecych tworzonych przez fanki, które praktycznie były wzorowane na nich samych. Ale! Czy Mary Sue to tylko postać kobieca?

I tu dochodzimy do pierwszego problemu. Otóż w teorii wszędzie można spotkać, że istnieje określenie na wyidealizowaną postać męską, analogicznie do Mary Sue, lecz nie ma jednej nazwy - jest np. Gary Stu, Marty Stu, itd. Jednakże... Problem polega na tym, że nikt w praktyce nie nazywa tak postaci męskich. Często narzeka się, że taka postać jest kiepska, słaba, ale nigdy nie widziałam określenia pokrewnego do Mary Sue wobec postaci męskiej, z wyjątkiem pewnych porównań, na przykład pewien znany już cytat o Batmanie:

So, there’s this girl. She’s tragically orphaned and richer than anyone on the planet. Every guy she meets falls in love with her, but in between torrid romances she rejects them all because she dedicated to what is Pure and Good. She has genius level intellect, Olympic-athelete level athletic ability and incredible good looks. She is consumed by terrible angst, but this only makes guys want her more. She has no superhuman abilities, yet she is more competent than her superhuman friends and defeats superhumans with ease. She has unshakably loyal friends and allies, despite the fact she treats them pretty badly.  They fear and respect her, and defer to her orders. Everyone is obsessed with her, even her enemies are attracted to her. She can plan ahead for anything and she’s generally right with any conclusion she makes. People who defy her are inevitably wrong.

 God, what a Mary Sue.

I just described Batman.
Tak, właśnie... To tylko jeden z nielicznych problemów. A nikt nie kwestionuje przecież Batmana i nikt nie nazywa go kiepską postacią (ani innych tych pierwszych superbohaterów). Podobnie jak w fandomie Tolkiena nikt nie nazwie Aragorna kiepską postacią, choć spełnia pewne wymogi. Dlatego jedną z moich tez jest to, że Mary Sue jest określeniem po prostu seksistowskim. I nierzadko pozostawia niedoszłego twórcę w ciężkiej sytuacji, zwłaszcza dzisiaj. Nie można bowiem tak łatwo sobie stworzyć jakiegoś dzieła popkultury bez kobiet i nie mieć przy tym zarzutów o seksizm. Ale też często spotykam się z reakcjami fanów, że jeśli dodana jest postać kobieca, to często ona "jest niepotrzebna", "wtrąca mi się w ulubiony związek", "psuje wszystko", czy wreszcie "Mary Sue". I nikt się zazwyczaj nie odzywa, kiedy dodana jest postać męska. Stąd też mój pierwszy zarzut.

Drugim moim zarzutem będzie nieostrość pojęcia. Z jednej strony uważa się, że Mary Sue to postać wyidealizowana, co podkreśla m.in. najbardziej szczegółowy test postaci, jaki znam. Warto dodać, że test ten jest akurat dobry, bo choć faktycznie bierze pod uwagę, czy nie wrzucamy tego za dużo (np. postać jest piękna, mądra, jednocześnie świetnie walczy i dobrze gotuje, zna 10 języków, kolejne 100 osób kocha się w niej, itd.), ale też podkreśla, że cechy typowe dla danej rasy (np. dla Elfów w świecie Tolkiena) nie są cechami typowymi dla Mary Sue, o czym sporo ludzi zapomina. W sieci krąży wiele poradników, jak nie tworzyć Mary Sue, także wiele parodii. Jedną z najbardziej znanych ilustracji jest właśnie ta:

Powiększenie tutaj. Źródło: windfalcon.deviantart.com
Już na pierwszy rzut oka widać, że postać po prawej jest po prostu przeładowana. Jednak moim zdaniem to nie w samej idealizacji leży problem - istnieją bowiem postacie wyidealizowane, które nie są złe, ponieważ właśnie to jest ich rola - np. są wyidealizowane w oczach drugiego bohatera. Większym problemem jest chyba wiarygodność postaci. 

Pytanie: czy więc jeśli stworzymy postać przeciętną, bez żadnych mocy, bez żadnych przesadzonych cech charakteru, to czy unikniemy zarzutu na temat Mary Sue? Również nie, jak się okazuje! Świetnym przykładem jest Bella ze "Zmierzchu". W zamiarze autorki miała ona reprezentować zwykłą dziewczynę, niestety wyszło inaczej. Doug Walker określił ją jako "czystą kartkę" i miał rację - bo być może zarzut nt. Mary Sue to trochę za dużo, ale moim zdaniem o Belli nie można powiedzieć nic ciekawego, poza tym, że kocha Edwarda. Po prostu w tym przypadku problemem nie jest nadmiar cech, lecz ich brak. I to tworzy kiepską postać, ale nie Mary Sue. Co nie przeszkadza w porównaniach, jak np. do Hermiony Granger (która właściwie jest wyważoną postacią):

Powiększenie tu. Źródło: amyleighstrickland.blogspot.com
A co z autorkami? Bo tak, jeśli mowa o fandomie, to w większości autorkami fanartów/fanfiction są kobiety. Dlaczego, to temat na oddzielną dyskusję, choć nieco powiązana z tematem Mary Sue. Bo mówi się, że Mary Sue jest wzorowana na autorce, jest jej wyidealizowaną wersją, pewnego rodzaju "spełnieniem marzeń". Lecz dla mnie to też nie jest jednoznaczny wskaźnik. Ponieważ w literaturze pięknej wielu bohaterów jest "self-insert", wzorowanych na autorach, a nikt nie kwestionuje wartości dzieła. Klasyczny przykład? Dante i jego "Boska Komedia". 

I pytanie: czy to jest złe dla kultury? Czy to jest złe dla domorosłych, niedojrzałych pisarzy? I tak... I nie. Wielu znawców mediów, literatury mówi wprost o fanfiction, że są kiepskie. Szkoła frankfurcka ogólnie krytykowała kulturę masową i popularną, uważając ją za ogłupiającą i manipulującą człowiekiem. Lecz szkoła frankfurcka, krytykując dość ostro tę kulturę (nie znajdując w niej dobrych cech), jednak sporo się pomyliła. Henry Jenkins, nawet kiedy mówił wprost, że większość fanfiction to okropne twory, ale zaznaczył też w swoim dziele "Kultura konwergencji": kultura potrzebuje obszarów, w których ludzie mogą robić kiepską sztukę, otrzymywać informację zwrotną i się doskonalić. 

Część badaczy skupia się na zjawisku Mary Sue tylko i wyłącznie pod względem negatywnym. Lecz moim zdaniem lepiej istotę tego zjawiska uchwyciła Magdalena Kamińska w swojej książce "Niecne memy". I choć z kilkoma rzeczami się nie zgadzam tak do końca (o czym za moment), to jednak uważam, że pani Kamińska opisała te zjawisko w miarę neutralnie. Może na początek, z czym się nie zgadzam. Ano z tezą, że jakoby Mary Sue i autorek tworzących takie postacie najbardziej nie cierpią fanki kochające slash. Otóż i tak, i nie. Można zauważyć takie konflikty, ale jest też spora część fanek, która w równym stopniu nie znosi slashu, jak i Mary Sue. Jak je więc zaklasyfikować? Pani Kamińska jednak słusznie wskazuje, że motyw Mary Sue, jakby nie patrzeć, przypomina klasyczną bajkę o Kopciuszku, gdzie na dziewczynę spadają wszelkie nieszczęścia, tylko dlatego, że jest piękna, dobra, mądra, itd., ale dzięki pewnym zbiegom okoliczności spotyka ją wreszcie szczęście u boku wymarzonego księcia. I trzeba przyznać, że coś w tym jest. Podobnie jest z innymi księżniczkami z bajek. Ale ogólnie z księżniczkami jest taki problem, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Dlaczego? Oddam lepiej głos Dougowi Walkerowi:



Czy jednak to jest coś naprawdę złego? Bo prawdę powiedziawszy, czy czynimy komuś krzywdę, pisząc sobie opowiadanie z wyidealizowaną bohaterką, która spotyka swojego księcia z bajki? Czy kultura na tym aż tak cierpi? Otóż nie, zdaniem Kamińskiej wbrew pozorom to jest nawet dobre zjawisko. Wskazuje ona na to, że dziewczęta długo nie były przecież dopuszczane do kultury ogólnej. Długo nie było profesjonalnych pisarek. Tym zamożniejszym dziewczętom często przed wyjściem za mąż pozostawało pisanie pamiętników, w których opisywały swoje uczucia, obawy, czy wzdychały do swoich pierwszych miłości. Dziś tę funkcję przejęły fanfiki z Mary Sue - jest to pewnego rodzaju samokontrola (zwłaszcza w wieku nastoletnim) nad własną emocjonalnością i seksualnością. Pomaga w pewien sposób wyładowywać swoje emocje. I będę szczera - choć wiem, że problem nie leży w fanfiction, ale patrząc na to, ile nastolatek nie jest w ogóle świadomych na temat seksu, patrząc na nastoletnie ciąże, warto sobie zadać pytanie, czy nie lepiej jest, by taka dorastająca dziewczyna lepiej wyładowywała te emocje właśnie w ten sposób, niż pchała się w związki, które niekoniecznie dobrze kończą się dla zdrowia fizycznego i psychicznego? Żeby nie było: daleka jestem od umoralniania. Nie zabronię seksu nastolatkom, bo i tak to będą robić. Robią to od wieków, nie oszukujmy się. Ale z drugiej strony seksuologowie często mówią, że wiek nastoletni nie jest odpowiedni dla rozpoczęcia współżycia seksualnego - ze względu na małą dojrzałość psychiczną, czy społeczną, a także na brak gotowości zajęcia się ewentualnym potomstwem. Stąd ta granica, kiedy można legalnie współżyć, czyli 15 lat w Polsce, nie jest jakimś widzimisię. Seks w tym wieku, czy w młodszym jest po prostu szkodliwy dla psychiki i kreuje często zły obraz związku na późniejsze lata. Stąd ta dobra cecha Mary Sue i pisania fanfiction z takimi postaciami.

Z kultury nie wykorzenimy też takich postaci. Wydaje nam się, że kiedyś było lepiej, bo o takich Mary Sue często zapominano, a tymczasem one istnieją od zawsze, odkąd istnieją młode osoby ze skłonnościami do przesady czy skrajności. Ale jak w miarę dorastania wyrastamy z różnych głupstw, tak samo większość nastolatek wyrasta z pisania takich postaci (znam opinie bardziej dorosłych kobiet, które mówią o tym, że pisały o takich postaciach i się tego wstydzą. Ja również, nie jestem święta pod tym kątem), dlatego też moim zdaniem walka z nimi nie ma najmniejszego sensu. Jedynie warto walczyć z seksizmem pod tym kątem, lecz kiepskie postacie będą istniały zawsze, niestety (lub stety, zależy, jak na to spojrzeć). I to chyba na tyle.

PS. Następnym razem postaram się napisać coś o reprezentacji rasowej w mediach.

poniedziałek, 25 listopada 2013

O fandomie wreszcie, czyli wstępne wnioski do mojej pracy magisterskiej

Miałam trochę długą przerwę na tym blogu. Pierwotnie tekst miał mówić o czymś innym, pewne okoliczności zdecydowały jednak inaczej. 
Pewnie większość z Was wie (lub też nie), że piszę moją pracę magisterską o fandomie. Dokładny temat brzmi:
"Wpływ Internetu na rozwój nowych więzi społecznych. Przykład fandomu."
Dlaczego taki? Bo w zasadzie to było po uzgodnieniu z promotorem, a druga sprawa - o fandomie można pisać wiele, jest to temat interdyscyplinarny. Magisterka nie jest jednak żadną monografią naukową, więc muszę ograniczyć pole działania. Ale jako niedoszły socjolog przyznaję, że fandom mnie fascynuje pod kątem społecznym. Z racji tego, że fandomy sporo udzielają się w Internecie, to nie ominęło ich wiele zjawisk (zarówno pozytywnych, jak i negatywnych), które dotyczą interakcji w Internecie ogólnie. Chciałabym tu zawrzeć moje wstępne tezy, jak i wnioski, a także przybliżyć temat fandomu z pewnego dystansu naukowego. Mimo, iż sama czuję, że jestem częścią jakichś tam fandomów, to niestety, muszę się starać być obiektywna. Nie uda mi się to w 100%, to wiem na pewno. Ale chociaż trochę. 

Dlatego też z góry ostrzegam: tekst może nie być miły. Może niekoniecznie to się tyczy moich rozmówców z badań, ale mogą paść niemiłe stwierdzenia. Może zaboleć, krótko mówiąc. I założę się, że ktoś może na bank się obrazić za pewne słowa, które tu napiszę, jednak jednak moją rolą, jaką sobie sama wyznaczyłam, jest prowokacja do myślenia i refleksji. A także zachęta do dyskusji. Nawet będę się cieszyć, jeśli ktoś się ze mną nie zgodzi, ale pod warunkiem, że będzie starał mi się wskazać, dlaczego się mylę. Dodam jeszcze, że na pewno tak moja praca magisterska nie będzie wyglądać, ten tekst służy także temu, żeby przybliżyć ten temat. 

Przejdę teraz do tez. W trakcie ich omawiania będą przewijać się pewne wnioski, oparte na rozmowach z członkami trzech fandomów (Tolkien, manga i anime, Sherlock BBC), a także na podstawie własnej obserwacji. 

  • Komunikacja i interakcje w fandomie (także w Internecie) niewiele się różnią od komunikacji w innych grupach/społecznościach.
W zasadzie jedyna różnica jest taka, że fandom jest bardziej rozproszony. I czym większy, tym częściej jest tak, że sporo osób się nie zna (przykładowo ja wciąż odkrywam nowych, polskich Whovian, czyli fanów Doktora Who. Okazuje się, że ten fandom się rozrasta w Polsce). Ale to jest normalna reguła - czym większa społeczność, tym ludzie się mniej znają osobiście. Czym większa grupa, tym bardziej otwarta, przewija się o niej (i przez nią) więcej informacji. Ma to jednak też skutki negatywne - m.in. szybciej rozpowszechniają się stereotypy, czy informacje nieprawdziwe. W konsekwencji w takiej społeczności, w takim fandomie prędzej czy później dochodzi do rozłamu na grupki, podgrupki, a nawet kliki. W szczególności widać to na przykładach pairingów w fandomie. Podam to na przykładzie Hobbita, który w zasadzie jest dość świeżym fandomem, ponieważ w grudniu ma wyjść druga część, a w przyszłym roku - trzecia. W zasadzie na przykładach różnych pairingów można zobaczyć, że każdy znajdzie coś dla siebie - lwia część lubi Bagginshielda (czyli Bilba Bagginsa i Thorina Dębową Tarczę jako parę - czy to romantyczną, czy to przyjaciół. Zresztą na temat pairingów to potrzeba chyba oddzielnego wpisu, by zrozumieć choć trochę ten fenomen) czy Durincest (czyli Filiego i Kiliego, najczęściej w kombinacji romantycznej), ale swój kącik znajdą też nietypowe pairingi, jak Smaug i Bilbo (głównie z powodu aktorów, którzy grają ich role). Co kto lubi. I każdy właściwie siedzi w tej swojej podgrupce - bo niby lubimy to samo, a jednak nie do końca, bo każdy ma jednak jakby swoją interpretację - i tak jak jedni widzą Filiego i Kiliego jako braci, tak inni będą widzieć w ich relacji zakazaną miłość. Zjawisko pairingowania czy shippowania ma swoje zalety, jak i wady. Zaletą jest to, że w pewnym sensie rozwija to kreatywność fanów, przewijają się nowe interpretacje danego dzieła, z części z nich korzystają nawet oryginalni twórcy (czy dobrze, że tak robią, czy źle, to inna kwestia), więc następuje taka komunikacja, zwłaszcza, gdy dzieło jest otwarte. To już nie jest to, co kiedyś. Pod tym względem kultura się zmienia. Mogę to zaprezentować na prostym schemacie: 

Dzieło własne, made in paint. U góry - jak komunikacja w kulturze wyglądała kiedyś, na dole, jak wygląda teraz.

I jednak dodam, że ta komunikacja wzajemna nie przebiega od czasów Internetu - ona została tylko wzmocniona. W końcu kiedyś autor też otrzymywał jakieś listy, czy prośby od fanów, fanarty, opowiadania. I to jest całkiem dobre, bo fani często mają dobre pomysły. Wiem, że George Martin, autor "Gry o Tron", ponoć sam prosił fanów o odtworzenie wszystkich drzew genealogicznych postaci, ponieważ sam się w tym pogubił. Fani mu oczywiście pomogli. Ale ma to też swoją mroczną stronę. 
Zauważam, że często komunikacja przebiega na zasadzie memu - że jakiś tekst krąży do obrzydzenia. Piski, podnieta i nieracjonalne zachowania następują zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się coś nowego. Ludzie przestają myśleć racjonalnie, a czasem zadanie jakiegoś podstawowego pytania spotyka się z niezrozumieniem. Tak miałam ostatnio z Doktorem Who - gdy nie zrozumiałam pewnej rzeczy i chciałam, żeby ktoś mi to logicznie wyjaśnił, to w odpowiedzi dostałam teksty z serialu, które nie mówią nic. Gorsze przypadki spotykam jednak, jeśli chodzi o pairingi. I tu przejdę do mojej drugiej tezy, która to lepiej wyjaśni.

  • Fandom w pewnych momentach przyjmuje cechy sekty/religii.
I o ile komunikacja była dość pozytywnym zjawiskiem, to chcę powiedzieć jednak o czymś bardziej mrocznym, co widać w niemal każdym fandomie. Nie tylko tym filmowym/serialowym, ale także w fandomach muzycznych. Mam na myśli tu negatywne zjawiska, które objawiają się zwłaszcza w kłótniach. Czy to będą kłótnie na temat tego, który pairing jest lepszy, czy to będą kłótnie na temat tego, że coś mi się nie podobało w danym filmie - to nie jest istotne. Istotne w tym momencie są dalsze zachowania.
Teza nie jest moja. Właściwie jestem tylko jej zwolenniczką. Pierwszy zaprezentował ją bodajże Henry Jenkins w swoim dziele "Kultura konwergencji" ponad 20 lat temu. I tu zabrzmię może kontrowersyjnie, ale... Uważam tym samym, że taki czysty ateizm nie istnieje. Człowiek jest istotą, która potrzebuje mieć jakieś oparcie, coś, w co będzie wierzyć, czym będzie żyć, z czego będzie czerpać idee. Na religii opierają się wszelkie społeczeństwa, chyba nie ma społeczeństwa, które by się rozwinęło bez religii. To, że teraz Europa się ateizuje, to nic nie znaczy - właśnie Europa jest wyjątkiem na tle świata. Moim zdaniem świat dąży do różnorodności, ale to inny temat. Miało być o fandomie. Naprawdę, nie chcę nikogo umoralniać, nie chcę się bawić w dobrą ciocię, która powie, co wolno, a czego nie. Ale doprawdy, bawi mnie to, gdy ktoś mówi np., że jest ateistą, a jednocześnie jest strasznie zagorzałym i radykalnym fangirlem/fanboyem. Jeśli opis pasuje do Ciebie, Czytelniku, to zastanów się, czy tym samym nie szukasz jakiegoś zastępstwa? Jeśli nie, to jak wytłumaczysz nieracjonalne zachowania? A takich obserwuję mnóstwo. Mam ostatnimi czasy wrażenie, że dla niektórych krytyka (nie krytykanctwo w stylu "Nie lubię tego, bo tak") jest czymś nie do zniesienia. Nie, krytyka nie jest żadnym zamachem na świętość. Bo takowej nie ma. Mam też wrażenie, że oprócz tego, że zanika umiejętność dyskusji (bo moja prawda jest mojsza), to w dodatku ludziom brakuje dystansu. Niestety, fandom dotyczy najczęściej kultury popularnej/masowej. Czy tego chcemy, czy nie. To nie jest najważniejsza i najistotniejsza rzecz w naszym życiu. A już rzadko kiedy znajduję ludzi, którzy oglądają coś/czytają jedynie dla rozrywki. Tak, dla rozrywki, po czym przechodzą do życia codziennego. Nie wszystko w końcu ma jakiś głęboki sens. Wręcz przeciwnie, większość rzeczy jest stworzona dla pieniędzy i służy tylko rozrywce. I nie ma się czego wstydzić, jeśli daną rzecz oglądamy/czytamy/słuchamy, bo po prostu to lubimy, a nie dlatego, że zmienia nasze życie, czy nadaje mu sens. Takie zachowania są niebezpieczne, ponieważ podobne mechanizmy mamy w sektach. Może to doprowadzić do tragicznych rzeczy, typu akcje "Tnę się dla Justina", gdzie przez trolli internetowych dziewczynki robiły sobie krzywdę, bo wierzyły, że dzięki temu Justin Bieber, ich idol, przestanie palić marihuanę. Oczywiście mówię o przypadkach skrajnych. I o ile jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto siedzi w tych fandomach, bo to jest dla niego jakaś tam rozrywka, czy odskocznia od stresów z dnia codziennego, tak trzeba uważać na bardzo cienką granicę, gdzie człowiek przestaje myśleć racjonalnie i żyje tylko fandomem lub uważa fandom za najważniejszy aspekt swojego życia. Że potem wszelka krytyka to jak zamach na świętość i oglądanie czegoś lub czytanie nadaje sens Twojemu życiu, nawet jeśli to tylko historia, jakich wiele. Dlatego być może ktoś mnie może nazwać beznadziejnym fanem, ale ja się tak nie angażuję. Lubię coś obejrzeć. Lubię poczytać. W końcu dlatego też założyłam bloga z recenzjami. Lubię czytać fanowskie teorie, żarty na temat danego dzieła, oglądać fanarty, czytać opowiadania, a nawet pisać. Mogę nawet grać daną rolę postaci z popularnego dzieła, ale też łatwo z niej wychodzę. Ale wszelkie podporządkowywanie życia fandomowi? Temu mówię stanowcze nie. Bo jest to bardzo cienka granica, jak już mówiłam. Człowiek może się zapędzić i nawet nie będzie wiedział, kiedy się zatraci, a tym samym straci znajomych, umiejętność dyskutowania, argumentowania, czy w skrajnych przypadkach - zdrowie lub życie. Nie bez powodu chyba słowo "fan" pochodzi od słowa "fanatyk". Ale dość marudzenia. Przejdę do ostatniej tezy, o której już lekko wspomniałam.
  • Fandom to zjawisko dotyczące kultury popularnej/masowej.
Szczerze, czasem spotykam się z określeniami "fandom teatru", "fandom Les Mis", itd. Moim zdaniem jednak to nie ma sensu. Dlaczego? Powody są przynajmniej dwa: po pierwsze, fandomy kształtują się wokół dzieł niedokończonych/świeżych (jak Harry Potter, który się skończył, a jednak fani ciągle są), kiedy jeszcze można dyskutować z autorem. Po drugie, musi to dotyczyć dzieła, które nie jest znane koniecznie w każdych kręgach, czy wszędzie lubiane. Przykładowo - możesz być fanem "Gwiezdnych wojen", ale nikt nie nakazuje znać "Doktora Who". W przypadku "Les Mis" sprawa jest taka, że jest to musical oparty na książce "Nędznicy", która już się zalicza do klasyki. Dzieło zamknięte, nie ma opcji powrotu, dyskusji, że może coś nowego powstanie. To też tak samo, jakby powiedzieć, że "należę do fandomu Szekspira". Szekspir to klasyk i każdy wykształcony człowiek powinien chociaż znać jedno dzieło tego autora. Szekspir jest zakorzeniony na dobre w kulturze, przewija się on też w kulturze popularnej. Nie ma opcji go nie znać. Możesz nie lubić, ale jeśli nie chcesz być uważany za ignoranta, nie możesz powiedzieć, że tego nie znasz. Owszem, są tworzone wariacje na temat Szekspira, ilustracje do jego dzieł, itd. Ale w dalszym ciągu nie spełnia on wymogów fandomu. Fandom to społeczność, która zazwyczaj rozwiązuje się/rozluźnia, gdy dzieło się zamyka. A dzieła Szekspira są zamknięte.

I to jest tak krótko, co chciałam przedstawić o fandomie pod kątem społecznym. Trochę luźno nawiązywałam do moich rozmówców, a bardziej do swoich własnych przemyśleń. Generalnie fandom ma zalety - chociażby taką, że wprowadza człowieka w kulturę. Lubisz Doktora Who? Podobają Ci się wątki filozoficzne? To może sięgniesz do klasycznych dzieł o tej tematyce. Zawsze to jakaś furtka. Niestety, w każdej takiej grupie czyhają pułapki, przed którymi należy się strzec. Nie chcę nikogo tu oceniać, ani też wychowywać, lecz jeśli skłonię choć jedną osobę do refleksji, to będę z siebie dumna. I to tyle ode mnie. 
A w następnej odsłonie prawdopodobnie będzie o Mary Sue.