Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

Raport o blogosferze - co mogło pójść źle? Uwagi krytyczne do raportu "Dwa zero czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa”.

Dawno mnie tu nie było i właściwie nie wiedziałam, na jakim blogu miałabym opublikować poniższą notkę. W końcu temat dotyczy popkultury, a mam bloga o tejże tematyce. Jednakże zdecydowałam się opublikować notkę tutaj, ponieważ moje uwagi pochodzą ode mnie - nie blogera amatora, który sobie pisze o filmach czy serialach, jakie obejrzał, a od magistra socjologii, który jest zawiedziony tym, że ludzie z tytułami popełnili wiele błędów przy raporcie, który mógłby być ciekawym źródłem wiedzy, zwłaszcza dla kogoś, kto chciałby napisać pracę dotyczącą blogerów popkulturowych - a tych jest całkiem sporo na naszym podwórku. Czy jednak jest to na tyle spora grupa, że można robić na niej określone badania i wysnuwać wnioski dotyczące wszystkich? Co właściwie poszło nie tak, skąd moje uwagi? 

Źródło: blogerish.com
Raport pod tytułem "Dwa zero czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa" to raport opublikowany niedawno przez Instytut Kultury Miejskiej. Raport, o którym będzie mowa i który będzie cytowany, dostępny jest tutaj. Ledwo został opublikowany, a już zdążył wywołać kontrowersje w środowisku blogerskim. I to w tej specyficznej działce - czyli blogi kulturalne (czy kulturowe, jak kto woli). I właściwie słusznie, że wywołał pewien sprzeciw - bo im bardziej się wczytuję (zwłaszcza w aneks metodologiczny), tym bardziej łapię się za głowę i zastanawiam się, dlaczego ludzie z tytułami wyższymi od mojego, czyli ledwie "marnego magistra" popełnili tak rażące błędy. Błędy, które rzucają się w oczy nawet ludziom niezwiązanym z socjologią. 

Z jednej strony można byłoby się cieszyć, że blogerzy kulturalni w końcu zostali dostrzeżeni przez badaczy - bo jak do tej pory większą uwagę poświęcano blogom lifestyle'owym, prowadzonym np. przez Kasię Tusk. Jednakże to, co zobaczyliśmy, to może... Nie woła o pomstę do nieba, a można było zrobić lepiej.

Przede wszystkim moje zarzuty dotyczą celu badania. Autorzy zaznaczają, że "[p]odstawowym celem badania była charakterystyka blogosfery kulturalnej" (s. 119), jednakże w dalszych celach i problemach badawczych dowiadujemy się, że kontekstem była głównie ewentualna współpraca blogerów z instytucjami kultury. Rozumiem, badanie organizowane przez Instytut Kultury Miejskiej, to chcą wiedzieć, czy są jakieś możliwości takowej współpracy, jak mogłaby wyglądać, itd. Pytanie jednak - czy nie jest to za bardzo "pomieszane"? Z jednej strony naprawdę świetnie, że ktoś chce zbadać blogerów kulturowych, ale jeśli jest to "nowa" działka, to czy nie lepiej byłoby najpierw zbadać temat ogólnie, a dopiero potem stawiać pytania o możliwości współpracy? Do tej ewentualnej współpracy z instytucjami kultury mam również kilka zarzutów.
Nie jest tak, że publiczne instytucje kultury nie współpracują z blogerami. Trudno ocenić skalę zjawiska, nie jest ona prawdopodobnie duża, ale można znaleźć przykłady współpracy instytucji kultury i blogerów. (s. 106).
W dalszej części raportu jest mowa o współpracy, która mogłaby polegać na udostępnianiu instytucji kultury jako miejsca spotkań blogerów czy w formie jakichś warsztatów. Wszystko brzmi ładnie, ale pojawiają się inne problemy - jeśli bowiem występuje taki problem nawet w dużych miastach, to co dopiero powiedzieć o mniejszych miejscowościach? Kogo w mojej miejscowości przyciągnęłoby spotkanie ze Zwierzem Popkulturalnym? Obstawiam, że maksymalnie kilka osób. Czy jakieś instytucje kultury chętnie wyłożyłyby na to pieniądze? Już pomijam fakt, że instytucje kultury między innym w moim regionie (a przynajmniej te, które znam bliżej) mają spory problem finansowy nawet na podstawowe cele - w bibliotekach rzadko można dostać nowości, czasami nawet o lektury szkolne ciężko się doprosić. A co dopiero organizować spotkanie z "znanym blogerem" czy warsztaty. Nie każdy bloger też byłby chętny do tego, by takie rzeczy robić charytatywnie - w końcu nawet przyjazd do jakiegoś miasta wiąże się z kosztami. Trzecia rzecz to ta, o której pisała autorka bloga Zwierz Popkulturalny: wiąże się to z pewnego rodzaju ryzykiem. Publiczność nie jest dana raz na zawsze, jest kapryśna, jednego dnia masz milion fanów, drugiego pozostaje już tylko garstka. Nie każdy będzie chciał się angażować w projekt, który być może jest skazany na porażkę. Łatwo też usłyszeć takiemu blogerowi zarzuty o "sprzedaniu się" i przez to stracić jakąś część czytelników. Może też potem wyglądać dość niepoważnie. Dlatego ryzykują obie strony. Stąd być może ta współpraca nie jest taka idealna, jak chcieliby tego autorzy raportu. 

Nie chcę się rozpisywać o błędnych wnioskach dotyczących poszczególnych, cytowanych blogów, ponieważ dobrze dostrzegli to autorzy blogów: Zwierz Popkulturalny, Fangirl's Guide to the Galaxy, czy Mistycyzm Popkulturowy, a moim celem nie jest powielanie ich argumentów, czy też ich cytowanie. Po prostu w linkach odsyłam do poszczególnych wpisów. Wniosek z tych wpisów może być taki, że analiza blogów została przeprowadzona w sposób pobieżny, a momentami przy pewnych wypowiedziach (i przy późniejszej konfrontacji z autorami) można dostrzec "nadinterpretację" pewnych słów czy wpisów.

Najczęściej taki błąd wynika ze źle dobranej metody, o czym starałam się pisać w komentarzach pod notką autora Mistycyzmu Popkulturowego. Przede wszystkim została tu użyta analiza sieciowa, oparta na agregatorze blogów, czyli bloga o nazwie "Blogi Kulturowe"
Gotową bazą, gromadzącą blogi kulturowe okazał się agregator, zbudowany dwa lata temu na platformie Blogger „Blogi Kulturowe. Agregator blogów poświęconych kulturze”. Informacja o projekcie zaprezentowana przez autora była zachęcająca i dawała nadzieję na zebranie sporej liczby odnośników do polskich blogów kulturalnych (...)
W założeniu - bardzo fajna sprawa. Autor gromadził bowiem linki do różnych blogów i dzielił je na różne kategorie. Na blogach zaś często można było spotkać tak zwane "blogrolki", czyli kolejne linki prowadzące do innych blogów. Z tego mogła powstać "chmura" powiązań sieciowych, czyli kto kogo linkuje. Socjometria, tylko na szerszą skalę. Jeśli to słowo nic wam nie mówi (bo zdaję sobie sprawę, że mojego bloga czytają osoby, które niekoniecznie znają się na socjologii), to w skrócie jest to badanie sympatii i antypatii w grupie. Często przeprowadza się takie badanie w klasie w szkole, pytając "z kim usiadłbyś w jednej ławce". Jest to dobre narzędzie dla nauczyciela, który może potem wyciągnąć wnioski i zobaczyć, jak kształtuje się hierarchia w klasie, kto jest "gwiazdą", a kto jest izolowany. I w badaniu autorzy starali się wychwycić coś podobnego, a mianowicie relacje sieci, kto kogo linkuje, poleca, czy te linkowanie jest na zasadzie "blogi to właściwie krewni i znajomi królika", czy może nie. W założeniu - naprawdę świetna rzecz.

Problem polega jednak na tym, że w raporcie nie ma ani słowa o tym, że baza nie była aktualizowana od końca 2013 roku. W przypadku badań Internetu dwa lata to jest już wręcz historia. Rozumiem, że analizowane blogi, pochodzące z tamtej listy, były analizowane w 2015 roku, ale też pytanie - jak było z aktualizacją tamtych blogów? Nie każdy blog to Zwierz Popkulturalny, który notki ma codziennie. Są notki raz na tydzień, raz na miesiąc, są wpisy bardzo nieregularne. Ile z tych blogów było "porzuconych"? Wpisali się na listę (bowiem trzeba zaznaczyć, że autor publikował blogi, które same się do niego zgłaszały!), a jakiś czas potem stwierdzili, że dają sobie spokój, ale bloga już nie skasowali? Z tabeli (s. 18) wynika, że trochę ich było - 35 blogów na 400 badanych było nieaktywnych, 46 zaś miało aktualizację między styczniem 2014 a marcem 2015. Pojawia się właśnie też sprzeczność - w tabeli liczba blogów badanych to 400, a pod spodem mamy zapis:
35 blogów nie przeanalizowano z uwagi na to, że były nieaktywne, oferowały dostęp dla zaproszonych gości lub zostały przeniesione. (s. 18)
 Jeśli więc metodą była analiza treści i analiza danych zastanych, to dlaczego w tabeli pojawia się liczba 400, a dalej jednak wychodzi, że to 400 blogów nie było? Inna sprawa to taka, co z tymi 46 blogami, których ostatnia aktualizacja była nawet półtora roku przed badaniem? Obraz może być bardzo zachwiany. Ktoś mógł sobie bowiem w 2014 roku pisać, że nie współpracuje z instytucjami kultury, a skąd autorzy mogą wiedzieć, czy tak się nie stało rok później, a autor po prostu nie miał potrzeby informowania o tym na blogu, na facebooku, czy na innych mediach społecznościowych? Takich rzeczy nie dowiemy się z badań ilościowych, które nie są w dodatku badaniami typowymi (czyli klasyczny kwestionariusz ankiety). Poza tym, tak jak wspomniał autor Mistycyzmu Popkulturowego, blogrolka może być nieco przestarzałym narzędziem. Często bywa tak (o czym też sama zapominam), że autor rzadko ją aktualizuje - ja sama miałam tak, że dopiero ktoś musiał mi zwrócić uwagę, że link do mojego profilu na filmwebie jest błędnie zapisany. Tym samym - może być też tak, że sporo linków może być nieaktywnych. Blogerzy nie muszą też linkować siebie wzajemnie. Czy to, że na moim blogu jest odnośnik do Zwierza Popkulturalnego, oznacza, że Zwierz musi mnie też linkować? Oczywiście, że nie. 

W raporcie pojawia się również inna rzecz, która niepokoi, gdy autorzy piszą o tym, w jaki sposób chcieli klasyfikować blogi i tworzyć definicję, uzasadniając tym wybór metody analizy danych zastanych:
(...) (nasza ocena nie miała charakteru ścisłego i ilościowego, a jedynie szacunkowy i bazowaliśmy w niej także na wynikach raportów). Analiza danych zastanych pozwoliła także na pokazanie powiązań pomiędzy polskimi blogami kulturalnymi oraz wstępną charakterystykę poszerzania blogów kulturalnych do tzw. chmury blogowej (...)
Analiza danych zastanych jest metodą, która klasyfikuje się gdzieś pomiędzy metodami ilościowymi, a jakościowymi. Można w ten sposób analizować czasopisma w jakimś konkretnym okresie (np. czasopisma z jednego, konkretnego roku). Tworzenie jakichś klasyfikacji jest arbitralne (np. badanie reklam. Przykładowo oceniamy, ile razy pojawia się wizerunek "kobiety - matki i żony", oceniając w ten sposób, kto jest na zdjęciach, jak jest taka osoba przedstawiona, ubrana, itd.), ale już z konkretnych liczb można tworzyć diagramy i statystyki. Analiza sieciowa opiera się na teoriach statystycznych i matematycznych, a więc będzie bardziej szła w metodę ilościowa, a nie jakościową. 

I mój główny zarzut jest taki, że badania ilościowe w przypadku blogosfery nie są dobrym pomysłem. Z całą pewnością nie była analizowana cała populacja. Nie była to też grupa reprezentacyjna, ze względu chociażby na to, na co wskazali autorzy - czyli na fakt trudnej do określenia definicji "bloga kulturowego". Druga sprawa to słowo "szacunkowy". Jeśli te badania to tylko szacunki, to skąd pomysł wyciągania często pochopnych wniosków na temat całej blogosfery? 

Postanowiłam się udzielić, ponieważ ten raport zainteresował mnie ze względu na moje własne badania, jakie prowadziłam na temat fandomu w Polsce. Badania te były mi potrzebne do mojej pracy magisterskiej, nawet korzystałam z podobnych źródeł, z których korzystali autorzy, lecz wiedziałam, że zadanie nie będzie łatwe. Ze względu na ograniczenia, jakie mamy dzisiaj, musiałam się ograniczyć do badań jakościowych, czyli do wywiadów z wybranymi przeze mnie osobami. Być może ktoś kiedyś stworzy narzędzie, które umożliwi ilościową analizę fandomu. Lecz czy to będzie teraz, czy za dziesięć lat? Tego nie wiemy. Dlatego też w pracy zaznaczyłam, że moich wniosków nie można wysuwać z pewnością na cały fandom, że badałam być może specyficzną grupę, że może ktoś miałby jeszcze coś do dodania, jakieś uwagi? Jeśli tak, to zapraszam do przejrzenia mojej pracy tutaj. Zaznaczam, że badania robiłam w 2013 roku. Sama jestem ciekawa, ile od tego czasu mogło się zmienić. Moim zdaniem autorzy mogli pozostać przy wywiadach i samej analizy treści - raport nie straciłby, a może by nawet zyskał. Po prostu badacze mogli się wgłębić, mogli zaznaczyć, że część z tych badanych notek jest stara, że nie wiemy, jak może to wyglądać obecnie. 

I ostatnia moja uwaga to taka, że z przykrością i pewnym niesmakiem widzę, że autorom nie podobają się uwagi krytyczne. Cóż, blogerzy mają do nich pełne prawo. Nie można zakładać, że bloger jest tylko niekompetentnym amatorem, bo często są to ludzie w trakcie studiów lub z konkretnym tytułem, a więc mający kompetencje także i do krytycznej oceny. Nie znam do końca autorów, więc nie wiem, czy któryś z nich nie prowadzi bloga o popkulturze. Ale jeśli nie, to czy nie można było wziąć do zespołu badaczy kogoś, kto zna bliżej blogosferę? Myślę, że badanie nie straciłoby na obiektywności, a raczej coś by zyskało. Przypominają mi się słowa prof. Mariusza Kwiatkowskiego na temat badania religii i religijności - otóż pan profesor na zajęciach stwierdził, że osoba taka nie powinna być ani skrajnym ateistą, ani fanatykiem konkretnej religii. Myślę, że tak samo jest ze specyficzną grupą, jaką jest fandom, czy blogosfera kulturowa - gdy ktoś zna bliżej temat, to myślę, że jest go w stanie też lepiej ocenić. I nie trzeba się martwić, czy ktoś nie zachowa obiektywności - jeśli zna się na badaniach, to z całą pewnością będzie starał się to robić.

Podsumowując, raport o blogosferze kulturalnej mógł być ciekawym badaniem, które w jakiś sposób analizowałoby polską blogosferę. Niestety, otrzymaliśmy tekst, który jest po prostu bardzo powierzchowną analizą i ciężko się dziwić temu, że cytowani autorzy mają jakieś zastrzeżenia. Ja sama nie publikuję tych uwag z powodu jakiejś zazdrości, że nie znalazłam się w tym zaszczytnym gronie (mój blog nie figuruje ani nie figurował na liście z "Blogów Kulturowych", poza tym powstał mniej więcej wtedy, kiedy właśnie autor przestał aktualizować notki, więc ciężko się dziwić), a raczej dlatego, że temat jest mi w jakiś sposób bliski i przykro jest po prostu czytać jednoznaczną, dość negatywną opinię o blogosferze. A przecież może ona mieć naprawdę duży potencjał. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli.

Mgr Katarzyna Nieć

niedziela, 1 czerwca 2014

Problem reprezentacji rasowej w mediach oraz "culture appropration" - z czym to się je?

Jest to post, do którego od dawna się przymierzałam. Wprawdzie druga część doszła potem, ale też sporo myślałam na ten temat i sądzę, że mogę wtrącić swoje trzy grosze. Nie powiem, tekst mało zabawny, jak na Dzień Dziecka (przy okazji, wszystkiego najlepszego dla małych i dużych dzieci), ale jednak mam poczucie, że jest to potrzebne. A że teraz jestem już na finiszu swoich studiów, to mam troszkę więcej czasu, by pisać.

Zacznę od tego, że chyba kiedyś wspominałam o tym, że reprezentacja w mediach jest ważna. Nie chcę się rozwodzić nad tym, dlaczego, ale krótko powiem, że przede wszystkim ważny jest tu mechanizm samoidentyfikacji, czyli widząc kobietę w naszym ulubionym serialu, kobiety mogą bardziej się z nią utożsamiać, mieć za wzór, itd. Podobnie istotna jest identyfikacja rasowa, jednakże na tumblrze widzę, że robi się z tym powoli mała paranoja. Powodów może być kilka. Zacznijmy od pewnej opinii:

Can we please stop acting like America is 50% black and 50% white.
I’m sick of things being accused of being racist because they have no or few black people.
Black people make up roughly 12% of America.
Fiction can only be as realistic as well… reality.
And news flash people, real life can only be as realistic as real life.
If there’s a fashion show with 100 models and only 10 are black? Guess what, that’s proportional.
If there’s a TV show with 10 main characters and only 1 is black, guess what? Not racist!
Just realistic.
This goes for any racial minority.

Przykro mi, wielcy obrońcy sprawiedliwości, ale ten post jest prawdziwy. Według statystyk czarnoskórzy w Ameryce to raptem 12% całej ludności - oczywiście jest to zależne od regionu, w jednych stanach jest ich mniej, w innych więcej. Szczerze, jak pierwszy raz czytałam te statystyki, to sama byłam lekko zdziwiona, bo w filmach czy w kreskówkach amerykańskich to dość często widywałam osoby czarnoskóre. Czyli tak zagrywka pół na pół jest po prostu przekłamaniem, chyba, że nie wiem, akcja filmu czy serialu toczy się w miejscu, gdzie faktycznie mamy dość dużą różnorodność rasową. Wiąże się z tym jeszcze jedna ciekawa rzecz - otóż często ci "social justice warriors" uważają Meksykan za "people of colour", czyli po naszemu "nie-białych". Ale jeszcze ciekawsza rzecz - Hiszpanie z Europy są już uważani za białych! O co tu chodzi? Szczerze, sama nie rozumiem tego podziału, bo zdaję sobie sprawę, że Meksykanie po części są potomkami Indian, ale czy wszyscy? To lekka przesada moim zdaniem, a podział nie ma sensu. W ogóle termin "people of colour" jest dla mnie momentami przesadzony, bo raz czytałam, że ktoś uznał Polaków za takowych, a to z racji tego, że nasze społeczeństwo jest uboższe, niż np. społeczeństwo niemieckie. Nie wiem, gdzie tu logika, ale okay. Propos Polaków, raz było zamieszanie, bo pewien polski fotograf zrobił sesję zdjęciową z ludźmi różnych ras w tradycyjnych strojach polskich, jak np. tu:

Źródło [x]

Zaraz zlecieli się oczywiście social justice warriors i powiedzieli, że taka sesja zdjęciowa jest obraźliwa dla Polaków. A nikomu do głowy nie przyszło, by zapytać o zdanie prawdziwych Polaków, czy dowiedzieć się, kim były te modelki. Może są Polkami? Przecież to możliwe.

Ale wracając do reprezentacji i absurdów, to zwróciłam na to uwagę przy filmie Disneya "Kraina Lodu" i rzekomego "wybielenia" głównej bohaterki, Elsy:

Źródło: tumblr.com

Według niedoinformowanych social justice warriors, bajka miała opowiadać o Lapończykach, którzy niby są również "people of colour". Powstaje tylko jeden problem - Lapończycy są w dużej mierze biali... A wybielenie głównej bohaterki jest również rzekome, bowiem "Kraina Lodu" jest luźno oparta na "Królowej Śniegu" Andersena, czyli duńskiej bajce. Więc to trochę, jakby się czepiać, że w Mulan występują sami Chińczycy/Azjaci. Akcja bajki ma miejsce w XIX wieku, w Norwegii. Czy w tamtych czasach było tam dużo ludności nie-białej? Nie sądzę. 

Problem istnieje, jest ważny, ale mam wrażenie, że niektórzy się ograniczają, myśląc, że cały świat to Stany Zjednoczone. Czy ma więc to np. sens w Polsce, gdzie Murzynów można spotkać praktycznie tylko w większych miastach? Swoją drogą, polecam ciekawy eksperyment, by zobaczyć, jak stacje telewizyjne się różnią pod względem swojej polityki. Polecam z ciekawości przejrzeć opisy odcinków "Trudnych spraw" (Polsat) i "Ukrytej prawdy" (TVN), by zobaczyć, o czym głównie są te odcinki. Można się szybko przekonać, że TVN dba więcej o poprawność polityczną - można znaleźć więcej odcinków z ludźmi różnych ras, obcych narodowości, czy o odmiennej orientacji seksualnej. Wiem, że te seriale ambitne nie są, ale w pewnym sensie coś tam odzwierciedlają. 

Po prostu wpychanie ludzi innej rasy niż biała do mediów nie zawsze ma sens. Bo można też łatwo popaść w tzw. "tokenizm", czyli wrzucamy byle kogo, byleby nie było zarzutów o seksizm/rasizm. To nie na tym polega. Po prostu moim zdaniem twórcy powinni robić dokładny research, zanim się zabiorą za czasem niepotrzebną poprawność polityczną.

Wiąże się z tym moim zdaniem nieco śmieszne zjawisko, zwane "culture appropration". Co to znaczy? Dosłownie tłumacząc: "zawłaszczanie kultury". Lecz przeglądając pewne posty, to nie jest takie oczywiste. I mam często wrażenie, że nie rozumiem, o co chodzi tym ludziom. Czy chodzi o wyśmiewanie danej kultury, coś jak "black face"?:

Owszem, to jest (było) rasistowskie. Ale nie obwiniajmy Shirley Temple, która wtedy była dzieckiem. Źródło: tumblr.com

Czy o to chodzi? I tak, i nie, jak się okazuje. Znalazłam nawet skrajny przypadek, gdy ktoś uznał, że nauka języka obcego jest zawłaszczaniem kultury i jej wyśmiewaniem. Ale moim zdaniem to już przekracza poziom absurdu. Tak samo nie rozumiem, jak np. dziecięca zabawa w kowbojów i Indian mogłaby być wyśmiewaniem kultury. Nie znam nikogo, kto po takiej zabawie byłby rasistą, a znam wielu ludzi, którzy zafascynowali się daną kulturą i czegoś się o niej nauczyli, stali się otwarci na nowe kultury, idee, nowe osoby. Więc...?

Okazuje się jednak, że culture appropration dotyczy tylko ludzi białych (winnych całemu złu tego świata, jak mniemam). Według wielkich obrońców sprawiedliwości nie możesz próbować kuchni meksykańskiej:

Źródło: tumblr.com

Nie możesz też nosić ubrań wzorowanych na danej kulturze (jak kimono), nie możesz także nosić biżuterii, makijażu typowego dla danej kultury (ostatnio widziałam posta, gdzie krytykowano to, że kobiety chore na raka, bez nadziei na przeżycie pomalowały sobie henną głowy, by cieszyć się ostatnimi chwilami życia. Dla tych ludzi to było zawłaszczanie kultury hinduskiej). Nie możesz też uprawiać danego sportu. Chyba też muszę przestać oglądać anime i czytać mangi. Bo wychodzi na to, że to rasistowskie.

Źródło: tumblr.com


Kiedyś w związku z tym wszystkim znalazłam dość ciekawego posta, który był dialogiem córki z ojcem na ten temat. Mniemam, że byli pochodzenia meksykańskiego i ojciec zwrócił uwagę na rzecz, która również przyszła mi do głowy - poza tym, że jest to po prostu idiotyczne, to jest to też bardzo szkodliwe. Ja osobiście mam niemiłe skojarzenia z nazizmem i totalitaryzmem ogólnie - niestety w historii mieliśmy już kogoś takiego, kto dbał o czystość kultury i wiemy, jak to się skończyło. Tu wprawdzie zdaniem social justice warriors czynią to w dobrej wierze, ale dobrymi chęciami jest piekło brukowane. No i jeszcze jedna sprawa: dlaczego próbuje się walczyć z czymś, z czym mamy do czynienia od zarania dziejów?

Mam tu głównie na myśli zjawisko dyfuzji kulturowej, czyli przenikania elementów kultury. Krótko mówiąc, działo się tak zawsze, gdy jedna kultura stykała się z drugą - każdy zapożyczał jakieś elementy, jeśli chodzi o język, ubiór, tradycje, itd. Jest to normalne, ponieważ człowiek jest zawsze mniej lub bardziej podatny na wpływy - jeśli przyjaźnisz się z kimś z obcego kraju, to oczywiste jest to, że chcesz zapoznać się z jego kulturą. I nie rozumiem, dlaczego to miało by być rasistowskie. Idąc tym tropem, kultura polska w ogóle nie powinna istnieć, bo składa się niemalże z samych zapożyczeń. 

Dzisiaj to się przejawia nieco inaczej w dobie globalizacji. To zjawisko nosi nazwę indygenizacji i kreolizacji kultur. Jest to po prostu zapożyczanie elementów z kultur dla nas egzotycznych. I nie ma w tym nic złego, to naturalna konsekwencja otwartości świata, a także powszechnych migracji. Ale myślę, że to ma swoje źródło gdzie indziej. A mianowicie w starym podejściu antropologów.

Stare podejście mówi o skrajnym relatywizmie kulturowym - to znaczy, że nie oceniamy kultury, nie ma kultur lepszych lub gorszych, ale też nie ingerujemy w żadną z nich. Problem w tym, że podejście było do pewnego momentu słuszne, bo prędzej czy później pojawiają się problemy natury etycznej, takie jak - czy możemy się wtrącić, gdy podczas wykonywania jakiegoś tradycyjnego rytuału dzieje się krzywda i ta osoba oczekuje pomocy? Trzeba być chyba strasznie nieczułym, by nie reagować. No i oczywiście pamiętajmy o jednej rzeczy - jeśli dane plemię zobaczy białego człowieka, to ta kultura i tak już jest skażona. Zresztą, nawet plemiona, które żyją "tradycyjnie" korzystają z dobrodziejstw kultury zachodniej lub... Śmieją się z antropologów. 

Źródło: tumblr.com

Klasycznym przykładem jest Margaret Mead, która robiła badania antropologiczne, które doprowadziły do rewolucji seksualnej w latach 60. XX wieku. Według relacji dziewcząt z Samoa ludzie tam prowadzili dość rozwiązłe życie. Dopiero po latach wyszło na jaw, że te dziewczynki zrobiły sobie z niej jaja, kolokwialnie mówiąc. Same przyznały, że to wszystko zmyśliły lub podkoloryzowały, tylko po to, aby to brzmiało ciekawie. A ona się nabrała. I oczywiście też zdaję sobie sprawę z tego, że być może ludzie aż takimi radykałami nie są, żeby uważać, że nauka języka obcego jest przejawem rasizmu, ale... No w każdym razie niepokoi mnie to. Bo od słów do czynów, jak na ironię takie zachowanie (oddzielanie kultur) może się okazać bardziej rasistowskie, niż się wydaje. 

PS. Rozumiem, że magisterkę chcecie poczytać, kiedy już się obronię? 

piątek, 9 maja 2014

Kultura ludowa, taniec, folklor, śpiew... Czyli o tym, dlaczego "My Słowianie" to dobry wybór na Eurowizję.

Na początek muszę powiedzieć, że sama muszę uderzyć się w piersi i poddać się takiej dość bezlitosnej samokrytyce. Dlaczego? Ponieważ można mnie nazwać głupią, ale wpadłam w idiotyczną pułapkę szukania problemów tam, gdzie ich nie ma. Konkretnie chodzi mi o to, że moja pierwsza reakcja na teledysk Donatana to było "Boże, ale to seksistowskie". I długo nie mogłam załapać, o co chodzi w tych pierwszych słowach, przed samym teledyskiem, że jest to ironia, itd. Po prostu tej ironii nie widziałam, aż do wczorajszego występu na Eurowizji. Obejrzałam jeszcze kilka razy teledysk i... Olśniło mnie. Także wiele pomogły posty z tumblra. Choć jeszcze do tego wrócę, bo najpierw chcę się zająć pierwszym aspektem, czyli "kulturą ludową".

Jak już wspomniałam, sam Donatan mówił o tym, że jego teledysk jest ironiczny i jest parodią. I długo nie mogłam pojąć, czego jest właściwie parodią. Aż zobaczyłam reakcje, które mnie uderzyły i przyprawiły o taki... Ironiczny uśmieszek. Było trochę głosów w stylu, że jest to "obraza kultury ludowej". I w tej chwili zapytam: ludzie, jakiej kultury? Jakiej ludowej? Może to będzie dla kogoś szokiem, ale kultura ludowa w Polsce nie istnieje. Nie istnieje konkretnie od 1945 roku. Zanim jednak ktoś powie, że możemy za to dziękować komunistom, powiem "Stop". To nie jest tak. Bardziej niż komunizm były ważniejsze inne czynniki, ba, władze komunistyczne w kraju dbały o tę tradycję. Ale od czego to się wszystko zaczęło? 

Po pierwsze, niestety ważnym czynnikiem była II wojna światowa i migracje. Wystarczy sobie porównać nasz kraj do (najlepiej) Wielkiej Brytanii. Chodzi mi o aspekt językowy. Przez to, że Wielka Brytania zachowała swoje terytorium, nie było aż tak dużo zmian, to gwary zostały zachowane. Akcenty do tej pory się różnią. Londyńczyk będzie mówił inaczej niż Szkot, Szkot inaczej niż ktoś z Irlandii, itd. W Polsce tego nie ma. Przez to, że ludzie się zmieszali, zanikły też gwary. Szczególnie widoczne jest to w moim regionie. Powód jest prostszy, niż się wydaje. Na Zachód pojechali ludzie z różnych regionów Polski, więc trzeba było się jakoś dogadywać. Zostawała więc polszczyzna literacka, której przedstawiciele młodszego pokolenia uczyli się w szkołach. Przykładem niech będzie nawet moja babcia, pochodząca z terenów dzisiejszej Ukrainy. Twierdzi ona, że polskiego nauczyła się właściwie dopiero tutaj, w okolicach Zielonej Góry. Wcześniej zaś mówiła taką swoistą gwarą, pomieszanym językiem polskim i ukraińskim (dzięki temu Polacy i Ukraińcy się mogli dogadywać bez problemu). W sumie to do tej pory nie mówi czystym polskim, ma swoisty akcent, zupełnie inny, niż moi rodzice, a już tym bardziej inny, niż ja. Pomocna w utrwaleniu polszczyzny literackiej okazała się też masowa migracja ze wsi do miast, a także powszechna edukacja i nowe środki masowego przekazu, jak radio czy telewizja. Skutkiem było utrwalenie tego języka (nawet Ślązacy czy Górale mówią dzisiaj gwarą raczej tylko na pokaz, w końcu w szkole nauczany jest język polski), ale przy tym utrata kultury ludowej. Kultura ludowa poszła w odstawkę, jako coś zacofanego, niepostępowego, coś, co nie wypadało kultywować ludziom w miastach, czy ludziom wykształconym. No i w dodatku elementy poszczególnych kultur ludowych nie były zrozumiałe dla reszty mieszkańców nowych wsi i miasteczek, więc jak tu obchodzić święta, których najzwyczajniej nie znamy? Wspomniałam o migracji ze wsi do miast, ale też innym elementem było wpakowanie dawnych chłopów do blokowisk, gdzie dostali pracę w PGRze. To też sprzyjało utracie kultury ludowej. Polecam sobie obejrzeć filmy sprzed lat nawet 30, czy 40. Na niektórych z nich jest dość karykaturalnie pokazane, co się działo, gdy taki chłop dostawał awans i mieszkanie (najczęściej w bloku, w mieście) - próbowali oni wtedy bezskutecznie przenosić te tradycje ludowe. Dobrym przykładem są filmy "Awans", czy "Z dalekiego kraju", ale też serial "Alternatywy 4". Tradycje w nowych warunkach były szybko porzucane. 

Jednakże w latach 70. XX wieku nastąpiła pewna moda (trochę narzucona odgórnie, ale w tym momencie to nie jest istotne) na "powrót do korzeni". To wtedy powstawały filmy historyczne o Polsce, powstały też zespoły ludowe jak "Mazowsze", czy "Śląsk". W muzyce próbowano odwoływać się do tych tradycji ludowych, rekonstruowano stroje, tańce, pieśni, to właśnie wtedy powstał serial "Janosik". Wszystko to były ciekawe inicjatywy, acz... Nie ludowe. I nie można tego nawet nazwać rekonstrukcją, a bardziej artystyczną wizją. Przykładem niech będzie pieśń "Helokanie" zespołu Śląsk, która zainspirowała Davida Bowie do stworzenia utworu "Warszawa". Brzmi pięknie, ludowo, lecz tylko psedoludowo. Chociażby z takiego powodu, że jest śpiewana w chórze, a przyśpiewki ludowe nigdy nie były śpiewane chóralnie, tylko indywidualnie. Podobnie jest ze wszelkimi strojami. Próbuje się je odtworzyć, ale czasami niektóre elementy się miesza, nawet jak dane kultury nie miały ze sobą styczności. Przykładem są cepeliady, słynne kicze, czysta komercja, tylko pod szyldem kultury ludowej. Kto z nas nie miał styczności z "talerzykami w stylu folklorystycznym", czy z "ręcznikiem z kogutkiem" (na Boga, kto z chłopów używał ręcznika w takim wzorze?), ale też lalki w strojach folklorystycznych:

Lalki podpisane jako "regionalne". W opisie linku jest "strój krakowski". Czy aby na pewno? Nie znam się aż tak dokładnie, ale chyba jednak strój dziewczęcy czymś się różni. Tak czy siak to przykład komercji, bo lalki są z plastiku, a nie drewniane, czy z porcelany, ani nawet nie szmaciane, co już jest bardziej tradycyjne. (źródło: blogspot.com)


Takich przykładów jest mnóstwo. I choć to wszystko zaczęło się w latach 70., to szał na folklor był także i z 10 lat temu (zespół Brathanki, czy Golec uOrkiestra) i znowu wraca, acz... Właśnie dzięki Donatanowi może w nieco ciekawszej formie. W każdym razie ta moda wraca co jakiś czas, często są organizowane jakieś festyny z okazji "święta pieczonego ziemniaka", czy pokazy "zespołów folklorystycznych", zwłaszcza w dniach miasta. Trzeba jednak pamiętać, że to są tylko próby odtworzenia tego, co było. Dość nieudolne. Jest w tym więcej artyzmu, a jeszcze więcej komercji, niż prawdziwej kultury ludowej, której już nie ma. Te całe "dni miasta", "festyny", "święto pieczonego ziemniaka" to zjawisko, które nosi nazwę tradycja wynaleziona.

Gdzie są w takim razie jakieś resztki kultury ludowej? Może zabrzmi to dziwnie, ale takim dzieckiem kultury ludowej jest kultura popularna. Kultura popularna jest tworzona oddolnie, głównie przez fanów danych dzieł kultury masowej, podobnie jak kultura ludowa była hołdem dla religii czy natury. Więc właśnie w kulturze popularnej można upatrywać resztek kultury ludowej. Są pewne podobieństwa. Polecam na ten temat w szczególności książkę H. Jenkinsa "Kultura konwergencji", gdzie wyjaśnia to bardziej szczegółowo.

Co jednak z tym nieszczęsnym Donatanem i występem na Eurowizji? Sam zainteresowany podchodzi do tego na luzie:
Ludzie nie rozumieją, że w konkursie eurowizyjnym nie chodzi o to, że kawałek jest fajny i wszyscy na niego nagle głosują. Tu jest bardzo dużo polityki, bardzo dużo faworyzowania się przez kraje nawzajem. Wiadomo, że Skandynawia głosuje na siebie, Hiszpania głosuje na Portugalię, Portugalia na Hiszpanię, Bałkany na siebie nawzajem. To jest niezwiązane z muzyką. Muzyki tutaj, tak naprawdę, jest niedużo (...) Jest jeszcze element show, element jakiegoś skandalu i dużo innych rzeczy. Ludzie tego nie rozumieją i wydaje im się, że zawsze tylko muzyka decyduje, a nie jest to, niestety, prawdą. W związku z czym nie ma co się podniecać. W Polsce jest taka tendencja, że ludzie się podniecają, a jak przychodzi co do czego, to nadzieje są jak krew w piach. Ja ludziom wprost mówię, że nie ma co się napalać, nie ma co tego przeżywać, trzeba po prostu traktować to luźno, tak jak my traktujemy

Ogólnie mam wrażenie, że Donatan świadomie wykorzystuje to, co opisałam wcześniej - czyli wracamy do punktu wyjścia. Usilnie promujemy bowiem ten pseudofolklor, chcemy pokazać "polskość", że staje się to aż śmieszne. I między innymi facet to parodiuje. To coś jak Rammstein ze swoim kontrowersyjnym teledyskiem do "Pussy", który jest w wersji nieocenzurowanej czystym porno. Mam wrażenie, że chodziło im o to, by pokazać, że coraz częściej właśnie mamy takie teledyski - o przysłowiowej "dupie Marynie", gdzie chodzi tylko o pokazanie tyłka czy kawałka piersi, a przestaje się zwracać uwagę na muzykę. Podobnie zrobił Donatan. Obejrzałam kilkakrotnie teledysk, poczytałam trochę i doszłam do wniosku, że wcale seksistowski nie jest.

Po pierwsze, Donatan mówi o sobie, że jest rodzimowiercą. Jeśli faktycznie tak jest, to wręcz seksizm jest niemożliwy. Religia słowiańska jest trudna do odtworzenia, ale wiadomo, że ważnym jej aspektem był szacunek do kobiety, zwłaszcza do matki (co widać w dużym kulcie Matki Boskiej w polskim katolicyzmie). Po drugie... Chyba ten cytat znaleziony na tumblrze mówi sam za siebie:

I am now officially invested in Eurovision. The more comments on Polish entry I read, the more I become convinced that we have struck the nerve and I’m cackling like a maniac in the background. No, it’s fine, I mean, you can look for a Polish girl to marry you on the Internet ‘cause “they are known to make good wives”. You can molest Polish waitresses when you come to Cracow for a weekend of crazy debauchery. But God forbid we show some skin because we want to. God forbid we call you out on the idiotic stereotypes you believe. God forbid we sing that yeah, we’re awesome and our culture’s awesome and we’re onto you, creeps, and we just don’t freaking care.
(oryginalnie stąd)

I to był główny problem, który także wyśmiał Donatan. To, jak są postrzegane Polki. Z jednej strony narzeka się, że są łatwe, a z drugiej - broń Boże, aby pokazały kawałek ciała tylko dla siebie, nie dla mężczyzny! I to się zaznacza w teledysku - nie ma tam typowego szczucia cycem, bo stroje letnie właśnie odsłaniały piersi, a poza tym - teledysk pasuje do treści. Nie ma tam też praktycznie mężczyzn, więc kobiety nie robią za ozdobniki dla nich, jak w "Blurred Lines". Są piękne same dla siebie. Promują też naturalne, ludowe piękno:

Chyba to jest scena, która najbardziej mi się podoba: czyli stereotypowe plastiki - won (źródło)
Co ciekawe, promowane są różne rodzaje kobiecego piękna, ale w sposób ludowy. Nie ma w tym nic seksistowskiego, są one po prostu piękne i pokazują różne talenty artystyczne, ale dla siebie po prostu. Nie ma o co robić afery, a ja sama żałuję, że zrozumiałam to dopiero przy okazji Eurowizji. 

Bo rzadko się spotyka kobietę przy kości, która jest pokazana jako piękna, a nie jako element humorystyczny (źródło jak wyżej)

W każdym razie ja życzę im jak najlepiej. Cieszę się, że dostali się dalej, do finału. Może pierwszego miejsca nie zajmą, ale widać, że europejska publiczność doceniła piosenkę, choć częściowo była po polsku (choć znam zdanie znajomej z tumblra z Niemiec, że to jej się właśnie podoba). Może mam zastrzeżenia do wersji angielskiej, że nie ma trochę rytmu, ale i tak chyba bardziej zaczynam doceniać tę piosenkę jako trafną parodię tego, co nam prezentują i usiłują promować media. Wywołali sporą dyskusję w kraju, ale to chyba o to chodziło.

PS. Jak znajdę chwilę wolnego czasu, w końcu zrobię wpis o rasizmie i reprezentacji. Teraz się trochę tego nagromadziło, zwłaszcza, że wkrótce obrona. Ten wpis powstał pod wpływem chwili. 





poniedziałek, 25 listopada 2013

O fandomie wreszcie, czyli wstępne wnioski do mojej pracy magisterskiej

Miałam trochę długą przerwę na tym blogu. Pierwotnie tekst miał mówić o czymś innym, pewne okoliczności zdecydowały jednak inaczej. 
Pewnie większość z Was wie (lub też nie), że piszę moją pracę magisterską o fandomie. Dokładny temat brzmi:
"Wpływ Internetu na rozwój nowych więzi społecznych. Przykład fandomu."
Dlaczego taki? Bo w zasadzie to było po uzgodnieniu z promotorem, a druga sprawa - o fandomie można pisać wiele, jest to temat interdyscyplinarny. Magisterka nie jest jednak żadną monografią naukową, więc muszę ograniczyć pole działania. Ale jako niedoszły socjolog przyznaję, że fandom mnie fascynuje pod kątem społecznym. Z racji tego, że fandomy sporo udzielają się w Internecie, to nie ominęło ich wiele zjawisk (zarówno pozytywnych, jak i negatywnych), które dotyczą interakcji w Internecie ogólnie. Chciałabym tu zawrzeć moje wstępne tezy, jak i wnioski, a także przybliżyć temat fandomu z pewnego dystansu naukowego. Mimo, iż sama czuję, że jestem częścią jakichś tam fandomów, to niestety, muszę się starać być obiektywna. Nie uda mi się to w 100%, to wiem na pewno. Ale chociaż trochę. 

Dlatego też z góry ostrzegam: tekst może nie być miły. Może niekoniecznie to się tyczy moich rozmówców z badań, ale mogą paść niemiłe stwierdzenia. Może zaboleć, krótko mówiąc. I założę się, że ktoś może na bank się obrazić za pewne słowa, które tu napiszę, jednak jednak moją rolą, jaką sobie sama wyznaczyłam, jest prowokacja do myślenia i refleksji. A także zachęta do dyskusji. Nawet będę się cieszyć, jeśli ktoś się ze mną nie zgodzi, ale pod warunkiem, że będzie starał mi się wskazać, dlaczego się mylę. Dodam jeszcze, że na pewno tak moja praca magisterska nie będzie wyglądać, ten tekst służy także temu, żeby przybliżyć ten temat. 

Przejdę teraz do tez. W trakcie ich omawiania będą przewijać się pewne wnioski, oparte na rozmowach z członkami trzech fandomów (Tolkien, manga i anime, Sherlock BBC), a także na podstawie własnej obserwacji. 

  • Komunikacja i interakcje w fandomie (także w Internecie) niewiele się różnią od komunikacji w innych grupach/społecznościach.
W zasadzie jedyna różnica jest taka, że fandom jest bardziej rozproszony. I czym większy, tym częściej jest tak, że sporo osób się nie zna (przykładowo ja wciąż odkrywam nowych, polskich Whovian, czyli fanów Doktora Who. Okazuje się, że ten fandom się rozrasta w Polsce). Ale to jest normalna reguła - czym większa społeczność, tym ludzie się mniej znają osobiście. Czym większa grupa, tym bardziej otwarta, przewija się o niej (i przez nią) więcej informacji. Ma to jednak też skutki negatywne - m.in. szybciej rozpowszechniają się stereotypy, czy informacje nieprawdziwe. W konsekwencji w takiej społeczności, w takim fandomie prędzej czy później dochodzi do rozłamu na grupki, podgrupki, a nawet kliki. W szczególności widać to na przykładach pairingów w fandomie. Podam to na przykładzie Hobbita, który w zasadzie jest dość świeżym fandomem, ponieważ w grudniu ma wyjść druga część, a w przyszłym roku - trzecia. W zasadzie na przykładach różnych pairingów można zobaczyć, że każdy znajdzie coś dla siebie - lwia część lubi Bagginshielda (czyli Bilba Bagginsa i Thorina Dębową Tarczę jako parę - czy to romantyczną, czy to przyjaciół. Zresztą na temat pairingów to potrzeba chyba oddzielnego wpisu, by zrozumieć choć trochę ten fenomen) czy Durincest (czyli Filiego i Kiliego, najczęściej w kombinacji romantycznej), ale swój kącik znajdą też nietypowe pairingi, jak Smaug i Bilbo (głównie z powodu aktorów, którzy grają ich role). Co kto lubi. I każdy właściwie siedzi w tej swojej podgrupce - bo niby lubimy to samo, a jednak nie do końca, bo każdy ma jednak jakby swoją interpretację - i tak jak jedni widzą Filiego i Kiliego jako braci, tak inni będą widzieć w ich relacji zakazaną miłość. Zjawisko pairingowania czy shippowania ma swoje zalety, jak i wady. Zaletą jest to, że w pewnym sensie rozwija to kreatywność fanów, przewijają się nowe interpretacje danego dzieła, z części z nich korzystają nawet oryginalni twórcy (czy dobrze, że tak robią, czy źle, to inna kwestia), więc następuje taka komunikacja, zwłaszcza, gdy dzieło jest otwarte. To już nie jest to, co kiedyś. Pod tym względem kultura się zmienia. Mogę to zaprezentować na prostym schemacie: 

Dzieło własne, made in paint. U góry - jak komunikacja w kulturze wyglądała kiedyś, na dole, jak wygląda teraz.

I jednak dodam, że ta komunikacja wzajemna nie przebiega od czasów Internetu - ona została tylko wzmocniona. W końcu kiedyś autor też otrzymywał jakieś listy, czy prośby od fanów, fanarty, opowiadania. I to jest całkiem dobre, bo fani często mają dobre pomysły. Wiem, że George Martin, autor "Gry o Tron", ponoć sam prosił fanów o odtworzenie wszystkich drzew genealogicznych postaci, ponieważ sam się w tym pogubił. Fani mu oczywiście pomogli. Ale ma to też swoją mroczną stronę. 
Zauważam, że często komunikacja przebiega na zasadzie memu - że jakiś tekst krąży do obrzydzenia. Piski, podnieta i nieracjonalne zachowania następują zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się coś nowego. Ludzie przestają myśleć racjonalnie, a czasem zadanie jakiegoś podstawowego pytania spotyka się z niezrozumieniem. Tak miałam ostatnio z Doktorem Who - gdy nie zrozumiałam pewnej rzeczy i chciałam, żeby ktoś mi to logicznie wyjaśnił, to w odpowiedzi dostałam teksty z serialu, które nie mówią nic. Gorsze przypadki spotykam jednak, jeśli chodzi o pairingi. I tu przejdę do mojej drugiej tezy, która to lepiej wyjaśni.

  • Fandom w pewnych momentach przyjmuje cechy sekty/religii.
I o ile komunikacja była dość pozytywnym zjawiskiem, to chcę powiedzieć jednak o czymś bardziej mrocznym, co widać w niemal każdym fandomie. Nie tylko tym filmowym/serialowym, ale także w fandomach muzycznych. Mam na myśli tu negatywne zjawiska, które objawiają się zwłaszcza w kłótniach. Czy to będą kłótnie na temat tego, który pairing jest lepszy, czy to będą kłótnie na temat tego, że coś mi się nie podobało w danym filmie - to nie jest istotne. Istotne w tym momencie są dalsze zachowania.
Teza nie jest moja. Właściwie jestem tylko jej zwolenniczką. Pierwszy zaprezentował ją bodajże Henry Jenkins w swoim dziele "Kultura konwergencji" ponad 20 lat temu. I tu zabrzmię może kontrowersyjnie, ale... Uważam tym samym, że taki czysty ateizm nie istnieje. Człowiek jest istotą, która potrzebuje mieć jakieś oparcie, coś, w co będzie wierzyć, czym będzie żyć, z czego będzie czerpać idee. Na religii opierają się wszelkie społeczeństwa, chyba nie ma społeczeństwa, które by się rozwinęło bez religii. To, że teraz Europa się ateizuje, to nic nie znaczy - właśnie Europa jest wyjątkiem na tle świata. Moim zdaniem świat dąży do różnorodności, ale to inny temat. Miało być o fandomie. Naprawdę, nie chcę nikogo umoralniać, nie chcę się bawić w dobrą ciocię, która powie, co wolno, a czego nie. Ale doprawdy, bawi mnie to, gdy ktoś mówi np., że jest ateistą, a jednocześnie jest strasznie zagorzałym i radykalnym fangirlem/fanboyem. Jeśli opis pasuje do Ciebie, Czytelniku, to zastanów się, czy tym samym nie szukasz jakiegoś zastępstwa? Jeśli nie, to jak wytłumaczysz nieracjonalne zachowania? A takich obserwuję mnóstwo. Mam ostatnimi czasy wrażenie, że dla niektórych krytyka (nie krytykanctwo w stylu "Nie lubię tego, bo tak") jest czymś nie do zniesienia. Nie, krytyka nie jest żadnym zamachem na świętość. Bo takowej nie ma. Mam też wrażenie, że oprócz tego, że zanika umiejętność dyskusji (bo moja prawda jest mojsza), to w dodatku ludziom brakuje dystansu. Niestety, fandom dotyczy najczęściej kultury popularnej/masowej. Czy tego chcemy, czy nie. To nie jest najważniejsza i najistotniejsza rzecz w naszym życiu. A już rzadko kiedy znajduję ludzi, którzy oglądają coś/czytają jedynie dla rozrywki. Tak, dla rozrywki, po czym przechodzą do życia codziennego. Nie wszystko w końcu ma jakiś głęboki sens. Wręcz przeciwnie, większość rzeczy jest stworzona dla pieniędzy i służy tylko rozrywce. I nie ma się czego wstydzić, jeśli daną rzecz oglądamy/czytamy/słuchamy, bo po prostu to lubimy, a nie dlatego, że zmienia nasze życie, czy nadaje mu sens. Takie zachowania są niebezpieczne, ponieważ podobne mechanizmy mamy w sektach. Może to doprowadzić do tragicznych rzeczy, typu akcje "Tnę się dla Justina", gdzie przez trolli internetowych dziewczynki robiły sobie krzywdę, bo wierzyły, że dzięki temu Justin Bieber, ich idol, przestanie palić marihuanę. Oczywiście mówię o przypadkach skrajnych. I o ile jestem w stanie zrozumieć kogoś, kto siedzi w tych fandomach, bo to jest dla niego jakaś tam rozrywka, czy odskocznia od stresów z dnia codziennego, tak trzeba uważać na bardzo cienką granicę, gdzie człowiek przestaje myśleć racjonalnie i żyje tylko fandomem lub uważa fandom za najważniejszy aspekt swojego życia. Że potem wszelka krytyka to jak zamach na świętość i oglądanie czegoś lub czytanie nadaje sens Twojemu życiu, nawet jeśli to tylko historia, jakich wiele. Dlatego być może ktoś mnie może nazwać beznadziejnym fanem, ale ja się tak nie angażuję. Lubię coś obejrzeć. Lubię poczytać. W końcu dlatego też założyłam bloga z recenzjami. Lubię czytać fanowskie teorie, żarty na temat danego dzieła, oglądać fanarty, czytać opowiadania, a nawet pisać. Mogę nawet grać daną rolę postaci z popularnego dzieła, ale też łatwo z niej wychodzę. Ale wszelkie podporządkowywanie życia fandomowi? Temu mówię stanowcze nie. Bo jest to bardzo cienka granica, jak już mówiłam. Człowiek może się zapędzić i nawet nie będzie wiedział, kiedy się zatraci, a tym samym straci znajomych, umiejętność dyskutowania, argumentowania, czy w skrajnych przypadkach - zdrowie lub życie. Nie bez powodu chyba słowo "fan" pochodzi od słowa "fanatyk". Ale dość marudzenia. Przejdę do ostatniej tezy, o której już lekko wspomniałam.
  • Fandom to zjawisko dotyczące kultury popularnej/masowej.
Szczerze, czasem spotykam się z określeniami "fandom teatru", "fandom Les Mis", itd. Moim zdaniem jednak to nie ma sensu. Dlaczego? Powody są przynajmniej dwa: po pierwsze, fandomy kształtują się wokół dzieł niedokończonych/świeżych (jak Harry Potter, który się skończył, a jednak fani ciągle są), kiedy jeszcze można dyskutować z autorem. Po drugie, musi to dotyczyć dzieła, które nie jest znane koniecznie w każdych kręgach, czy wszędzie lubiane. Przykładowo - możesz być fanem "Gwiezdnych wojen", ale nikt nie nakazuje znać "Doktora Who". W przypadku "Les Mis" sprawa jest taka, że jest to musical oparty na książce "Nędznicy", która już się zalicza do klasyki. Dzieło zamknięte, nie ma opcji powrotu, dyskusji, że może coś nowego powstanie. To też tak samo, jakby powiedzieć, że "należę do fandomu Szekspira". Szekspir to klasyk i każdy wykształcony człowiek powinien chociaż znać jedno dzieło tego autora. Szekspir jest zakorzeniony na dobre w kulturze, przewija się on też w kulturze popularnej. Nie ma opcji go nie znać. Możesz nie lubić, ale jeśli nie chcesz być uważany za ignoranta, nie możesz powiedzieć, że tego nie znasz. Owszem, są tworzone wariacje na temat Szekspira, ilustracje do jego dzieł, itd. Ale w dalszym ciągu nie spełnia on wymogów fandomu. Fandom to społeczność, która zazwyczaj rozwiązuje się/rozluźnia, gdy dzieło się zamyka. A dzieła Szekspira są zamknięte.

I to jest tak krótko, co chciałam przedstawić o fandomie pod kątem społecznym. Trochę luźno nawiązywałam do moich rozmówców, a bardziej do swoich własnych przemyśleń. Generalnie fandom ma zalety - chociażby taką, że wprowadza człowieka w kulturę. Lubisz Doktora Who? Podobają Ci się wątki filozoficzne? To może sięgniesz do klasycznych dzieł o tej tematyce. Zawsze to jakaś furtka. Niestety, w każdej takiej grupie czyhają pułapki, przed którymi należy się strzec. Nie chcę nikogo tu oceniać, ani też wychowywać, lecz jeśli skłonię choć jedną osobę do refleksji, to będę z siebie dumna. I to tyle ode mnie. 
A w następnej odsłonie prawdopodobnie będzie o Mary Sue. 

czwartek, 25 lipca 2013

Wizerunek kobiety w mediach

Z góry uprzedzając - post ten będzie dość obszerny, choć krąży mi w głowie od jakiegoś czasu. 

Jednym z wielu zagadnień, jakimi zajmuje się socjologia, są wszelkie rodzaju zmiany społeczne. Zmiany dość łatwo można obserwować poprzez media, które oczywiście kreują także ludzie, choć nie tylko. Tak na czasie - księżna Kate urodziła synka, choć od jakiegoś czasu było wiadomym, że nawet jeśli dziecko okazałoby się dziewczynką, to kolejność dziedziczenia nie zmieniłaby się. Nawet królowa brytyjska idzie z duchem czasu - skoro kobiety w krajach demokratycznych mają wiele praw, to dlaczego nie zmienić tradycji (która notabene jest także czymś zmiennym wbrew pozorom)? 

Jednakże, jak wspomniałam, ten post poświęcę zagadnieniom wizerunku kobiety w różnych mediach, omawiając poszczególnie kilka przypadkach. Na wstępie jednak przyznam, że na swoich zajęciach szczegółową analizę poświęcaliśmy przede wszystkim reklamie. Reklama, czy to audiowizualna, czy wizualna wciąż kieruje się kilkoma archetypami kobiet:

  • kobieta młoda - często przedstawiana z przyjaciółką, czasem z partnerem/mężem. Kobieta aktywna, chcąca zwojować świat, nie patrząca na przeciwności losu. Kobieta niezależna, pewna siebie.
  • matka - różnie przedstawiana, lecz zazwyczaj z rodziną. Jest to kobieta, która "ma czas na wszystko", bowiem ma czas na pracę, gotowanie, sprzątanie, zajmowanie się dziećmi (włączając w to ich leczenie, gdy są chore, choć powoli się to zmienia, jakiś czas temu widziałam reklamę, gdzie to ojciec zajmował się chorym dzieckiem), a także czas na spotkanie się z przyjaciółmi i dbanie o siebie.
  • kobieta sukcesu - kobieta, która przede wszystkim jest pokazana w pracy, osiągająca sukcesy i ciężko na nie pracująca.
  • kobieta luksusowa - częściej pojawiająca się w reklamach wizualnych, choć także można spotkać taki wizerunek w przypadku reklamy perfum - przede wszystkim ma przyciągać wzrokowo, ubrana w luksusowe kreacje, z nienagannym makijażem. Ma symbolizować ekskluzywność, luksus danych produktów.
  • kobieta - obiekt. Coraz rzadziej spotykany wizerunek (i słusznie, ale o tym dalej). Pod pewnym aspektem taka kobieta jest zbliżona do kobiety luksusowej, lecz często jest ona przedstawiana nago lub też w sposób wulgarny, wyzywający, jest po prostu dekoracją danego produktu. Skierowana głównie do mężczyzn. Nierzadko zdarza się, że dany produkt jest przedstawiony w formie kobiecego ciała.
Znacznie rzadziej mamy do czynienia z innymi kobietami (kobieta starsza, choć również się pojawia w specyficznym rodzaju reklam), czy kobietami, które przełamują pewien stereotyp. W zasadzie każda reklama jest w pewnym stopniu przekłamaniem, bo tworzy fałszywą rzeczywistość, świat, którego nie ma, w którym wszystko jest idealne, a wszelkie problemy można rozwiązać łatwo oczywiście za pomocą reklamowanego produktu. Jednakże Komisja Etyki Reklamy walczy z ostatnim wizerunkiem, uprzedmiotowiającym kobietę. Można przeczytać o takiej reklamie na stronie Gazety Wyborczej. Komisja Etyki Reklamy nakazała firmie wycofania tejże reklamy, uzasadniając, że jest ona seksistowska i przedstawia przedmiotowo kobietę. Firma tłumaczy się, że owe zdjęcia były artystyczne. Niestety, ciężko jednak nie zgodzić się z KER, która podaje inny argument, mówiący o tym, że reklama wprowadza w błąd (w dodatku ten błąd jest grą słowną, akcentującą dwa słowa w ten sposób, że czyni to tę reklamę wulgarną - "Devil otworzy każdą ci puszkę"). Inne reklamy, które zostały wycofane w różnych krajach, można obejrzeć na popularnym serwisie kwejk.pl. Z łatwością można zauważyć, że część z nich również przedstawia kobietę w sposób przedmiotowy.

Jednak czy tylko reklama jest problematyczna, jeśli chodzi o wizerunek kobiety w mediach? Nie. Często taki nieodpowiedni wizerunek można zobaczyć w popularnych serialach, kreskówkach, filmach. Czasami problematyczne i kontrowersyjne jest samo podejście fanów, a czasami - kreacja sama w sobie. Przeanalizuję więc kilka przypadków - dobrych i złych moim zdaniem.

Przypadek #1: Kiedy zmiany są na gorsze. 
Mam tu na myśli przede wszystkim serial pt. "Doctor Who". W wielkim skrócie - serial, który w tym roku będzie obchodził 50-lecie, jeden z symboli kultury brytyjskiej, opowiada o Doktorze, kosmicie pochodzącym z planety Gallifrey, ostatnim z Władców Czasu, który podróżuje w czasie i w przestrzeni. Serial raz został anulowany w 1989 roku, wrócił na ekrany brytyjskich telewizorów w roku 2005, kiedy scenarzystą został Russell T. Davies. Davies zrezygnował i powierzył dalej rolę głównego scenarzysty Stevenowi Moffatowi w roku 2010. Wtedy zaczęły się również problemy.
Cały serial opiera się na jednym - na zmianach. Doktor regeneruje się, więc tym samym mamy zmianę aktora. Podróżuje on z różnymi osobami, najczęściej są nimi młode kobiety. W latach, kiedy scenarzystą był Davies, przedstawił nam on trzy różne kobiety (i obok kilka innych, ale mówię tu o głównych bohaterkach). Pierwszą z nich była Rose Tyler, grana przez Billie Piper. Była to młoda dziewczyna, nie wyróżniająca się niczym szczególnym (właśnie straciła pracę, nie zdała matury, a w szkole była jedynie dobra z gimnastyki). Była to jednak postać, z którą mogło się utożsamiać wiele młodych Brytyjek. Kolejną postacią była Martha Jones, grana przez Freemę Agyeman, bodajże pierwsza czarnoskóra towarzyszka Doktora, jednakże bardzo odbiegająca od stereotypu czarnoskórej kobiety - była studentką medycyny, pochodziła z dobrej rodziny, a przygody z Doktorem sprawiają, że jej postać ewoluuje w ciekawym kierunku (tu przyznaję, że seria z Marthą na dobre wciągnęła mnie w serial). Kolejną bohaterką jest Donna Noble, grana przez Catherine Tate. Donna jest nieznośna, pyskata, histeryczna. Jest również podstarzałą panną, nie ma powodzenia w pracy (jest tylko sekretarką, pracuje w zastępstwie), ani w miłości (jej ślub okazuje się porażką). Postać, której z pozoru nie da się lubić, zmienia się również nie do poznania. I... Potem mamy krach. Krach i regres w kwestii bohaterek. Mam tu na myśli dwa przypadki: Amelię (Amy) Pond (graną przez Karen Gillan) i River Song (graną przez Alex Kingston).
Amy jest przypadkiem wzorowanym na innej postaci, którą przedstawił nam Moffat. Otóż poznajemy ją jako małą dziewczynkę, która spotyka Doktora, a ten przenosi się w czasie, mówiąc, że "zaraz wróci". To "zaraz" okazuje się... 12 latami rozłąki. Amy wyrasta na piękną kobietę. I... Tu zaczynają się pewne problemy i wątpliwości. Część fanów dość krytycznie się rozpisywała już na jej temat, i to nie raz, ja powiem to w skrócie. Kiedy powiedziałam raz, że nie lubię Amy, ktoś mi odpowiedział "Nigdy nie zrozumiesz postaci, jeśli będziesz patrzeć na nią ze swojego punktu widzenia". Nie wiem, jak inaczej miałabym to zrobić, ale wszystko wypada na niekorzyść. Zacznijmy od tego, że Doctor Who z założenia jest serialem familijnym, który często oglądają również dzieci. A co serwuje nam Moffat? Ujęcia Amy, które z założenia mają się kojarzyć z seksem, jest ona swoistym "eye candy", nawet mówią o niej "legs". O ile poprzednie bohaterki nie były brzydkie, to jednak nie emanowały seksem. Miały również swoją historię, konkretne życie, poznajemy ich rodziny. W przypadku Amy, choć to bardziej skomplikowana sprawa, to mamy jakby pustą kartkę. Ma ona zawód... kissogramu, czyli chodzi przebrana za policjantkę/pielęgniarkę/zakonnicę i przesyła całusy od kogoś dla pewnej osoby. Ten zawód z całą pewnością nie wymaga wyższego wykształcenia i kojarzy się dość jednoznacznie. Już nawet nie chcę krytykować pewnych zachowań Amy, która ma prawo być niedojrzała, jednakże były one dość nielogiczne. Twierdzi, że kocha swojego chłopaka, a mimo to ugania się za Doktorem. To jednak nic, w porównaniu z tym, co potem nam serwuje Moffat.
Amy Pond ze swoim dzieckiem (źródło: tumblr.com).
Amy później znajduje się w roli, którą Moffat sobie bardzo upodobał (bo też mam wrażenie, że jego postacie kobiece są małymi, słodkimi dziewczynkami/kobietami, które mają emanować seksualnością/matkami - ciężko mi znaleźć inne postacie, które wyłamują się z tego schematu), czyli w roli matki. I to matki... Albo tego nie powiem, bo mogę zdradzić spoiler komuś, kto nie oglądał serialu, ale powiem krótko, że postać ta okazuje się kimś ważnym w życiu bohaterów. Małe dziecko jednak zostaje zabrane Amy zaraz po porodzie (dlaczego, tego również nie powiem), po czym... Przechodzi ona do porządku dziennego. Nie mam nic przeciwko kreowaniu postaci, które są matkami. Ale gdy mamy tak nielogiczne zachowanie, to niestety, nie mogę tego przełknąć. I mogę darować Moffatowi to, że jego postać emanuje seksem, ale czegoś takiego już nie (zwłaszcza, że sama Amy zapewnia, że kocha swoje dziecko - ja jakoś tego nie zauważyłam).
River Song (źródło: bbc.co.uk)
Drugą postacią, z którą mam problem, jest jak już wspomniałam, River Song. River poznajemy w czwartej serii, jako postać, wydawałoby się, że epizodyczną. Emanowała jednak tajemniczością, co spodobało się większości fanów. River później regularnie powraca, widzimy ją co jakiś czas, kiedy pomaga Doktorowi. I również nie zdradzając zbyt wiele, w tym przypadku drażni to, że Moffat robi z niej kobietę, która jest geniuszem, jest mądra i przydatna, jednakże nie zapracowała na swoją mądrość, jej geniusz również nie wynika z ciężkiej pracy, a (też nie mówiąc zbyt wiele) z powodu sił nadprzyrodzonych. Osobiście mnie drażni to, że momentami próbuje ukraść głównemu bohaterowi swoje miejsce. Jest też kolejną postacią z rodzaju "schematów Moffata" (jak to roboczo nazywam jego przypadek) - jest ona przedstawiona jako kobieta w średnim wieku, ale również emanuje seksualnością, rzuca żartami z podtekstem erotycznym, które w przypadku serialu familijnego są nie na miejscu i są dość niesmaczne. Odniesień do seksualności (niepotrzebnych zresztą) Moffat ma dość sporo, dlatego dziwię się, że BBC nic jeszcze mu na ten temat nie powiedziało.
Podsumowując ten przypadek - jest to znak, że zmiany nie zawsze oznaczają coś dobrego. Bo na ironię, Davies, który jest gejem, potrafił stworzyć lepsze kreacje ról kobiecych (a niby mówią, że geje nienawidzą kobiet i źle je przedstawiają), niż Moffat, który jest mężem z długoletnim stażem. Doktor ma na szczęście nową towarzyszkę, którą polubiłam, ponieważ trochę wyłamuje się ze schematu, a przynajmniej jej wady dla mnie nie są nie do zniesienia. Jak będzie dalej - wszystko się okaże.

Przypadek #2: Stereotypowe myślenie fanów.
Przypadek drugi opieram bardziej na opiniach fanów, niż na samym wizerunku postaci. Powód jest prosty: nie znamy jeszcze tej postaci. Widzieliśmy z nią raptem kilka scenek i trailer, ale odkąd zostało ogłoszone, że taka postać pojawi się w filmie, już zaczęła budzić kontrowersje. O kim mowa? O Tauriel z drugiej i trzeciej części "Hobbita".
Elfka Tauriel, o którą jest tyle zamieszania (źródło: ew.com)
Nie chcę jednak się zagłębiać w to, co "może być w tej postaci nie tak". Polecam za to przeczytanie tego wpisu. Fascynuje mnie jednak o wiele bardziej samo podejście fanów. Jest bowiem spora grupa osób, która z góry jest nastawiona na "nie". Główny argument to: "Postać nie pojawia się w książce". Mam jednak wrażenie, że fani tym samym przedstawiają ukryty, może nie do końca świadomy, ale jednak, seksizm. Dlaczego? Bo argument byłby do przyjęcia, gdyby nie to, że w filmie pojawiły także postacie męskie, których również nie było w książce, a tylko nieliczni narzekają na ich obecność. Sama Evangeline Lilly, która ma grać elfkę, była sceptycznie nastawiona do pomysłu, idealnie jednak wyjaśnia rolę jej postaci w tym filmie, który jest nagraniem z tegorocznego Comic Conu (wypowiedź na ten temat zaczyna się około 26 minuty i 40 sekundy):

Pomijając jednak kwestie pt. czy postać jest potrzebna, czy też nie, zastanawia mnie bardzo stereotypowe myślenie fanów, którzy uważają, że postać kobieca "wszystko psuje". Co ciekawe, takie zdanie często wyrażają same kobiety. Moim zdaniem powodów, dla których nie lubi się z góry takich postaci, jak Tauriel, jest kilka:
  • zakładanie, że postać kobieca, która ma być silna (Tauriel jest kapitanem straży), nie może równocześnie podlegać słabościom, takim jak miłość (aktorzy sugerowali, że będzie wątek romansowy i to z jednym z głównych bohaterów). Stereotypowe założenie, że kobieta niezależna nie potrzebuje lub nie ma prawa nawet chcieć się zakochać. Pomijając już kwestie, że wątek romansowy wcale nie musi być wątkiem przecukrzonym i szczęśliwym. 
  • traktowanie książki jako świętość, swojego rodzaju Biblię, więc każda zmiana jest zamachem na ową świętość. Jak wspomniałam w innym poście, niestety film, a książka to dwa różne media. Również czasy się zmieniają i film trzeba dostosować do współczesnego widza, który niekoniecznie zna oryginał.
  • zwyczajna zazdrość o to, że postać kobieca "zabierze mi" męskiego bohatera. To najczęściej widzę w przypadku młodszych fanek, które wzdychają do jednego z głównych bohaterów, więc tym samym w postaci kobiecej widzą zagrożenie. 
Innym zarzutem, który często pada, jest to, że Tauriel jest zbyt idealną bohaterką, niewiarygodną, tzw. Mary Sue. Jest to jednak kwestia sporna, bowiem pozwolę sobie zacytować pewną wypowiedź, którą kiedyś znalazłam na tumblrze:
If a character is a bad ass woman who doesn’t need a man - Mary Sue. If she is a bad ass woman who does fall for a man - Mary Sue. If she is a pretty princess/damsel in distress - Mary Sue. If she is just an ordinary girl who gets the guy - Mary Sue. WHO THE HELL ISN’T A MARY SUE???
I sprawa jest też o tyle śmieszna, że w zasadzie o postaci nic nie wiemy, komentować i oceniać będziemy mogli dopiero w grudniu, po premierze drugiej części "Hobbita".

Przypadek #3: Bierność postaci kobiecych. 
Ostatnio przyznaję, że wróciłam do oglądania anime, choć też nie bezkrytycznie. Być może jest to kwestia odmienności kulturowej, jednak rzadko które anime wyłamuje się ze schematu, często również nie potrafię zrozumieć postaci kobiecych, które najczęściej zachowują się biernie. Być może jest to uwarunkowane kulturą Japonii, gdzie kobieta cicha, słodka, niewinna, bierna jest w pewnym sensie ideałem (często kobiety w Japonii także po wyjściu za mąż rezygnują z pracy zawodowej i poświęcają się tylko i wyłącznie rodzinie, jednakże gdy pensja męża jest wysoka, mogą sobie na to pozwolić). Widać to często po rankingach postaci do przeróżnych mang, gdzie bardzo często introwertyczna i cicha dziewczyna znajduje się wyżej w rankingu niż głośna, aktywna bohaterka. Jednakże co za dużo, to niezdrowo, o czym miałam okazję się przekonać, oglądając "School Days".
Główne bohaterki "School Days" - Sekai i Kotonoha (źródło: blogspot.com)
Jest to bardzo kontrowersyjne anime z 2007 roku, oparte na podstawie gry erotycznej. Kontrowersyjne jest głównie zakończenie, które, nie mówiąc zbyt wiele, nie jest dobre. Jeśli anime miało być chwytem marketingowym, na zasadzie "kup grę i stwórz sobie własne, szczęśliwe zakończenie", to się udało. Mimo wszystko nie można mówić o tym, że jest to anime idealne. Jest w nim pełno niedociągnięć, nielogicznych zachowań bohaterów.
O czym jednak jest to anime? Wydawałoby się, że zaczyna się dość niewinnie, jak szkolny romans - chłopak o imieniu Makoto interesuje się dziewczyną o imieniu Kotonoha, lecz nie ma odwagi, by do niej się odezwać. Wobec tego w roli swatki występuje jego przyjaciółka z klasy, Sekai (skrycie w nim zakochana). Działania Sekai przynoszą skutek, bo Makoto zaczyna umawiać się z Kotonohą. I tu mógłby być koniec, ale sprawy zaczynają się komplikować, gdy Makoto stwierdza, że taki związek z niewinną dziewczyną jest dość nudny i chciałby czegoś więcej, a Sekai zgadza się, by mu to zaoferować...
I szczerze mówiąc, mogłoby być to ciekawe anime, z trudnym wątkiem psychologicznym, jak radzenie sobie z nieodwzajemnionymi uczuciami, czy z wątkiem zdrady, co jest dość dojrzałym wątkiem, niezbyt często spotykanym w anime, w szczególności w tym przeznaczonym dla nastolatków. Jednakże zakończenie jest swoistym krachem fabularnym, ponieważ nikt do końca nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Jedni zakończenie chwalą, inni uważają, że jest niesmaczne i beznadziejne. Polecam obejrzeć, to anime ma tylko 12 odcinków, a dla zakończenia i wyrobienia sobie opinii - moim zdaniem warto.
Jednakże chciałam mówić o bohaterkach kobiecych. Niestety, one nie radzą sobie w żaden sposób z tym, jak traktuje ich mężczyzna, którego obie kochają - są bierne, Makoto staje się dla nich całym ich światem, zgadzają się na wszystko, co im proponuje, mówi. Do Kotonohy nie dociera fakt, że chłopak, którego darzyła szczerym uczuciem, już jej nie kocha. Z jednej strony można to łatwo wyjaśnić tym, że mamy tutaj do czynienia z nastolatkami (bohaterowie mają około 15-16 lat), a wiadomo, że w tym czasie zazwyczaj dziewczyna zaczyna myśleć poważniej o miłości, związkach, a dla chłopaka ważniejsza jest zabawa bez zobowiązań. Jednak drażni to, że bohaterki nie potrafią walczyć o swoje lub pogodzić się z tym, co je spotkało, tak jakby nie miały w ogóle szacunku dla siebie. Być może patrzę jednak na nie z perspektywy Europejki, która raczej nie uważa, że utrata kochanego mężczyzny to koniec świata. Mimo wszystko parę szczegółów można by było dopracować, choć z drugiej strony, czego się spodziewać po anime opartym na grze erotycznej skierowanej do mężczyzn?

Przypadek #4: Bohaterki niemal idealne.
I na koniec wisienka na torcie - również anime, jednak pozytywny przykład. Jest nim "Fullmetal Alchemist: Brotherhood", oparte na mandze pt. "Fullmetal Alchemist".
Jest to przypadek o tyle ciekawy, że targetem są tutaj również młodzi chłopcy. W skrócie anime opowiada o dwóch braciach: Edwardzie i Alphonse Elric, którzy żyją w alternatywnym świecie, gdzie zamiast techniki rozwinęła się alchemia, oparta na zasadzie równoważnej wymiany. Chłopcom umiera matka, więc postanawiają złamać prawo alchemii i przywołać matkę do życia. Próba nie udaje się, w związku z czym Alphonse poświęca swoje ciało (a jego dusza znajduje się od tej pory w zbroi), a Edward poświęca nogę i rękę. Chłopcy próbują odnaleźć sposób na odzyskanie ich ciał.
Bohaterki mangi i anime "Fullmetal Alchemist" w wizji fanowskiej (źródło: tumblr.com)
I choć tutaj bohaterki kobiece są postaciami drugo-, trzecioplanowymi, czy nawet epizodycznymi, trzeba pochwalić autorkę, że potrafiła stworzyć niepowtarzalne postacie kobiece, a każda z nich ma inną rolę. Żadna z nich nie jest zapychaczem, każda jest potrzebna na swój sposób. Każda z nich wygląda również inaczej, a nawet gdy kobieta ma krótkie włosy (co widzimy w przypadku kilku bohaterek), nie ujmuje jej to kobiecości. Nawet konkretna rola żołnierza nie sprawia, że postać kobieca jest tym samym stereotypowym "babochłopem". Mamy więc matkę, nauczycielkę, żonę, przyjaciółkę, kobiety w typowo męskich zawodach (mechanik, żołnierz), kobietę, która dąży do władzy, wojowniczki, kobiety sprytne, pracujące, czułe. Każda z nich jest niepowtarzalna na swój sposób i ma odrębny charakter, a także rolę. Mają swoje wady, ale przy tym pokazują, że nie są wcale gorsze od mężczyzn. I jest to przykład na to, że można, że jest to możliwe, by stworzyć postacie kobiece, które nie są jak Bella ze "Zmierzchu" (Doug Walker niedawno określił ją jako "czystą kartkę", co dokładniej miał na myśli, możecie się przekonać, oglądając ten filmik). Dlatego polecam bardzo anime "Fullmetal Alchemist", bo pomijając postacie kobiece, to mamy również masę innych, ciekawych wątków.

I na tym kończę swój wywód, jest to chyba najdłuższy wpis, jaki stworzyłam. Podsumowując: bardzo trudno jest stworzyć postać kobiecą. Ciężko jest wyplenić stereotypy z reklam, jednak niestety często twórcy seriali, książek, filmów przenoszą je do swoich dzieł, przez co sami odbiorcy zaczynają się kierować stereotypami. Jest to ciężka praca, ale jednak okazuje się, że można, że można stworzyć postać kobiecą, która tym samym dorównuje mężczyźnie pod każdym kątem, ale jednocześnie zachowuje swoją kobiecość, nie wyrzeka się jej. A różnorodność jest w tym przypadku też najważniejsza - czyli jest wiele ról, które może spełniać kobieta i jak się okazuje, może sprostać niemalże każdej z nich. Pod względem urody jest już różnie, ale to chyba temat na trochę inny wpis.

A w następnym wpisie postaram się opowiedzieć o tym, gdzie można pracować po socjologii i kierunkach jej pokrewnych - bo wbrew stereotypowi, pracę można znaleźć.