Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 września 2013

Ach, ten nieszczęsny gender...

Ech, miało być o mitach, prawda? To po części będzie. Znaczy do tego wpisu skłoniła mnie wszechobecna panika w Internecie na temat programu "Równościowe Przedszkole" (program do ściągnięcia tutaj). Ale bardziej chodzi o to, jak z tą informacją postąpiły przede wszystkim media prawicowe. I naprawdę, smutno mi patrzeć na to, jak wielu ludzi się złapało na taką informację:

Scenariusz zajęć zakłada, że chłopcy będą odgrywać rolę dziewczynek, a dziewczynki chłopców. Autorki zalecają nauczycielom przedszkoli, by chłopców podczas zajęć przebierać w spódniczki, pantofelki, blond peruki z różowymi wstążeczkami, namawiać do zabawy lalkami oraz do czesania sobie loków, zaplatania warkoczy. Oczywiście nie należy zapominać,że powinni malować sobie usta czy paznokcie i parzyć kawkę po uprzednim upieczeniu ciastek.
(źródło: wsumie.pl)

A tak mało zadało sobie trud samodzielnego poszukania źródła i... Może nawet nie tyle informacji, co dokładnym przeczytaniu tego. A co mamy w oryginalnym źródle? Nic takiego. Jedyne to, co odpowiada tej "plotce" (bo w życiu nie nazwę tego rzetelnym artykułem prasowym), to jest ten scenariusz:

Wybaczcie, że tak marnie sklejone, ale tabelka była rozwalona na dwie strony. Źródło: program "Równościowe przedszkole", link wyżej.
I zadaję takie pytanie: no i? Naprawdę to coś złego? Zwłaszcza, że nie chodzi o przebieranki w stylu crossdressing, nie chodzi o stroje współczesne, tylko o historyczne i kulturowe. Chciałam zauważyć, że na przestrzeni wieków bardzo to się zmieniało. Jeden z faktów, który (mam nadzieję, że jeszcze w szkole tego uczą) był dla mnie ciekawy, to był fakt o starożytnych Rzymianach. Otóż starożytni Rzymianie uważali, że prawdziwy mężczyzna powinien nosić togę albo tunikę. Nie do pomyślenia były dla niego spodnie, które to nosili barbarzyńcy. Podejrzewam, że złapaliby się mocno za głowę, widząc "upadek obyczajów", skoro noszenie spodni przez mężczyzn jest (w dalszym ciągu, wbrew tej prawicowej histerii) czymś powszechnym. Mało tego, kobiety też noszą spodnie! Mnisi buddyjscy noszą też szaty, które raczej spodniami nie są. A co z księżmi i sutannami? Zresztą, niepokoi mnie fakt, że w argumentach internetowych komentatorów pojawia się ciągle argument, że chłopiec przebrany w sukienkę i z pomalowanymi paznokciami na pewno będzie miał skrzywioną psychikę i będzie gejem (widać "wirus homoseksualizmu" ciągle tkwi w głowach niektórych), a o dziewczynkach, które bawią się samochodzikami, to ani słowa. Jak ja kocham podwójne standardy, w jakich żyjemy... W każdym razie - mój wniosek jest taki, że... Uwaga, może dla kogoś to będzie coś odkrywczego, ale... Tradycja nie jest czymś niezmiennym. Społeczeństwo ciągle się zmienia i fakt, że pewne zmiany są stymulowane przez określone grupy, czy to lobbujące, czy to ogólnie polityczne, nie zmienia tego, że nie cofniemy się do czegoś, co było kiedyś. Nie zatrzymamy tego, jeśli społeczeństwo wyrazi na coś zgodę. 

Miałam o gender mówić. Skrótowo jednak tego się nie da omówić, bo jest to cała teoria. Ano właśnie.

Mit: "Ideologia gender ma na celu promocję/zachętę do homoseksualizmu..."
Fałsz. Po pierwsze, nie jest to żadna ideologia, a jedynie teoria naukowa. Choć moim zdaniem teoria, to za duże słowo. Bardziej bym rzekła - teza. Teza mówiąca w najbardziej skrajnym wydaniu o tym, że "nie rodzimy się ani mężczyznami, ani kobietami, tylko się nimi stajemy". Choć z góry zastrzegam: daleka jestem od konstruktywizmu, który właśnie mówi o tym w ten sposób. Nie ma jednoznacznych dowodów na to. A dlaczego? Ano dlatego, że próbowano tak robić w kibucach i eksperymentowano w ten sposób, że nie przydzielono chłopcom i dziewczynkom żadnych konkretnych zabaw ani zabawek. Po pewnym czasie i tak okazywało się, że większość dziewczynek woli zabawy, które są spokojniejsze, oparte na wyobraźni (jak na przykład zabawa w dom), a chłopcy bardziej agresywne, wymagające ruchu. Więc moim zdaniem to nie jest tak, że biologia nie ma żadnego wpływu. Owszem, ma, podobnie jak i hormony, które mają wpływ na naszą psychikę. Ale jednak społeczeństwo niewątpliwie też ma wpływ na nasze oczekiwania względem mężczyzn, albo względem kobiet. Od małego nas uczą, że "dziewczynka powinna siedzieć cicho, być grzeczna", a chłopcu pozwala się na więcej. W żadnym wypadku nie prowadzi do homoseksualizmu. Często czytam wypowiedzi pewnych aktorów, którzy są gejami. W ich dzieciństwie często nie brakowało niczego, nie mieli jakichś "złych wzorców", bawili się w typowo "męskie" zabawy, a jednak i tak wyszło, że nie mają pociągu do kobiet. Bo przede wszystkim jest to mylenie tożsamości płciowej z orientacją seksualną. A to są zupełnie dwie różne rzeczy, niestety. A skąd ta cała ideologia? Nie wiem, ale chętnie poznam etymologię tego, skąd prawicowcom wzięło się to słowo, że teorię przekształcili w "ideologię". Czy według nich to jest zamienne? Nie wydaje mi się. To tak, jakby powiedzieć, że jest "ideologia konfliktu" zamiast "teorii konfliktu". W każdym razie ten stek bzdur można włożyć między bajki. Gender jest nauką o tym, jak społeczeństwo wpływa na postrzeganie naszych ról płciowych i tyle. 

Owszem, głównie feministki próbują walczyć ze stereotypami. Ale czy to źle? Naprawdę, warto sobie zadać pytanie (ja nie oceniam tego, jak ktoś uważa): czy chcielibyście, żeby wasze córki w przyszłości były uczone, że mają po sobie sprzątać, a synowie mają wolne i mogą robić co chcą? Niestety, konsekwencje takiego wychowania potrafią być opłakane, zwłaszcza w przypadku rodzin, które nie mają córek - później nie raz czytam czy słyszę o przypadkach, gdzie matka zostaje na starość sama, bo synowie mają ją, kolokwialnie mówiąc, gdzieś. A czy ktoś ich nauczył tego, że nic im się nie stanie, gdy umyją raz, czy dwa naczynia? Czytelniku, odpowiedz sobie szczerze na to pytanie, zgodnie z własnym sumieniem. Jeśli dalej uważasz, że jednak proponowane rozwiązania są złe, to nikt nie nakazuje posyłania dziecka do przedszkola. Albo można zawsze takie dziecko przenieść, przecież chyba takich placówek jest więcej w Polsce, niż 86, w których to wprowadzono ten program? Tak samo przypominam, że wbrew stereotypowi w Polsce dozwolone jest nauczanie dziecka w domu. 

Na koniec - filmik, który moim zdaniem świetnie i skrótowo obrazuje to, o co chodzi w tym całym "gender":


niedziela, 11 sierpnia 2013

Praca po socjologii i kierunkach humanistyczno-społecznych - fakty i mity

Na wstępie jednak mała sprawa techniczna. O ile jeden post na miesiąc jest moim zdaniem ok, ponieważ piszę dość obszerne posty, tak z góry mówię, że następnego postu nie będzie prawdopodobnie we wrześniu. Wrzesień planuję przeznaczyć na pisanie mojej pracy magisterskiej, to jest dokończenie kilku rzeczy, przepisanie wywiadów, itd. Dlatego do blogowania prawdopodobnie wrócę w październiku.

To tyle tytułem wstępu. Dziś chciałabym się jednak zająć kwestią, która jest kluczowa dla mnie niemalże od początku moich studiów. Od początku słyszałam tylko "Gdzie można po tym pracować". Często spotykam też takie oto żarty: 


I doszłam do wniosku, że pora rozprawić się z kilkoma mitami. Nie uważam jednak, że to być może kogoś zachęci do studiowania socjologii, lecz moim celem jest pokazanie, że pewne stereotypy nie są do końca zgodne z rzeczywistością.

Mit #1 - "Po socjologii nie ma pracy."
Znaczy jest to po części mit, a po części prawda. Dlaczego? Powiem tak - prawda jest pod tym względem, jeśli ktoś decyduje się na specjalizację bardzo ogólną lub bardzo wąską, niszową. Na szczęście jednak (choć nie jestem na 100% pewna), chyba już nie ma uczelni, która oferowałaby socjologię "czystą", bez żadnych konkretnych specjalizacji. Te specjalizacje mogą być różne. Moja uczelnia przynajmniej na poziomie licencjatu oferowała po pierwszym roku studiów dwie specjalizacje: socjologia rynku i pracy oraz socjologia małżeństwa i rodziny. Obydwie miały takie zalety, że łączyły one wiedzę z różnych dyscyplin - np. na specjalizacji "rodziny" niezbędna była wiedza pedagogiczna, czy psychologiczna. Ja natomiast skończyłam specjalizację rynku i pracy, gdzie miałam dużo przedmiotów powiązanych z zarządzaniem, ekonomią i marketingiem, stąd m.in. moje posty na temat reklamy, marketingu, itd. I nawet te dwie specjalizacje otwierają już szereg ciekawych możliwości. Ale zacznę raczej od najogólniejszych "propozycji" pracy, a skończę na tych bliższych mojej specjalizacji. 
  • Praca w administracji, urzędach, itd. Wbrew pozorom, nie każdy urząd jest taki, że przyjmuje tylko i wyłącznie prawników, ludzi po administracji, itd. Jest przynajmniej jeden urząd, w którym taka wiedza, choć jest zalecana, to właśnie o wiele lepsza jest wiedza socjologiczna, czy ekonomiczna. A najlepiej i jedno i drugie jest wskazane. Jaki to urząd? Mowa o urzędzie statystycznym. Każde województwo ma przynajmniej jeden oddział urzędu statystycznego (u mnie np. są bodajże również 3 filie). W trakcie studiów licencjackich miałam tam praktyki. I wbrew pozorom, to jest nie tylko papierkowa robota. Dowiedziałam się na wstępie, że dane demograficzne, np. ze spisu powszechnego trafiają do GUSu, który ma siedzibę w Warszawie (i jeśli ktoś jest z Warszawy, to muszę powiedzieć, że oni to dopiero tam mają mnóstwo propozycji praktyk i staży - i w pierwszej kolejności są preferowani studenci socjologii i ekonomii), a poszczególne urzędy statystyczne w danym województwie mają swoją "działkę". Urząd Statystyczny w Zielonej Górze zajmuje się prognozowaniem rozwoju gospodarczego. W skrócie polega to na tym, że wszystkie firmy w Polsce co jakiś czas (o ile dobrze pamiętam, to te mniejsze co 3 miesiące, a większe co miesiąc) wysyłają raporty, którymi zwykle zajmują się kadry. W takim raporcie firma pisze o tym, czy nastąpił rozwój, zastój, czy może regres firmy i jak firma będzie sobie radzić w ciągu trzech najbliższych miesięcy (taka samodzielna prognoza). To wszystko trafia do Zielonej Góry. Stąd potem w telewizji komunikaty, typu "GUS ogłosił, że w tym i w tym kwartale nastąpił rozwój gospodarczy o tyle i tyle procent..." Oczywiście w Urzędzie Statystycznym są inne działy, różne stanowiska, np. można zostać ankieterem. Jedna ankieta polega na badaniu ekonomicznym gospodarstw domowych (czyli rodzina mówi o tym, jak im się powodzi), w innej natomiast należy spisywać ceny w sklepie, po to również, aby GUS mógł też ogłosić podwyżkę lub obniżkę cen w stosunku do poprzedniego miesiąca. Są badania rolnictwa. Są poszczególne analizy statystyczne. Wydawanie biuletynów, które są dostępne za darmo. Wydawanie REGONu dla nowych przedsiębiorstw (swoją drogą, choć nie byłam w tym dziale, to słyszałam, że pod tym względem jest to najmilszy urząd w Polsce, ponieważ pracownicy potrafią nawet dzwonić, by się upewnić, czy petent sobie poradził ze wszystkim). Mnóstwo rzeczy generalnie. I chyba jedynym dokumentem prawnym, jaki trzeba znać, jest ustawa o służbie cywilnej. Zresztą, moim zdaniem, wiedza administracyjna jest do nadrobienia w niemal każdym urzędzie, a akurat absolwent kierunku społecznego może mieć coś, co jest bardzo przydatne - umiejętność komunikowania się (w końcu do urzędów przychodzą różni ludzie), łagodzenia konfliktów, czy zwyczajne zrozumienie danego człowieka. Choć nie mówię, że koniecznie tak musi być. 
  • Praca w różnych domach opieki, MOPS, pomoc społeczna ogólnie. Od razu jednak przyznam, że od kilku lat istnieje odrębny kierunek studiów, który bardziej przygotowuje do pracy w takim zawodzie, niż socjologia, a jest nim praca społeczna. Ale właściwie ktoś, kto kończył socjologię (tak jak u mnie) małżeństwa i rodziny, teoretycznie powinien być przygotowany do tego zawodu, do pracy z osobami starszymi, czy trudną młodzieżą. Z góry jednak mówię - praca dla wytrwałych. Wiem to z doświadczeń innych i rozmów ze znajomymi. W ośrodkach pomocy społecznej po studiach nie oferują złej stawki na początek (a przynajmniej tak było jeszcze z 2 lata temu), jednakże kryje się tu haczyk. Jest to praca, w której łatwo grozi wypalenie, stres, choroby zawodowe. Nie jest to praca dla osób szczególnie wrażliwych, gdyż trzeba odwiedzać takie miejsca, o których czyta się w tabloidach, czyli miejsca, gdzie jest brudno, gdzie ludzie są zaniedbani, chorzy, uzależnieni. Nie są to przyjemne widoki. A i są sytuacje, gdzie człowiek uzależniony od alkoholu potrafi przyjść i grozić, ponieważ on chce zasiłek. I niestety, moim zdaniem nawet wysoka stawka nie rekompensowałaby mi stresu, jaki miałabym przeżyć w tej pracy. Dlatego tak wiele osób stamtąd odchodzi. Ja jednak jestem zbyt wrażliwym człowiekiem, by czegoś takiego się podjąć.
  • Nauczyciel WOSu w szkole, animator. To jest akurat dość zaskakujące, bo powiem wprost: nie spotkałam się osobiście z przypadkiem, żeby ktoś po socjologii pracował w szkole. Studia podyplomowe z WOSu oferuje się dla nauczycieli historii, ale gdzieś czytałam w gazecie, jak ktoś z moich wykładowców mówił, że spotkał się z czymś takim, że któryś absolwent zaczął pracować w szkole. Jak mu się to udało, tego nie wiem, ale podejrzewam, że tym minimum to był kurs pedagogiczny i zdobycie uprawnień (zawód socjologa nie ma uprawnień pedagogicznych), a także jakiś kurs, albo studia podyplomowe, bo WOS jest niestety przedmiotem, gdzie mamy raczej więcej wiedzy na temat prawa, czy polityki, niż na temat samego społeczeństwa (jakie podręczniki bym nie przeglądała, to zawsze dział o społeczeństwie to tylko niewielka część całości, jeden dział może). Z animatorem sprawa jest podobna, ponieważ przynajmniej na mojej uczelni jest kierunek animacja kultury (który jest specjalizacją z pedagogiki) i prędzej absolwenci tego kierunku mają pierwszeństwo do wykonywania takiego zawodu. Nie mówię, że jest to niemożliwe jednak w przypadku absolwenta socjologii, który powiedzmy zrobił specjalizację z socjologii kultury i zdobył uprawnienia pedagogiczne. Jest to jednak dość trudne. 
  • Dziennikarz. Będę tu szczera. Jeszcze w klasie 3 liceum myślałam o tym, by zostać dziennikarką. Chciałam iść nawet na studia polonistyczne, albo dziennikarskie. Skąd więc wzięła mi się socjologia? A wynikało to z rozmowy z moim wychowawcą, który powiedział, że studia dziennikarskie nie przygotowują do tego zawodu, dają one tylko warsztat, który można samemu nadrobić, idąc nawet na kurs, czy studia podyplomowe. Problemem jest jednak to, że musisz mieć wiedzę, żeby pisać o czymś. I wychowawca dodał, że lepsze teksty są napisane przez specjalistów z konkretnych dziedzin, np. z fizyki, psychologii, chemii, biologii, językoznawstwa, czy właśnie socjologii, niż przez kogoś, kto skończył tylko dziennikarstwo (zresztą, bądźmy szczerzy, patrząc na dziennikarzy z tych dużych gazet, to spora część z nich właśnie nie wie, o czym pisze, nie potrafi zrobić researchu w danym temacie. Również nie mówię tu o wszystkich! Znam przynajmniej jedną osobę, która wie, o czym pisze i chwała jej za to, lecz szkoda, że jest to jedynie na szczeblu lokalnym). Ale wracając do mojej historii: przemyślałam tę sprawę i doszłam do wniosku, że mój wychowawca ma rację. Lepiej jest mieć wiedzę w jakiejś dziedzinie. Psychologii na mojej uczelni nie ma, ale była socjologia, a tematy społeczne zawsze mnie interesowały. I tak to już się kręci piąty rok... A marzenie o dziennikarstwie porzuciłam. To znaczy, nie wykluczam, że być może mogłabym napisać kilka tekstów do czasopism, ale nie chciałabym stałej współpracy. Wiem trochę, jak to bowiem wygląda od kuchni, bo mieszkałam przez rok właśnie z tą osobą, która jest dziennikarzem i codziennie ta osoba opowiadała mi, jak to wygląda. Stres niesamowity. Poza tym, niestety nie ma tak jak w serialach, czy w filmach, temat do artykułu musisz znaleźć sobie samemu. Ciężko jest znaleźć temat, który się nie powiela, niestety. Praca na stały etat? Tylko, jeśli umiesz się przebić. W redakcjach również panuje wyścig szczurów, niestety. 
  • Ankieter. Od razu jednak zaznaczę: nie znam przypadku, żeby praca ankietera była pracą stałą, za biurkiem, od 8 do 16, na etat, itd. Jest to bardziej praca dodatkowa, dorywcza, na umowę o dzieło najczęściej. Miałam jednak okazję popracować w ten sposób. Dostałam jedno zlecenie, gdzie pojechałam z koleżanką. Ankiety są najczęściej na zlecenie jakiejś firmy, bardzo rzadko zdarzają się one na tematy stricte społeczne (a o ankietowaniu w badaniu exit poll - czyli po wyjściu ludzi od urn po wyborach - można sobie pomarzyć, bo tym zajmuje się gigant na polskim rynku, czyli TNS Global, dawniej OBOP). Jednak jest na rynku trochę firm, które zajmują się badaniami marketingowymi, czy badaniami uczestnictwa w kulturze. Moje badanie polegało na przeprowadzeniu wywiadu z osobami z konkretnych miejscowości. Na kartce miałam, ile osób należy znaleźć, w jakim przedziale wiekowym i jakiej płci, a samo badanie było na temat tego, czy mieszkańcy wiosek zgadzają się na budowę kopalni w pobliżu ich miejscowości. Przy jednorazowym takim zleceniu (to akurat było dla firmy, która współpracuje z moją uczelnią) można trochę zarobić, jednak jest to męczące. Nie można zmusić nikogo do badania, więc pozyskanie osób było dość trudnym zadaniem momentami, zwłaszcza, jeśli miejscowość jest mała. Czytanie w kółko tych samych pytań również męczy, pod koniec dnia ma się dość. W dodatku nie można wprowadzić żadnych poprawek, ulepszeń, itd. Bo choć ja jako studentka socjologii, jak i koleżanka, widziałyśmy, że w tej ankiecie niektóre pytania są bez sensu, nietrafione, to nie mogłyśmy z tym nic zrobić. Mimo wszystko dobrze wspominam ten dzień. I dodam, że po przejściu szkoleń każdy może zostać takim ankieterem. A jeśli nie, to za chwilę napiszę o innej pracy, podobnej do ankietera, ale polegającej na trochę innej rzeczy.
  • Tajemniczy klient/Mystery shopper. Jest to praca również dorywcza, podobnie jak ankieter, ale ostatnio właśnie spróbowałam się w to bawić. Podoba mi się dogodny system rekrutacji - nie musisz mieszkać w wielkim mieście, by zostać tajemniczym klientem. Większość firm oferuje bowiem rejestrację i szkolenia przez internet, a kontaktują się z tobą drogą mailową lub telefoniczną. Ale na czym polega ta praca? Generalnie na sprawdzaniu jakości obsługi w odpowiednim lokalu, np. w supermarkecie. Dostajemy konkretny scenariusz zachowań (co musimy zrobić, o co zapytać, co sprawdzić, itd.). Czasami trzeba dokonać zakupu kontrolnego (ale przeważnie ta kwota jest zwracana przy rozliczeniu) i przesłać skan paragonu, a czasami wizyta jest bez zakupu, ale np. z nagraniem. Potem, w domu, przez internet wypełniamy ankietę na temat tego, jak było w danym sklepie/placówce. Szczerze, choć zarobki nie są wysokie, to praca taka ma swoje zalety. Umowa o dzieło nie związuje z jedną firmą, można pracować dla kilku (ja dostaję zlecenia od dwóch firm), można pracować o takich godzinach, jakie tobie odpowiadają, a i czasami jest to też dobra okazja do zakupu np. ubrań. Generalnie polecam taką pracę każdemu, kto ma czas na nią. Wiedza socjologiczna nie jest konieczna, ale mi się przydaje przy wypełnianiu ankiet. Są to jednak badania marketingowe (miałam o nich nawet wzmiankę na zajęciach). Dla jakich firm pracuję? Tu nie podam, ewentualnie mogę podać prywatnie, drogą mailową. Jeśli ktoś jednak chciałby się dowiedzieć, jakich firm szukać, jakich unikać, które nawiązują współpracę - polecam przejrzenie tego forum (a konkretnie chodzi o wątek "Katalog firm").
  • Reklama, dział promocji, PR, itd. Teoretycznie PR powinnam wrzucić oddzielnie, ale niech będzie. Po mojej specjalizacji jesteśmy przygotowani do tego, by tworzyć odpowiednie ulotki, reklamy, promować firmę, czy tworzyć jej PR (w skrócie PR to relacje z otoczeniem, które wbrew opinii nie polegają na kłamstwie, tylko właśnie na mówieniu prawdy). Wiem, że kilka osób z mojego roku znalazło pracę w takiej branży. Jest to moim zdaniem jednak praca dla ludzi kreatywnych, którzy umieją pracować w grupie i mają pomysły na promocję. A PR to jednak praca trudna, do której ciężko się dostać komuś, kto nie ma doświadczenia, niestety.
  • Dział HR, rekrutacji, kadry. Osobiście - praca moich marzeń. Nieźle płatna, polegająca na kontaktach z ludźmi, łagodzeniu konfliktów w firmie, zajmująca się rekrutacją nowych pracowników, praca polegająca na komunikacji między działem kierowniczym, a pracowniczym. I również jest tu potrzebna wiedza na temat ludzkiej psychiki, działaniu w grupach, konfliktów, umiejętność komunikacji, wczucia się w człowieka. Jednakże w przyszłości chciałabym mieć taką pracę i chciałabym szukać czegoś w tym kierunku. Lecz co będzie, to będzie.
Oczywiście zawsze pozostaje robienie doktoratu i praca na uczelni w charakterze wykładowcy, ale moim zdaniem to już zupełnie inna bajka, tylko dla wybranych. 

Mam nadzieję, że w kolejnym poście rozprawię się z kolejnymi mitami :)

niedziela, 10 lutego 2013

O sekciarstwie i pseudonauce

Z racji, że sesja przebiegła pomyślnie i bezboleśnie - czas na kolejną notkę. Obiecałam ją wcześniej, tak więc pora się za to wziąć.

Jedną z moich ulubionych teorii (a przynajmniej takich, które mnie przekonują) jest teoria postmodernistyczna, wskazująca na pewne braki ery Oświecenia, która po dzień dzisiejszy obowiązuje w nauce, a przynajmniej pewne zasady wywodzące się z niej (m.in. empiryzm, badamy tylko to, co widoczne i mierzalne). Postmodernizm skłania jednak do myślenia. Zadaje przede wszystkim podstawowe pytanie: czy zawsze możemy ufać nauce? Czy nauka doprowadzi nas do "zbawienia", sprawi, że staniemy się lepsi? I tu właśnie zaczynają się pierwsze wątpliwości. 
Doświadczenia II wojny światowej pokazują przecież kompletnie co innego (w ogóle to tragiczne wydarzenie wywróciło pewien sposób myślenia do góry nogami, ale też stało się motorem do szczegółowych badań m.in. w psychologii społecznej - o takich przykładowych eksperymentach opowiem innym razem). Przecież nauka w nazistowskich Niemczech, czy nawet w USA stała na bardzo wysokim poziomie. A mimo to wykorzystano ją w złych celach. A i skąd też w popkulturze archetyp "złego/szalonego naukowca", którego można spotkać w prawie każdej kreskówce i który często jest nawet wyśmiewany?

Czy wszystko jest mierzalne i policzalne? Hmm, to jak zmierzyć poziom miłości czy sympatii? Jak sprawdzić, czy ktoś jest prawdziwym przyjacielem, a ktoś inny nie? Jak dowieść, że danym człowiekiem rządzi nienawiść? Nie jesteśmy przecież maszynami, które działają zawsze tylko zgodnie z danym schematem. To jest też ogólny problem nauk społecznych - jak ująć to, co niewidoczne? Można próbować, ale moim zdaniem nie będzie obiektywnego sposobu na to - a przynajmniej nie za naszego życia. 

A mimo tego jest spora część ludzi, która wierzy bezgranicznie we wszystko, co ma do zaoferowania nauka - przy tym deklarując ateizm. Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że być może kogoś tym urażę, ale mam tezę, która głosi, że taki prawdziwy ateizm nie istnieje. Można odrzucić Boga chrześcijańskiego, Jahwe, Allaha, Buddę, duchy, kogokolwiek. Ale to nie jest jeszcze jednoznaczne z ateizmem. Łączę to przede wszystkim z podstawową potrzebą człowieka - potrzebą bezpieczeństwa. Potrzebą tego, że być może jest coś po śmierci, albo potrzebą tego, że jest ktoś/coś mądrzejszy/mądrzejszego ode mnie, jakiś autorytet, którego warto słuchać, za którym warto podążać. Może to być jakaś osoba, instytucja, grupa, cokolwiek, a może to być też nauka. W każdym razie nazywam to "bożkiem". Jeśli nie wierzy się w konkretnego, takiego "mainstreamowego" Boga, to zawsze (może często nawet nieświadomie) znajdujemy coś, co nam to zastępuje. Taką bezgraniczną wiarę w rolę nauki nazywam sekciarstwem. Łączy się z nim właśnie po części pseudonauka

Podstawową cechą nauki jest to, że musi się rozwijać. Trzeba powątpiewać, szukać czegoś nowego, nierzadko odrzucać to, co obowiązywało do tej pory (przykładem niech będzie to, że jeszcze do niedawna w podręcznikach było napisane, że Pluton jest planetą, dzisiaj mówią o tym, że tak nie jest). Jeżeli więc ktoś bezgranicznie słucha się "mistrza", czy stosuje metody, które były stosowane 100 lat temu i ani myśli o tym, żeby spróbować coś innego, to czy można powiedzieć, że to jest nauka?

W naukach społecznych dodatkowo dochodzi problem łatwej manipulacji informacją, zwłaszcza ma to miejsce w raportach badawczych - i potem śmiać mi się chce, kiedy widzę przeróżne interpretacje wyników badań lub pseudo-badań, zwłaszcza w komentarzach internautów. Mogę tutaj na koniec zawrzeć parę wskazówek, które pomogą odróżnić pseudo-badanie, pseudo-raport od prawdziwego raportu. Oczywiście nie wszystko musi się zgadzać, wskazywać jednoznacznie, że to na pewno jest pseudo-badanie, ale mogą być przesłanki, że trzeba się odnieść krytycznie.


  • czy badanie zostało zrobione na zlecenie. Nie mówię tu o zleceniach firm, bo badania marketingowe to inna działka, ale np. badanie, które zostało zrobione dla partii politycznej. Z natury nauka powinna być neutralna. Jeśli robi się badanie "pod kogoś", można je wyrzucić od razu do kosza.
  • czy jest zawarta metodologia, próba, itp. Nie mówię tu o krótkich raportach CBOSu, bo te publiczne są bezpłatne i są zazwyczaj tylko streszczeniem całości. Ale jeśli raport mówi "wykonany na próbie reprezentatywnej" (a dzisiaj miałam okazję na taki trafić) i nic więcej, ani słowa o tym, jaka to próba, jak dobrana, jak wykonano badanie, jakiej techniki użyto - również można wywalić to do kosza i nawet się nie przejmować czymś takim. A jeśli w ogóle próba jest źle dobrana i pominięto to w opisie - to tym bardziej.
  • należy uważać na interpretacje słowne i komentarze. Często ma to w miejsce w gazetach. Przykładowo: używanie słówek "aż" albo "tylko", które już sugerują czytelnikowi, że coś jest złe, albo dobre. Np. "Tylko 30% Polaków czyta regularnie książki". I dalej rozwinięcie, że jak to źle, itd. Ok, ale... co z 70%? I tu należy się zastanowić, czy coś jest dobrze napisane. Choć może to być już wina dziennikarza, a niekoniecznie badacza - można przecież zawsze odwrócić kota ogonem ;)


Może następna notka będzie jakoś bardziej "na czasie"? Hmmm...