Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antropologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antropologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 czerwca 2014

Problem reprezentacji rasowej w mediach oraz "culture appropration" - z czym to się je?

Jest to post, do którego od dawna się przymierzałam. Wprawdzie druga część doszła potem, ale też sporo myślałam na ten temat i sądzę, że mogę wtrącić swoje trzy grosze. Nie powiem, tekst mało zabawny, jak na Dzień Dziecka (przy okazji, wszystkiego najlepszego dla małych i dużych dzieci), ale jednak mam poczucie, że jest to potrzebne. A że teraz jestem już na finiszu swoich studiów, to mam troszkę więcej czasu, by pisać.

Zacznę od tego, że chyba kiedyś wspominałam o tym, że reprezentacja w mediach jest ważna. Nie chcę się rozwodzić nad tym, dlaczego, ale krótko powiem, że przede wszystkim ważny jest tu mechanizm samoidentyfikacji, czyli widząc kobietę w naszym ulubionym serialu, kobiety mogą bardziej się z nią utożsamiać, mieć za wzór, itd. Podobnie istotna jest identyfikacja rasowa, jednakże na tumblrze widzę, że robi się z tym powoli mała paranoja. Powodów może być kilka. Zacznijmy od pewnej opinii:

Can we please stop acting like America is 50% black and 50% white.
I’m sick of things being accused of being racist because they have no or few black people.
Black people make up roughly 12% of America.
Fiction can only be as realistic as well… reality.
And news flash people, real life can only be as realistic as real life.
If there’s a fashion show with 100 models and only 10 are black? Guess what, that’s proportional.
If there’s a TV show with 10 main characters and only 1 is black, guess what? Not racist!
Just realistic.
This goes for any racial minority.

Przykro mi, wielcy obrońcy sprawiedliwości, ale ten post jest prawdziwy. Według statystyk czarnoskórzy w Ameryce to raptem 12% całej ludności - oczywiście jest to zależne od regionu, w jednych stanach jest ich mniej, w innych więcej. Szczerze, jak pierwszy raz czytałam te statystyki, to sama byłam lekko zdziwiona, bo w filmach czy w kreskówkach amerykańskich to dość często widywałam osoby czarnoskóre. Czyli tak zagrywka pół na pół jest po prostu przekłamaniem, chyba, że nie wiem, akcja filmu czy serialu toczy się w miejscu, gdzie faktycznie mamy dość dużą różnorodność rasową. Wiąże się z tym jeszcze jedna ciekawa rzecz - otóż często ci "social justice warriors" uważają Meksykan za "people of colour", czyli po naszemu "nie-białych". Ale jeszcze ciekawsza rzecz - Hiszpanie z Europy są już uważani za białych! O co tu chodzi? Szczerze, sama nie rozumiem tego podziału, bo zdaję sobie sprawę, że Meksykanie po części są potomkami Indian, ale czy wszyscy? To lekka przesada moim zdaniem, a podział nie ma sensu. W ogóle termin "people of colour" jest dla mnie momentami przesadzony, bo raz czytałam, że ktoś uznał Polaków za takowych, a to z racji tego, że nasze społeczeństwo jest uboższe, niż np. społeczeństwo niemieckie. Nie wiem, gdzie tu logika, ale okay. Propos Polaków, raz było zamieszanie, bo pewien polski fotograf zrobił sesję zdjęciową z ludźmi różnych ras w tradycyjnych strojach polskich, jak np. tu:

Źródło [x]

Zaraz zlecieli się oczywiście social justice warriors i powiedzieli, że taka sesja zdjęciowa jest obraźliwa dla Polaków. A nikomu do głowy nie przyszło, by zapytać o zdanie prawdziwych Polaków, czy dowiedzieć się, kim były te modelki. Może są Polkami? Przecież to możliwe.

Ale wracając do reprezentacji i absurdów, to zwróciłam na to uwagę przy filmie Disneya "Kraina Lodu" i rzekomego "wybielenia" głównej bohaterki, Elsy:

Źródło: tumblr.com

Według niedoinformowanych social justice warriors, bajka miała opowiadać o Lapończykach, którzy niby są również "people of colour". Powstaje tylko jeden problem - Lapończycy są w dużej mierze biali... A wybielenie głównej bohaterki jest również rzekome, bowiem "Kraina Lodu" jest luźno oparta na "Królowej Śniegu" Andersena, czyli duńskiej bajce. Więc to trochę, jakby się czepiać, że w Mulan występują sami Chińczycy/Azjaci. Akcja bajki ma miejsce w XIX wieku, w Norwegii. Czy w tamtych czasach było tam dużo ludności nie-białej? Nie sądzę. 

Problem istnieje, jest ważny, ale mam wrażenie, że niektórzy się ograniczają, myśląc, że cały świat to Stany Zjednoczone. Czy ma więc to np. sens w Polsce, gdzie Murzynów można spotkać praktycznie tylko w większych miastach? Swoją drogą, polecam ciekawy eksperyment, by zobaczyć, jak stacje telewizyjne się różnią pod względem swojej polityki. Polecam z ciekawości przejrzeć opisy odcinków "Trudnych spraw" (Polsat) i "Ukrytej prawdy" (TVN), by zobaczyć, o czym głównie są te odcinki. Można się szybko przekonać, że TVN dba więcej o poprawność polityczną - można znaleźć więcej odcinków z ludźmi różnych ras, obcych narodowości, czy o odmiennej orientacji seksualnej. Wiem, że te seriale ambitne nie są, ale w pewnym sensie coś tam odzwierciedlają. 

Po prostu wpychanie ludzi innej rasy niż biała do mediów nie zawsze ma sens. Bo można też łatwo popaść w tzw. "tokenizm", czyli wrzucamy byle kogo, byleby nie było zarzutów o seksizm/rasizm. To nie na tym polega. Po prostu moim zdaniem twórcy powinni robić dokładny research, zanim się zabiorą za czasem niepotrzebną poprawność polityczną.

Wiąże się z tym moim zdaniem nieco śmieszne zjawisko, zwane "culture appropration". Co to znaczy? Dosłownie tłumacząc: "zawłaszczanie kultury". Lecz przeglądając pewne posty, to nie jest takie oczywiste. I mam często wrażenie, że nie rozumiem, o co chodzi tym ludziom. Czy chodzi o wyśmiewanie danej kultury, coś jak "black face"?:

Owszem, to jest (było) rasistowskie. Ale nie obwiniajmy Shirley Temple, która wtedy była dzieckiem. Źródło: tumblr.com

Czy o to chodzi? I tak, i nie, jak się okazuje. Znalazłam nawet skrajny przypadek, gdy ktoś uznał, że nauka języka obcego jest zawłaszczaniem kultury i jej wyśmiewaniem. Ale moim zdaniem to już przekracza poziom absurdu. Tak samo nie rozumiem, jak np. dziecięca zabawa w kowbojów i Indian mogłaby być wyśmiewaniem kultury. Nie znam nikogo, kto po takiej zabawie byłby rasistą, a znam wielu ludzi, którzy zafascynowali się daną kulturą i czegoś się o niej nauczyli, stali się otwarci na nowe kultury, idee, nowe osoby. Więc...?

Okazuje się jednak, że culture appropration dotyczy tylko ludzi białych (winnych całemu złu tego świata, jak mniemam). Według wielkich obrońców sprawiedliwości nie możesz próbować kuchni meksykańskiej:

Źródło: tumblr.com

Nie możesz też nosić ubrań wzorowanych na danej kulturze (jak kimono), nie możesz także nosić biżuterii, makijażu typowego dla danej kultury (ostatnio widziałam posta, gdzie krytykowano to, że kobiety chore na raka, bez nadziei na przeżycie pomalowały sobie henną głowy, by cieszyć się ostatnimi chwilami życia. Dla tych ludzi to było zawłaszczanie kultury hinduskiej). Nie możesz też uprawiać danego sportu. Chyba też muszę przestać oglądać anime i czytać mangi. Bo wychodzi na to, że to rasistowskie.

Źródło: tumblr.com


Kiedyś w związku z tym wszystkim znalazłam dość ciekawego posta, który był dialogiem córki z ojcem na ten temat. Mniemam, że byli pochodzenia meksykańskiego i ojciec zwrócił uwagę na rzecz, która również przyszła mi do głowy - poza tym, że jest to po prostu idiotyczne, to jest to też bardzo szkodliwe. Ja osobiście mam niemiłe skojarzenia z nazizmem i totalitaryzmem ogólnie - niestety w historii mieliśmy już kogoś takiego, kto dbał o czystość kultury i wiemy, jak to się skończyło. Tu wprawdzie zdaniem social justice warriors czynią to w dobrej wierze, ale dobrymi chęciami jest piekło brukowane. No i jeszcze jedna sprawa: dlaczego próbuje się walczyć z czymś, z czym mamy do czynienia od zarania dziejów?

Mam tu głównie na myśli zjawisko dyfuzji kulturowej, czyli przenikania elementów kultury. Krótko mówiąc, działo się tak zawsze, gdy jedna kultura stykała się z drugą - każdy zapożyczał jakieś elementy, jeśli chodzi o język, ubiór, tradycje, itd. Jest to normalne, ponieważ człowiek jest zawsze mniej lub bardziej podatny na wpływy - jeśli przyjaźnisz się z kimś z obcego kraju, to oczywiste jest to, że chcesz zapoznać się z jego kulturą. I nie rozumiem, dlaczego to miało by być rasistowskie. Idąc tym tropem, kultura polska w ogóle nie powinna istnieć, bo składa się niemalże z samych zapożyczeń. 

Dzisiaj to się przejawia nieco inaczej w dobie globalizacji. To zjawisko nosi nazwę indygenizacji i kreolizacji kultur. Jest to po prostu zapożyczanie elementów z kultur dla nas egzotycznych. I nie ma w tym nic złego, to naturalna konsekwencja otwartości świata, a także powszechnych migracji. Ale myślę, że to ma swoje źródło gdzie indziej. A mianowicie w starym podejściu antropologów.

Stare podejście mówi o skrajnym relatywizmie kulturowym - to znaczy, że nie oceniamy kultury, nie ma kultur lepszych lub gorszych, ale też nie ingerujemy w żadną z nich. Problem w tym, że podejście było do pewnego momentu słuszne, bo prędzej czy później pojawiają się problemy natury etycznej, takie jak - czy możemy się wtrącić, gdy podczas wykonywania jakiegoś tradycyjnego rytuału dzieje się krzywda i ta osoba oczekuje pomocy? Trzeba być chyba strasznie nieczułym, by nie reagować. No i oczywiście pamiętajmy o jednej rzeczy - jeśli dane plemię zobaczy białego człowieka, to ta kultura i tak już jest skażona. Zresztą, nawet plemiona, które żyją "tradycyjnie" korzystają z dobrodziejstw kultury zachodniej lub... Śmieją się z antropologów. 

Źródło: tumblr.com

Klasycznym przykładem jest Margaret Mead, która robiła badania antropologiczne, które doprowadziły do rewolucji seksualnej w latach 60. XX wieku. Według relacji dziewcząt z Samoa ludzie tam prowadzili dość rozwiązłe życie. Dopiero po latach wyszło na jaw, że te dziewczynki zrobiły sobie z niej jaja, kolokwialnie mówiąc. Same przyznały, że to wszystko zmyśliły lub podkoloryzowały, tylko po to, aby to brzmiało ciekawie. A ona się nabrała. I oczywiście też zdaję sobie sprawę z tego, że być może ludzie aż takimi radykałami nie są, żeby uważać, że nauka języka obcego jest przejawem rasizmu, ale... No w każdym razie niepokoi mnie to. Bo od słów do czynów, jak na ironię takie zachowanie (oddzielanie kultur) może się okazać bardziej rasistowskie, niż się wydaje. 

PS. Rozumiem, że magisterkę chcecie poczytać, kiedy już się obronię? 

piątek, 9 maja 2014

Kultura ludowa, taniec, folklor, śpiew... Czyli o tym, dlaczego "My Słowianie" to dobry wybór na Eurowizję.

Na początek muszę powiedzieć, że sama muszę uderzyć się w piersi i poddać się takiej dość bezlitosnej samokrytyce. Dlaczego? Ponieważ można mnie nazwać głupią, ale wpadłam w idiotyczną pułapkę szukania problemów tam, gdzie ich nie ma. Konkretnie chodzi mi o to, że moja pierwsza reakcja na teledysk Donatana to było "Boże, ale to seksistowskie". I długo nie mogłam załapać, o co chodzi w tych pierwszych słowach, przed samym teledyskiem, że jest to ironia, itd. Po prostu tej ironii nie widziałam, aż do wczorajszego występu na Eurowizji. Obejrzałam jeszcze kilka razy teledysk i... Olśniło mnie. Także wiele pomogły posty z tumblra. Choć jeszcze do tego wrócę, bo najpierw chcę się zająć pierwszym aspektem, czyli "kulturą ludową".

Jak już wspomniałam, sam Donatan mówił o tym, że jego teledysk jest ironiczny i jest parodią. I długo nie mogłam pojąć, czego jest właściwie parodią. Aż zobaczyłam reakcje, które mnie uderzyły i przyprawiły o taki... Ironiczny uśmieszek. Było trochę głosów w stylu, że jest to "obraza kultury ludowej". I w tej chwili zapytam: ludzie, jakiej kultury? Jakiej ludowej? Może to będzie dla kogoś szokiem, ale kultura ludowa w Polsce nie istnieje. Nie istnieje konkretnie od 1945 roku. Zanim jednak ktoś powie, że możemy za to dziękować komunistom, powiem "Stop". To nie jest tak. Bardziej niż komunizm były ważniejsze inne czynniki, ba, władze komunistyczne w kraju dbały o tę tradycję. Ale od czego to się wszystko zaczęło? 

Po pierwsze, niestety ważnym czynnikiem była II wojna światowa i migracje. Wystarczy sobie porównać nasz kraj do (najlepiej) Wielkiej Brytanii. Chodzi mi o aspekt językowy. Przez to, że Wielka Brytania zachowała swoje terytorium, nie było aż tak dużo zmian, to gwary zostały zachowane. Akcenty do tej pory się różnią. Londyńczyk będzie mówił inaczej niż Szkot, Szkot inaczej niż ktoś z Irlandii, itd. W Polsce tego nie ma. Przez to, że ludzie się zmieszali, zanikły też gwary. Szczególnie widoczne jest to w moim regionie. Powód jest prostszy, niż się wydaje. Na Zachód pojechali ludzie z różnych regionów Polski, więc trzeba było się jakoś dogadywać. Zostawała więc polszczyzna literacka, której przedstawiciele młodszego pokolenia uczyli się w szkołach. Przykładem niech będzie nawet moja babcia, pochodząca z terenów dzisiejszej Ukrainy. Twierdzi ona, że polskiego nauczyła się właściwie dopiero tutaj, w okolicach Zielonej Góry. Wcześniej zaś mówiła taką swoistą gwarą, pomieszanym językiem polskim i ukraińskim (dzięki temu Polacy i Ukraińcy się mogli dogadywać bez problemu). W sumie to do tej pory nie mówi czystym polskim, ma swoisty akcent, zupełnie inny, niż moi rodzice, a już tym bardziej inny, niż ja. Pomocna w utrwaleniu polszczyzny literackiej okazała się też masowa migracja ze wsi do miast, a także powszechna edukacja i nowe środki masowego przekazu, jak radio czy telewizja. Skutkiem było utrwalenie tego języka (nawet Ślązacy czy Górale mówią dzisiaj gwarą raczej tylko na pokaz, w końcu w szkole nauczany jest język polski), ale przy tym utrata kultury ludowej. Kultura ludowa poszła w odstawkę, jako coś zacofanego, niepostępowego, coś, co nie wypadało kultywować ludziom w miastach, czy ludziom wykształconym. No i w dodatku elementy poszczególnych kultur ludowych nie były zrozumiałe dla reszty mieszkańców nowych wsi i miasteczek, więc jak tu obchodzić święta, których najzwyczajniej nie znamy? Wspomniałam o migracji ze wsi do miast, ale też innym elementem było wpakowanie dawnych chłopów do blokowisk, gdzie dostali pracę w PGRze. To też sprzyjało utracie kultury ludowej. Polecam sobie obejrzeć filmy sprzed lat nawet 30, czy 40. Na niektórych z nich jest dość karykaturalnie pokazane, co się działo, gdy taki chłop dostawał awans i mieszkanie (najczęściej w bloku, w mieście) - próbowali oni wtedy bezskutecznie przenosić te tradycje ludowe. Dobrym przykładem są filmy "Awans", czy "Z dalekiego kraju", ale też serial "Alternatywy 4". Tradycje w nowych warunkach były szybko porzucane. 

Jednakże w latach 70. XX wieku nastąpiła pewna moda (trochę narzucona odgórnie, ale w tym momencie to nie jest istotne) na "powrót do korzeni". To wtedy powstawały filmy historyczne o Polsce, powstały też zespoły ludowe jak "Mazowsze", czy "Śląsk". W muzyce próbowano odwoływać się do tych tradycji ludowych, rekonstruowano stroje, tańce, pieśni, to właśnie wtedy powstał serial "Janosik". Wszystko to były ciekawe inicjatywy, acz... Nie ludowe. I nie można tego nawet nazwać rekonstrukcją, a bardziej artystyczną wizją. Przykładem niech będzie pieśń "Helokanie" zespołu Śląsk, która zainspirowała Davida Bowie do stworzenia utworu "Warszawa". Brzmi pięknie, ludowo, lecz tylko psedoludowo. Chociażby z takiego powodu, że jest śpiewana w chórze, a przyśpiewki ludowe nigdy nie były śpiewane chóralnie, tylko indywidualnie. Podobnie jest ze wszelkimi strojami. Próbuje się je odtworzyć, ale czasami niektóre elementy się miesza, nawet jak dane kultury nie miały ze sobą styczności. Przykładem są cepeliady, słynne kicze, czysta komercja, tylko pod szyldem kultury ludowej. Kto z nas nie miał styczności z "talerzykami w stylu folklorystycznym", czy z "ręcznikiem z kogutkiem" (na Boga, kto z chłopów używał ręcznika w takim wzorze?), ale też lalki w strojach folklorystycznych:

Lalki podpisane jako "regionalne". W opisie linku jest "strój krakowski". Czy aby na pewno? Nie znam się aż tak dokładnie, ale chyba jednak strój dziewczęcy czymś się różni. Tak czy siak to przykład komercji, bo lalki są z plastiku, a nie drewniane, czy z porcelany, ani nawet nie szmaciane, co już jest bardziej tradycyjne. (źródło: blogspot.com)


Takich przykładów jest mnóstwo. I choć to wszystko zaczęło się w latach 70., to szał na folklor był także i z 10 lat temu (zespół Brathanki, czy Golec uOrkiestra) i znowu wraca, acz... Właśnie dzięki Donatanowi może w nieco ciekawszej formie. W każdym razie ta moda wraca co jakiś czas, często są organizowane jakieś festyny z okazji "święta pieczonego ziemniaka", czy pokazy "zespołów folklorystycznych", zwłaszcza w dniach miasta. Trzeba jednak pamiętać, że to są tylko próby odtworzenia tego, co było. Dość nieudolne. Jest w tym więcej artyzmu, a jeszcze więcej komercji, niż prawdziwej kultury ludowej, której już nie ma. Te całe "dni miasta", "festyny", "święto pieczonego ziemniaka" to zjawisko, które nosi nazwę tradycja wynaleziona.

Gdzie są w takim razie jakieś resztki kultury ludowej? Może zabrzmi to dziwnie, ale takim dzieckiem kultury ludowej jest kultura popularna. Kultura popularna jest tworzona oddolnie, głównie przez fanów danych dzieł kultury masowej, podobnie jak kultura ludowa była hołdem dla religii czy natury. Więc właśnie w kulturze popularnej można upatrywać resztek kultury ludowej. Są pewne podobieństwa. Polecam na ten temat w szczególności książkę H. Jenkinsa "Kultura konwergencji", gdzie wyjaśnia to bardziej szczegółowo.

Co jednak z tym nieszczęsnym Donatanem i występem na Eurowizji? Sam zainteresowany podchodzi do tego na luzie:
Ludzie nie rozumieją, że w konkursie eurowizyjnym nie chodzi o to, że kawałek jest fajny i wszyscy na niego nagle głosują. Tu jest bardzo dużo polityki, bardzo dużo faworyzowania się przez kraje nawzajem. Wiadomo, że Skandynawia głosuje na siebie, Hiszpania głosuje na Portugalię, Portugalia na Hiszpanię, Bałkany na siebie nawzajem. To jest niezwiązane z muzyką. Muzyki tutaj, tak naprawdę, jest niedużo (...) Jest jeszcze element show, element jakiegoś skandalu i dużo innych rzeczy. Ludzie tego nie rozumieją i wydaje im się, że zawsze tylko muzyka decyduje, a nie jest to, niestety, prawdą. W związku z czym nie ma co się podniecać. W Polsce jest taka tendencja, że ludzie się podniecają, a jak przychodzi co do czego, to nadzieje są jak krew w piach. Ja ludziom wprost mówię, że nie ma co się napalać, nie ma co tego przeżywać, trzeba po prostu traktować to luźno, tak jak my traktujemy

Ogólnie mam wrażenie, że Donatan świadomie wykorzystuje to, co opisałam wcześniej - czyli wracamy do punktu wyjścia. Usilnie promujemy bowiem ten pseudofolklor, chcemy pokazać "polskość", że staje się to aż śmieszne. I między innymi facet to parodiuje. To coś jak Rammstein ze swoim kontrowersyjnym teledyskiem do "Pussy", który jest w wersji nieocenzurowanej czystym porno. Mam wrażenie, że chodziło im o to, by pokazać, że coraz częściej właśnie mamy takie teledyski - o przysłowiowej "dupie Marynie", gdzie chodzi tylko o pokazanie tyłka czy kawałka piersi, a przestaje się zwracać uwagę na muzykę. Podobnie zrobił Donatan. Obejrzałam kilkakrotnie teledysk, poczytałam trochę i doszłam do wniosku, że wcale seksistowski nie jest.

Po pierwsze, Donatan mówi o sobie, że jest rodzimowiercą. Jeśli faktycznie tak jest, to wręcz seksizm jest niemożliwy. Religia słowiańska jest trudna do odtworzenia, ale wiadomo, że ważnym jej aspektem był szacunek do kobiety, zwłaszcza do matki (co widać w dużym kulcie Matki Boskiej w polskim katolicyzmie). Po drugie... Chyba ten cytat znaleziony na tumblrze mówi sam za siebie:

I am now officially invested in Eurovision. The more comments on Polish entry I read, the more I become convinced that we have struck the nerve and I’m cackling like a maniac in the background. No, it’s fine, I mean, you can look for a Polish girl to marry you on the Internet ‘cause “they are known to make good wives”. You can molest Polish waitresses when you come to Cracow for a weekend of crazy debauchery. But God forbid we show some skin because we want to. God forbid we call you out on the idiotic stereotypes you believe. God forbid we sing that yeah, we’re awesome and our culture’s awesome and we’re onto you, creeps, and we just don’t freaking care.
(oryginalnie stąd)

I to był główny problem, który także wyśmiał Donatan. To, jak są postrzegane Polki. Z jednej strony narzeka się, że są łatwe, a z drugiej - broń Boże, aby pokazały kawałek ciała tylko dla siebie, nie dla mężczyzny! I to się zaznacza w teledysku - nie ma tam typowego szczucia cycem, bo stroje letnie właśnie odsłaniały piersi, a poza tym - teledysk pasuje do treści. Nie ma tam też praktycznie mężczyzn, więc kobiety nie robią za ozdobniki dla nich, jak w "Blurred Lines". Są piękne same dla siebie. Promują też naturalne, ludowe piękno:

Chyba to jest scena, która najbardziej mi się podoba: czyli stereotypowe plastiki - won (źródło)
Co ciekawe, promowane są różne rodzaje kobiecego piękna, ale w sposób ludowy. Nie ma w tym nic seksistowskiego, są one po prostu piękne i pokazują różne talenty artystyczne, ale dla siebie po prostu. Nie ma o co robić afery, a ja sama żałuję, że zrozumiałam to dopiero przy okazji Eurowizji. 

Bo rzadko się spotyka kobietę przy kości, która jest pokazana jako piękna, a nie jako element humorystyczny (źródło jak wyżej)

W każdym razie ja życzę im jak najlepiej. Cieszę się, że dostali się dalej, do finału. Może pierwszego miejsca nie zajmą, ale widać, że europejska publiczność doceniła piosenkę, choć częściowo była po polsku (choć znam zdanie znajomej z tumblra z Niemiec, że to jej się właśnie podoba). Może mam zastrzeżenia do wersji angielskiej, że nie ma trochę rytmu, ale i tak chyba bardziej zaczynam doceniać tę piosenkę jako trafną parodię tego, co nam prezentują i usiłują promować media. Wywołali sporą dyskusję w kraju, ale to chyba o to chodziło.

PS. Jak znajdę chwilę wolnego czasu, w końcu zrobię wpis o rasizmie i reprezentacji. Teraz się trochę tego nagromadziło, zwłaszcza, że wkrótce obrona. Ten wpis powstał pod wpływem chwili.