Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą feminizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2016

Słowo o aborcji, czyli wara od połowy populacji Polski

Ostatnie wydarzenia zmusiły mnie do napisania wpisu, który nie będzie do końca obiektywnym i suchym spojrzeniem na rzeczywistość, która mnie otacza. Dotyczy bowiem on problemu, który być może kiedyś spotka i mnie. A jeśli nawet nie mnie, to kogoś z moich najbliższych. Być może to będzie koleżanka, może to będzie moja przyszła córka lub synowa (jeśli będę miała dzieci oczywiście), być może to będzie kuzynka, siostra, jakaś znajoma. Albo prędzej czy później, jeśli planowana ustawa o aborcji przejdzie przez nasz rząd (a choć jest to projekt obywatelski, to ma oficjalne poparcie rządu oraz Kościoła), w jakiś sposób dotknie to każdego. Tak, o mężczyznach też mówię, bowiem może to dotyczyć ich najbliższej kobiety - matki, siostry, żony. 

Niech wieszak, czyli symbol okrucieństwa wobec kobiet, które zdesperowane dokonywały niebezpiecznego zabiegu aborcji, będzie symbolem tego wpisu. Źródło: wp.pl

Aborcja to temat kontrowersyjny i budzący emocje nie tylko w naszym kraju. Nawet w krajach, które mają o wiele bardziej liberalne przepisy aborcyjne, jest tematem trudnym i ciągle zdarzają się protesty wobec tych przepisów. W Stanach Zjednoczonych, w kraju o najbardziej liberalnych przepisach, dochodzi wręcz do aktów terroru wobec kobiet, które chcą dokonać aborcji. Niech przykładem będzie chociażby niedawna strzelanina w klinice aborcyjnej. W Polsce w 1993 wypracowano tzw. "kompromis aborcyjny", który obecnie dopuszcza aborcję w trzech przypadkach:
  • kiedy zagrożone jest zdrowie lub życie matki,
  • kiedy występuje podejrzenie ciężkich i nieodwracalnych wad płodu,
  • kiedy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego, czyli gwałtu.
W pozostałych przypadkach kobieta "musi" rodzić. Dlaczego użyłam cudzysłowu? O tym później. Organizacja Ordo Iuris chce natomiast zmienić tę ustawę, o czym można poczytać tutaj (tekst na samym dole). Różne media przystąpiły do dość szczegółowej analizy o tym, co dalej, co może wynikać z takiej ustawy, a nie jest powiedziane o tym wprost, więc organizacja zaczęła się bronić, mówiąc o tym, że pewne zapisy zostały przeinaczone i zmanipulowane. Mimo wszystko, brzmią nadal niepokojąco.

Po pierwsze, w zapisie jest mowa o tym, że lekarz, który podejmuje działania lecznicze konieczne w celu ratowania życia matki, nie podlega karze więzienia. Również nie ma o tym bezpośrednio w ustawie, ale wynika z niego wprost, że w takim razie nie kobieta decyduje o tym, czy ciążę przerwać, lecz lekarz. Jednocześnie nie może podjąć żadnych działań leczniczych, które w jakiś sposób sprawiłyby, że byłoby ryzyko poronienia. Dotyczy to między innymi badań prenatalnych (niewielkie ryzyko, ale jednak jest). Tym samym rodzice tracą szansę na to, by dziecko urodziło się zdrowe - bo badania prenatalne nie tylko mówią o nieodwracalnych wadach płodu, ale też pomagają dobrać odpowiednie leczenie, także te w łonie matki (jeśli oczywiście jest to możliwe). Co gorsze - nie ma nic o prawie do aborcji w przypadku, gdy wady płodu są ciężkie i nieodwracalne ani w przypadku gwałtu. I to jest chyba najgorsze w tym wszystkim. 

Co sądzą Polacy o aborcji? Według badań CBOSu wyniki pokrywają się z tym, na co pozwala dzisiejsze prawo:

Źródło: gazeta.pl za CBOS.
Jednakże jedynie badacze zauważają spadek odpowiedzi "tak" w przypadku sytuacji, gdy wiadomo, że dziecko urodzi się upośledzone. Z czego to może wynikać? Mam tutaj dwie tezy. Pierwsza z nich to niedoprecyzowanie odpowiedzi. Upośledzenie może być oczywiście lekkie, które przy dobrej rehabilitacji pozwala na godne życie w społeczeństwie, ale może być też ciężką wadą, przy której nie ma żadnych szans na przeżycie. Statystyka jest nieubłagana. Choć takie wady, jak łuska arlekinowa są bardzo rzadkie, to jednak w tak dużym kraju jak Polska mają prawo wystąpić. Druga kwestia to taka, że niestety, propaganda środowisk pro-life, która mówi o tym, że "morduje się dzieci z zespołem Downa" zrobiła swoje.

Inne badania CBOSu również pokazują raczej braki w edukacji seksualnej, niż jakieś twarde przekonania na temat seksualności człowieka. Przykładowo niedawne badanie na temat "pigułki po" pokazuje przede wszystkim obawy, że taka forma antykoncepcji jest popularna i jest szkodliwa. W pewnym sensie to prawda - taka pigułka po jest bowiem jak bomba atomowa dla organizmu, ale nie sądzę, że byłoby dużo kobiet, które biegały po nią co miesiąc, zwłaszcza przy jej cenie. W dodatku nie bez powodu nazywa się ją antykoncepcją awaryjną. Myślę też, że sporo do tego ma nauczanie Kościoła. 

Na wielu blogach i innych portalach wysuwano niejednokrotnie argumenty "pro-choice", czyli będące za wyborem. Bo właśnie - często wskazuje się na konflikt "pro-choice vs. pro-life". Z tym, że ten drugi ruch tak naprawdę ma dość mało wspólnego z obroną życia - jak to wskazała pewna amerykańska zakonnica, ruch ten broni "nienarodzone dzieci" właśnie do momentu porodu. Potem nikogo nie interesuje, co dalej. Co więcej, prawo do aborcji absolutnie nie kłóci się z byciem katolikiem, o czym wielu zapomina. Mówi się o "dźwiganiu własnego krzyża", podczas gdy być może podjęcie takiej, a nie innej decyzji jest tym dźwiganiem krzyża? Kościół zachowuje się, jakby był wyjątkowo niepewny siebie, jakby bał się, że straci wyznawców, że zaraz każda kobieta pobiegnie do kliniki aborcyjnej. Ale to jednak nie jest tak, że każda kobieta o tym marzy.

A tymczasem w Polsce rozwija się podziemie aborcyjne. Nie wiem, czy ktokolwiek prowadził badania jakościowe na temat dokonania aborcji przez Polki - a myślę, że takie się przydało. Choć temat jest delikatny i nie wiem, czy ktoś by się go podjął - głównie ze strachu przed napiętnowaniem. Dlatego też użyłam sformułowania, że kobieta w tym kraju "musi" urodzić dziecko. Nie. Jestem zdania, że jeśli kobieta zechce, to i tak znajdzie sposób. Nie jest problemem znalezienie strony klinik aborcyjnych na Słowacji czy w Niemczech (część z nich ma nawet polskie wersje). Gdy wpisałam w google "klinika aborcyjna Niemcy" od razu pojawił się dopisek "cena". To nie jest więc tak, że kobiety nie znajdą sposobu. Musi urodzić ta, która go nie znajdzie. Ta, której nie uda się niebezpieczny zabieg (o ile nie wpłynie negatywnie na zdrowie czy życie) lub która nie ma pieniędzy na zabieg w Niemczech lub na Słowacji. Pozostałe kobiety, które nie chcą mieć dzieci, muszą niestety je rodzić. A potem się dziwimy, że spotykają nas historie o mamach Madzi czy o dzieciach na śmietniku. 

Dlatego jestem przeciwko zaostrzaniu obecnej ustawy antyaborcyjnej. Nie jest ona idealna, chciałabym, aby aborcja w tym kraju była dostępna na życzenie, wraz z powszechną antykoncepcją i porządną edukacją seksualną. Przykład Colorado pokazuje, że to działa. W tym stanie mieli problem z dużym odsetkiem aborcji wśród nastolatek. Po wprowadzeniu edukacji seksualnej do szkół i powszechnego dostępu do antykoncepcji ten odsetek wyraźnie zmalał. To jest najlepsze rozwiązanie problemu. Nie zamiatanie pod dywan. Nie zakazy. Bowiem łatwo jest być moralnym w świecie pełnym zakazów, umywać ręce i myśleć, że jest okej, kiedy tak naprawdę nie jest. Ustawodawcy chcą wpędzić polskie kobiety w pułapkę bez wyjścia. Pułapkę, która nie sprawi, że będzie większy przyrost naturalny, a wręcz sprawi, że jeszcze bardziej zmaleje. 

Wszystko może się zmienić ustawą, która w efekcie może doprowadzić do strachu przed zgłaszaniem gwałtu na policję (jakby teraz nie było z tym problemu), ponieważ jednocześnie taka kobieta będzie obserwowana. Albo nawet pozbawiona wolności tylko za to, że chciała się uwolnić od koszmaru. Efektem będzie większa liczba dzieci niepełnosprawnych, które spokojnie mogłyby zostać wyleczone w łonie matki. Nie mówiąc o czymś tak oczywistym jak śmiertelność kobiet czy doprowadzanie do bezpłodności poprzez nieumiejętne zabiegi. 

Można się tu kłócić, od kiedy zarodek jest człowiekiem. Ja odpowiem tylko i wyłącznie za siebie - dla mnie zarodek ma potencjał do bycia człowiekiem. Obcy kod genetyczny nie jest warunkiem bycia człowiekiem, o czym świadczy taka choroba, jak zaśniad groniasty, Co więcej, warunkiem do bycia człowiekiem jest również odpowiedni rozwój od narodzin, przebywanie w społeczeństwie, prawidłowa socjalizacja. Przecież w przeciwnym wypadku nie mielibyśmy tzw. "dzikich dzieci". Nie oznacza to, że zabijanie narodzonego dziecka jest czymś moralnym. Ale warto się zastanowić, co zmusza do takiego kroku. Nie oznacza to też, że kobieta w ciąży nie ma prawa się przywiązać i nazywać płód "dzieckiem", "bobaskiem", "fasolką" lub znając płeć - nadać już nawet imię. Wręcz przeciwnie. Każda kobieta ma do tego prawo, jeśli tego chce, jeśli dziecko jest bardzo wyczekiwane. 

Ale właśnie stąd tytuł notki - wara od połowy populacji Polski. Jeśli ta ustawa przejdzie (a liczę, że nie, lub że zajmie się nią Europejski Trybunał Praw Człowieka), to będzie miało to wpływ na życie i prawa kobiet w całej Polsce. Będzie to oznaczało terror i zepchnięcie kobiet do roli inkubatorów. Nie można stawiać praw jednej jednostki nad drugą, zwłaszcza nad jednostką, która myśli, czuje i ma prawo do godnego życia i zachowania swojego zdrowia fizycznego i psychicznego. Na tę ustawę, jak i na każdą inną, zaostrzającą dotychczasowe prawo, nigdy nie będzie mojej zgody. 

środa, 26 marca 2014

Kim ty jesteś, Mary Sue?

Dawno mnie tu nie było, to fakt. Ale powodów jest kilka - nie miałam pomysłów na wpis, a także byłam nieco zajęta sesją, czy pisaniem pracy magisterskiej. Lecz od tej pory obiecuję, że przynajmniej kilka wpisów ukaże się w regularnych odstępach. No i cały czas proszę o jakieś propozycje :) 

A tymczasem temat, który cały czas mi chodzi po głowie, poruszyłam go także w pewien sposób w swojej pracy magisterskiej, ale tylko tak krótko, ponieważ to nie jest główny temat. Tu natomiast chcę go rozszerzyć o swoje dywagacje i rozważania może mniej naukowe, a bardziej opiniotwórcze, ale zawsze. 

Tak więc... Kim jest Mary Sue? Właściwie ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Często jest tak, że młodzi twórcy (a właściwie twórczynie) są zapędzeni w kozi róg - bo w zasadzie ciężko jest dzisiaj stworzyć postać kobiecą bez tego zarzutu. Ale chyba najlepiej zacząć od samego pojęcia. Wzięło się ono, podobnie jak określenie slash, z fandomu Star Treka. To właśnie tam powstało fanfiction z wyidealizowaną bohaterką, nazwaną Mary Sue, która przeżywa przygody w świecie Star Treka i właściwie "ratuje dzień" (wiem, że to kalka językowa, ale...). Stąd właśnie określenie na wyidealizowane postacie kobiece w jakimkolwiek fandomie. Warto jednak zaznaczyć, że oryginalna Mary Sue nie była stworzona nieświadomie, a właśnie celowo - miała być parodią postaci kobiecych tworzonych przez fanki, które praktycznie były wzorowane na nich samych. Ale! Czy Mary Sue to tylko postać kobieca?

I tu dochodzimy do pierwszego problemu. Otóż w teorii wszędzie można spotkać, że istnieje określenie na wyidealizowaną postać męską, analogicznie do Mary Sue, lecz nie ma jednej nazwy - jest np. Gary Stu, Marty Stu, itd. Jednakże... Problem polega na tym, że nikt w praktyce nie nazywa tak postaci męskich. Często narzeka się, że taka postać jest kiepska, słaba, ale nigdy nie widziałam określenia pokrewnego do Mary Sue wobec postaci męskiej, z wyjątkiem pewnych porównań, na przykład pewien znany już cytat o Batmanie:

So, there’s this girl. She’s tragically orphaned and richer than anyone on the planet. Every guy she meets falls in love with her, but in between torrid romances she rejects them all because she dedicated to what is Pure and Good. She has genius level intellect, Olympic-athelete level athletic ability and incredible good looks. She is consumed by terrible angst, but this only makes guys want her more. She has no superhuman abilities, yet she is more competent than her superhuman friends and defeats superhumans with ease. She has unshakably loyal friends and allies, despite the fact she treats them pretty badly.  They fear and respect her, and defer to her orders. Everyone is obsessed with her, even her enemies are attracted to her. She can plan ahead for anything and she’s generally right with any conclusion she makes. People who defy her are inevitably wrong.

 God, what a Mary Sue.

I just described Batman.
Tak, właśnie... To tylko jeden z nielicznych problemów. A nikt nie kwestionuje przecież Batmana i nikt nie nazywa go kiepską postacią (ani innych tych pierwszych superbohaterów). Podobnie jak w fandomie Tolkiena nikt nie nazwie Aragorna kiepską postacią, choć spełnia pewne wymogi. Dlatego jedną z moich tez jest to, że Mary Sue jest określeniem po prostu seksistowskim. I nierzadko pozostawia niedoszłego twórcę w ciężkiej sytuacji, zwłaszcza dzisiaj. Nie można bowiem tak łatwo sobie stworzyć jakiegoś dzieła popkultury bez kobiet i nie mieć przy tym zarzutów o seksizm. Ale też często spotykam się z reakcjami fanów, że jeśli dodana jest postać kobieca, to często ona "jest niepotrzebna", "wtrąca mi się w ulubiony związek", "psuje wszystko", czy wreszcie "Mary Sue". I nikt się zazwyczaj nie odzywa, kiedy dodana jest postać męska. Stąd też mój pierwszy zarzut.

Drugim moim zarzutem będzie nieostrość pojęcia. Z jednej strony uważa się, że Mary Sue to postać wyidealizowana, co podkreśla m.in. najbardziej szczegółowy test postaci, jaki znam. Warto dodać, że test ten jest akurat dobry, bo choć faktycznie bierze pod uwagę, czy nie wrzucamy tego za dużo (np. postać jest piękna, mądra, jednocześnie świetnie walczy i dobrze gotuje, zna 10 języków, kolejne 100 osób kocha się w niej, itd.), ale też podkreśla, że cechy typowe dla danej rasy (np. dla Elfów w świecie Tolkiena) nie są cechami typowymi dla Mary Sue, o czym sporo ludzi zapomina. W sieci krąży wiele poradników, jak nie tworzyć Mary Sue, także wiele parodii. Jedną z najbardziej znanych ilustracji jest właśnie ta:

Powiększenie tutaj. Źródło: windfalcon.deviantart.com
Już na pierwszy rzut oka widać, że postać po prawej jest po prostu przeładowana. Jednak moim zdaniem to nie w samej idealizacji leży problem - istnieją bowiem postacie wyidealizowane, które nie są złe, ponieważ właśnie to jest ich rola - np. są wyidealizowane w oczach drugiego bohatera. Większym problemem jest chyba wiarygodność postaci. 

Pytanie: czy więc jeśli stworzymy postać przeciętną, bez żadnych mocy, bez żadnych przesadzonych cech charakteru, to czy unikniemy zarzutu na temat Mary Sue? Również nie, jak się okazuje! Świetnym przykładem jest Bella ze "Zmierzchu". W zamiarze autorki miała ona reprezentować zwykłą dziewczynę, niestety wyszło inaczej. Doug Walker określił ją jako "czystą kartkę" i miał rację - bo być może zarzut nt. Mary Sue to trochę za dużo, ale moim zdaniem o Belli nie można powiedzieć nic ciekawego, poza tym, że kocha Edwarda. Po prostu w tym przypadku problemem nie jest nadmiar cech, lecz ich brak. I to tworzy kiepską postać, ale nie Mary Sue. Co nie przeszkadza w porównaniach, jak np. do Hermiony Granger (która właściwie jest wyważoną postacią):

Powiększenie tu. Źródło: amyleighstrickland.blogspot.com
A co z autorkami? Bo tak, jeśli mowa o fandomie, to w większości autorkami fanartów/fanfiction są kobiety. Dlaczego, to temat na oddzielną dyskusję, choć nieco powiązana z tematem Mary Sue. Bo mówi się, że Mary Sue jest wzorowana na autorce, jest jej wyidealizowaną wersją, pewnego rodzaju "spełnieniem marzeń". Lecz dla mnie to też nie jest jednoznaczny wskaźnik. Ponieważ w literaturze pięknej wielu bohaterów jest "self-insert", wzorowanych na autorach, a nikt nie kwestionuje wartości dzieła. Klasyczny przykład? Dante i jego "Boska Komedia". 

I pytanie: czy to jest złe dla kultury? Czy to jest złe dla domorosłych, niedojrzałych pisarzy? I tak... I nie. Wielu znawców mediów, literatury mówi wprost o fanfiction, że są kiepskie. Szkoła frankfurcka ogólnie krytykowała kulturę masową i popularną, uważając ją za ogłupiającą i manipulującą człowiekiem. Lecz szkoła frankfurcka, krytykując dość ostro tę kulturę (nie znajdując w niej dobrych cech), jednak sporo się pomyliła. Henry Jenkins, nawet kiedy mówił wprost, że większość fanfiction to okropne twory, ale zaznaczył też w swoim dziele "Kultura konwergencji": kultura potrzebuje obszarów, w których ludzie mogą robić kiepską sztukę, otrzymywać informację zwrotną i się doskonalić. 

Część badaczy skupia się na zjawisku Mary Sue tylko i wyłącznie pod względem negatywnym. Lecz moim zdaniem lepiej istotę tego zjawiska uchwyciła Magdalena Kamińska w swojej książce "Niecne memy". I choć z kilkoma rzeczami się nie zgadzam tak do końca (o czym za moment), to jednak uważam, że pani Kamińska opisała te zjawisko w miarę neutralnie. Może na początek, z czym się nie zgadzam. Ano z tezą, że jakoby Mary Sue i autorek tworzących takie postacie najbardziej nie cierpią fanki kochające slash. Otóż i tak, i nie. Można zauważyć takie konflikty, ale jest też spora część fanek, która w równym stopniu nie znosi slashu, jak i Mary Sue. Jak je więc zaklasyfikować? Pani Kamińska jednak słusznie wskazuje, że motyw Mary Sue, jakby nie patrzeć, przypomina klasyczną bajkę o Kopciuszku, gdzie na dziewczynę spadają wszelkie nieszczęścia, tylko dlatego, że jest piękna, dobra, mądra, itd., ale dzięki pewnym zbiegom okoliczności spotyka ją wreszcie szczęście u boku wymarzonego księcia. I trzeba przyznać, że coś w tym jest. Podobnie jest z innymi księżniczkami z bajek. Ale ogólnie z księżniczkami jest taki problem, że albo się je kocha, albo nienawidzi. Dlaczego? Oddam lepiej głos Dougowi Walkerowi:



Czy jednak to jest coś naprawdę złego? Bo prawdę powiedziawszy, czy czynimy komuś krzywdę, pisząc sobie opowiadanie z wyidealizowaną bohaterką, która spotyka swojego księcia z bajki? Czy kultura na tym aż tak cierpi? Otóż nie, zdaniem Kamińskiej wbrew pozorom to jest nawet dobre zjawisko. Wskazuje ona na to, że dziewczęta długo nie były przecież dopuszczane do kultury ogólnej. Długo nie było profesjonalnych pisarek. Tym zamożniejszym dziewczętom często przed wyjściem za mąż pozostawało pisanie pamiętników, w których opisywały swoje uczucia, obawy, czy wzdychały do swoich pierwszych miłości. Dziś tę funkcję przejęły fanfiki z Mary Sue - jest to pewnego rodzaju samokontrola (zwłaszcza w wieku nastoletnim) nad własną emocjonalnością i seksualnością. Pomaga w pewien sposób wyładowywać swoje emocje. I będę szczera - choć wiem, że problem nie leży w fanfiction, ale patrząc na to, ile nastolatek nie jest w ogóle świadomych na temat seksu, patrząc na nastoletnie ciąże, warto sobie zadać pytanie, czy nie lepiej jest, by taka dorastająca dziewczyna lepiej wyładowywała te emocje właśnie w ten sposób, niż pchała się w związki, które niekoniecznie dobrze kończą się dla zdrowia fizycznego i psychicznego? Żeby nie było: daleka jestem od umoralniania. Nie zabronię seksu nastolatkom, bo i tak to będą robić. Robią to od wieków, nie oszukujmy się. Ale z drugiej strony seksuologowie często mówią, że wiek nastoletni nie jest odpowiedni dla rozpoczęcia współżycia seksualnego - ze względu na małą dojrzałość psychiczną, czy społeczną, a także na brak gotowości zajęcia się ewentualnym potomstwem. Stąd ta granica, kiedy można legalnie współżyć, czyli 15 lat w Polsce, nie jest jakimś widzimisię. Seks w tym wieku, czy w młodszym jest po prostu szkodliwy dla psychiki i kreuje często zły obraz związku na późniejsze lata. Stąd ta dobra cecha Mary Sue i pisania fanfiction z takimi postaciami.

Z kultury nie wykorzenimy też takich postaci. Wydaje nam się, że kiedyś było lepiej, bo o takich Mary Sue często zapominano, a tymczasem one istnieją od zawsze, odkąd istnieją młode osoby ze skłonnościami do przesady czy skrajności. Ale jak w miarę dorastania wyrastamy z różnych głupstw, tak samo większość nastolatek wyrasta z pisania takich postaci (znam opinie bardziej dorosłych kobiet, które mówią o tym, że pisały o takich postaciach i się tego wstydzą. Ja również, nie jestem święta pod tym kątem), dlatego też moim zdaniem walka z nimi nie ma najmniejszego sensu. Jedynie warto walczyć z seksizmem pod tym kątem, lecz kiepskie postacie będą istniały zawsze, niestety (lub stety, zależy, jak na to spojrzeć). I to chyba na tyle.

PS. Następnym razem postaram się napisać coś o reprezentacji rasowej w mediach.

czwartek, 25 lipca 2013

Wizerunek kobiety w mediach

Z góry uprzedzając - post ten będzie dość obszerny, choć krąży mi w głowie od jakiegoś czasu. 

Jednym z wielu zagadnień, jakimi zajmuje się socjologia, są wszelkie rodzaju zmiany społeczne. Zmiany dość łatwo można obserwować poprzez media, które oczywiście kreują także ludzie, choć nie tylko. Tak na czasie - księżna Kate urodziła synka, choć od jakiegoś czasu było wiadomym, że nawet jeśli dziecko okazałoby się dziewczynką, to kolejność dziedziczenia nie zmieniłaby się. Nawet królowa brytyjska idzie z duchem czasu - skoro kobiety w krajach demokratycznych mają wiele praw, to dlaczego nie zmienić tradycji (która notabene jest także czymś zmiennym wbrew pozorom)? 

Jednakże, jak wspomniałam, ten post poświęcę zagadnieniom wizerunku kobiety w różnych mediach, omawiając poszczególnie kilka przypadkach. Na wstępie jednak przyznam, że na swoich zajęciach szczegółową analizę poświęcaliśmy przede wszystkim reklamie. Reklama, czy to audiowizualna, czy wizualna wciąż kieruje się kilkoma archetypami kobiet:

  • kobieta młoda - często przedstawiana z przyjaciółką, czasem z partnerem/mężem. Kobieta aktywna, chcąca zwojować świat, nie patrząca na przeciwności losu. Kobieta niezależna, pewna siebie.
  • matka - różnie przedstawiana, lecz zazwyczaj z rodziną. Jest to kobieta, która "ma czas na wszystko", bowiem ma czas na pracę, gotowanie, sprzątanie, zajmowanie się dziećmi (włączając w to ich leczenie, gdy są chore, choć powoli się to zmienia, jakiś czas temu widziałam reklamę, gdzie to ojciec zajmował się chorym dzieckiem), a także czas na spotkanie się z przyjaciółmi i dbanie o siebie.
  • kobieta sukcesu - kobieta, która przede wszystkim jest pokazana w pracy, osiągająca sukcesy i ciężko na nie pracująca.
  • kobieta luksusowa - częściej pojawiająca się w reklamach wizualnych, choć także można spotkać taki wizerunek w przypadku reklamy perfum - przede wszystkim ma przyciągać wzrokowo, ubrana w luksusowe kreacje, z nienagannym makijażem. Ma symbolizować ekskluzywność, luksus danych produktów.
  • kobieta - obiekt. Coraz rzadziej spotykany wizerunek (i słusznie, ale o tym dalej). Pod pewnym aspektem taka kobieta jest zbliżona do kobiety luksusowej, lecz często jest ona przedstawiana nago lub też w sposób wulgarny, wyzywający, jest po prostu dekoracją danego produktu. Skierowana głównie do mężczyzn. Nierzadko zdarza się, że dany produkt jest przedstawiony w formie kobiecego ciała.
Znacznie rzadziej mamy do czynienia z innymi kobietami (kobieta starsza, choć również się pojawia w specyficznym rodzaju reklam), czy kobietami, które przełamują pewien stereotyp. W zasadzie każda reklama jest w pewnym stopniu przekłamaniem, bo tworzy fałszywą rzeczywistość, świat, którego nie ma, w którym wszystko jest idealne, a wszelkie problemy można rozwiązać łatwo oczywiście za pomocą reklamowanego produktu. Jednakże Komisja Etyki Reklamy walczy z ostatnim wizerunkiem, uprzedmiotowiającym kobietę. Można przeczytać o takiej reklamie na stronie Gazety Wyborczej. Komisja Etyki Reklamy nakazała firmie wycofania tejże reklamy, uzasadniając, że jest ona seksistowska i przedstawia przedmiotowo kobietę. Firma tłumaczy się, że owe zdjęcia były artystyczne. Niestety, ciężko jednak nie zgodzić się z KER, która podaje inny argument, mówiący o tym, że reklama wprowadza w błąd (w dodatku ten błąd jest grą słowną, akcentującą dwa słowa w ten sposób, że czyni to tę reklamę wulgarną - "Devil otworzy każdą ci puszkę"). Inne reklamy, które zostały wycofane w różnych krajach, można obejrzeć na popularnym serwisie kwejk.pl. Z łatwością można zauważyć, że część z nich również przedstawia kobietę w sposób przedmiotowy.

Jednak czy tylko reklama jest problematyczna, jeśli chodzi o wizerunek kobiety w mediach? Nie. Często taki nieodpowiedni wizerunek można zobaczyć w popularnych serialach, kreskówkach, filmach. Czasami problematyczne i kontrowersyjne jest samo podejście fanów, a czasami - kreacja sama w sobie. Przeanalizuję więc kilka przypadków - dobrych i złych moim zdaniem.

Przypadek #1: Kiedy zmiany są na gorsze. 
Mam tu na myśli przede wszystkim serial pt. "Doctor Who". W wielkim skrócie - serial, który w tym roku będzie obchodził 50-lecie, jeden z symboli kultury brytyjskiej, opowiada o Doktorze, kosmicie pochodzącym z planety Gallifrey, ostatnim z Władców Czasu, który podróżuje w czasie i w przestrzeni. Serial raz został anulowany w 1989 roku, wrócił na ekrany brytyjskich telewizorów w roku 2005, kiedy scenarzystą został Russell T. Davies. Davies zrezygnował i powierzył dalej rolę głównego scenarzysty Stevenowi Moffatowi w roku 2010. Wtedy zaczęły się również problemy.
Cały serial opiera się na jednym - na zmianach. Doktor regeneruje się, więc tym samym mamy zmianę aktora. Podróżuje on z różnymi osobami, najczęściej są nimi młode kobiety. W latach, kiedy scenarzystą był Davies, przedstawił nam on trzy różne kobiety (i obok kilka innych, ale mówię tu o głównych bohaterkach). Pierwszą z nich była Rose Tyler, grana przez Billie Piper. Była to młoda dziewczyna, nie wyróżniająca się niczym szczególnym (właśnie straciła pracę, nie zdała matury, a w szkole była jedynie dobra z gimnastyki). Była to jednak postać, z którą mogło się utożsamiać wiele młodych Brytyjek. Kolejną postacią była Martha Jones, grana przez Freemę Agyeman, bodajże pierwsza czarnoskóra towarzyszka Doktora, jednakże bardzo odbiegająca od stereotypu czarnoskórej kobiety - była studentką medycyny, pochodziła z dobrej rodziny, a przygody z Doktorem sprawiają, że jej postać ewoluuje w ciekawym kierunku (tu przyznaję, że seria z Marthą na dobre wciągnęła mnie w serial). Kolejną bohaterką jest Donna Noble, grana przez Catherine Tate. Donna jest nieznośna, pyskata, histeryczna. Jest również podstarzałą panną, nie ma powodzenia w pracy (jest tylko sekretarką, pracuje w zastępstwie), ani w miłości (jej ślub okazuje się porażką). Postać, której z pozoru nie da się lubić, zmienia się również nie do poznania. I... Potem mamy krach. Krach i regres w kwestii bohaterek. Mam tu na myśli dwa przypadki: Amelię (Amy) Pond (graną przez Karen Gillan) i River Song (graną przez Alex Kingston).
Amy jest przypadkiem wzorowanym na innej postaci, którą przedstawił nam Moffat. Otóż poznajemy ją jako małą dziewczynkę, która spotyka Doktora, a ten przenosi się w czasie, mówiąc, że "zaraz wróci". To "zaraz" okazuje się... 12 latami rozłąki. Amy wyrasta na piękną kobietę. I... Tu zaczynają się pewne problemy i wątpliwości. Część fanów dość krytycznie się rozpisywała już na jej temat, i to nie raz, ja powiem to w skrócie. Kiedy powiedziałam raz, że nie lubię Amy, ktoś mi odpowiedział "Nigdy nie zrozumiesz postaci, jeśli będziesz patrzeć na nią ze swojego punktu widzenia". Nie wiem, jak inaczej miałabym to zrobić, ale wszystko wypada na niekorzyść. Zacznijmy od tego, że Doctor Who z założenia jest serialem familijnym, który często oglądają również dzieci. A co serwuje nam Moffat? Ujęcia Amy, które z założenia mają się kojarzyć z seksem, jest ona swoistym "eye candy", nawet mówią o niej "legs". O ile poprzednie bohaterki nie były brzydkie, to jednak nie emanowały seksem. Miały również swoją historię, konkretne życie, poznajemy ich rodziny. W przypadku Amy, choć to bardziej skomplikowana sprawa, to mamy jakby pustą kartkę. Ma ona zawód... kissogramu, czyli chodzi przebrana za policjantkę/pielęgniarkę/zakonnicę i przesyła całusy od kogoś dla pewnej osoby. Ten zawód z całą pewnością nie wymaga wyższego wykształcenia i kojarzy się dość jednoznacznie. Już nawet nie chcę krytykować pewnych zachowań Amy, która ma prawo być niedojrzała, jednakże były one dość nielogiczne. Twierdzi, że kocha swojego chłopaka, a mimo to ugania się za Doktorem. To jednak nic, w porównaniu z tym, co potem nam serwuje Moffat.
Amy Pond ze swoim dzieckiem (źródło: tumblr.com).
Amy później znajduje się w roli, którą Moffat sobie bardzo upodobał (bo też mam wrażenie, że jego postacie kobiece są małymi, słodkimi dziewczynkami/kobietami, które mają emanować seksualnością/matkami - ciężko mi znaleźć inne postacie, które wyłamują się z tego schematu), czyli w roli matki. I to matki... Albo tego nie powiem, bo mogę zdradzić spoiler komuś, kto nie oglądał serialu, ale powiem krótko, że postać ta okazuje się kimś ważnym w życiu bohaterów. Małe dziecko jednak zostaje zabrane Amy zaraz po porodzie (dlaczego, tego również nie powiem), po czym... Przechodzi ona do porządku dziennego. Nie mam nic przeciwko kreowaniu postaci, które są matkami. Ale gdy mamy tak nielogiczne zachowanie, to niestety, nie mogę tego przełknąć. I mogę darować Moffatowi to, że jego postać emanuje seksem, ale czegoś takiego już nie (zwłaszcza, że sama Amy zapewnia, że kocha swoje dziecko - ja jakoś tego nie zauważyłam).
River Song (źródło: bbc.co.uk)
Drugą postacią, z którą mam problem, jest jak już wspomniałam, River Song. River poznajemy w czwartej serii, jako postać, wydawałoby się, że epizodyczną. Emanowała jednak tajemniczością, co spodobało się większości fanów. River później regularnie powraca, widzimy ją co jakiś czas, kiedy pomaga Doktorowi. I również nie zdradzając zbyt wiele, w tym przypadku drażni to, że Moffat robi z niej kobietę, która jest geniuszem, jest mądra i przydatna, jednakże nie zapracowała na swoją mądrość, jej geniusz również nie wynika z ciężkiej pracy, a (też nie mówiąc zbyt wiele) z powodu sił nadprzyrodzonych. Osobiście mnie drażni to, że momentami próbuje ukraść głównemu bohaterowi swoje miejsce. Jest też kolejną postacią z rodzaju "schematów Moffata" (jak to roboczo nazywam jego przypadek) - jest ona przedstawiona jako kobieta w średnim wieku, ale również emanuje seksualnością, rzuca żartami z podtekstem erotycznym, które w przypadku serialu familijnego są nie na miejscu i są dość niesmaczne. Odniesień do seksualności (niepotrzebnych zresztą) Moffat ma dość sporo, dlatego dziwię się, że BBC nic jeszcze mu na ten temat nie powiedziało.
Podsumowując ten przypadek - jest to znak, że zmiany nie zawsze oznaczają coś dobrego. Bo na ironię, Davies, który jest gejem, potrafił stworzyć lepsze kreacje ról kobiecych (a niby mówią, że geje nienawidzą kobiet i źle je przedstawiają), niż Moffat, który jest mężem z długoletnim stażem. Doktor ma na szczęście nową towarzyszkę, którą polubiłam, ponieważ trochę wyłamuje się ze schematu, a przynajmniej jej wady dla mnie nie są nie do zniesienia. Jak będzie dalej - wszystko się okaże.

Przypadek #2: Stereotypowe myślenie fanów.
Przypadek drugi opieram bardziej na opiniach fanów, niż na samym wizerunku postaci. Powód jest prosty: nie znamy jeszcze tej postaci. Widzieliśmy z nią raptem kilka scenek i trailer, ale odkąd zostało ogłoszone, że taka postać pojawi się w filmie, już zaczęła budzić kontrowersje. O kim mowa? O Tauriel z drugiej i trzeciej części "Hobbita".
Elfka Tauriel, o którą jest tyle zamieszania (źródło: ew.com)
Nie chcę jednak się zagłębiać w to, co "może być w tej postaci nie tak". Polecam za to przeczytanie tego wpisu. Fascynuje mnie jednak o wiele bardziej samo podejście fanów. Jest bowiem spora grupa osób, która z góry jest nastawiona na "nie". Główny argument to: "Postać nie pojawia się w książce". Mam jednak wrażenie, że fani tym samym przedstawiają ukryty, może nie do końca świadomy, ale jednak, seksizm. Dlaczego? Bo argument byłby do przyjęcia, gdyby nie to, że w filmie pojawiły także postacie męskie, których również nie było w książce, a tylko nieliczni narzekają na ich obecność. Sama Evangeline Lilly, która ma grać elfkę, była sceptycznie nastawiona do pomysłu, idealnie jednak wyjaśnia rolę jej postaci w tym filmie, który jest nagraniem z tegorocznego Comic Conu (wypowiedź na ten temat zaczyna się około 26 minuty i 40 sekundy):

Pomijając jednak kwestie pt. czy postać jest potrzebna, czy też nie, zastanawia mnie bardzo stereotypowe myślenie fanów, którzy uważają, że postać kobieca "wszystko psuje". Co ciekawe, takie zdanie często wyrażają same kobiety. Moim zdaniem powodów, dla których nie lubi się z góry takich postaci, jak Tauriel, jest kilka:
  • zakładanie, że postać kobieca, która ma być silna (Tauriel jest kapitanem straży), nie może równocześnie podlegać słabościom, takim jak miłość (aktorzy sugerowali, że będzie wątek romansowy i to z jednym z głównych bohaterów). Stereotypowe założenie, że kobieta niezależna nie potrzebuje lub nie ma prawa nawet chcieć się zakochać. Pomijając już kwestie, że wątek romansowy wcale nie musi być wątkiem przecukrzonym i szczęśliwym. 
  • traktowanie książki jako świętość, swojego rodzaju Biblię, więc każda zmiana jest zamachem na ową świętość. Jak wspomniałam w innym poście, niestety film, a książka to dwa różne media. Również czasy się zmieniają i film trzeba dostosować do współczesnego widza, który niekoniecznie zna oryginał.
  • zwyczajna zazdrość o to, że postać kobieca "zabierze mi" męskiego bohatera. To najczęściej widzę w przypadku młodszych fanek, które wzdychają do jednego z głównych bohaterów, więc tym samym w postaci kobiecej widzą zagrożenie. 
Innym zarzutem, który często pada, jest to, że Tauriel jest zbyt idealną bohaterką, niewiarygodną, tzw. Mary Sue. Jest to jednak kwestia sporna, bowiem pozwolę sobie zacytować pewną wypowiedź, którą kiedyś znalazłam na tumblrze:
If a character is a bad ass woman who doesn’t need a man - Mary Sue. If she is a bad ass woman who does fall for a man - Mary Sue. If she is a pretty princess/damsel in distress - Mary Sue. If she is just an ordinary girl who gets the guy - Mary Sue. WHO THE HELL ISN’T A MARY SUE???
I sprawa jest też o tyle śmieszna, że w zasadzie o postaci nic nie wiemy, komentować i oceniać będziemy mogli dopiero w grudniu, po premierze drugiej części "Hobbita".

Przypadek #3: Bierność postaci kobiecych. 
Ostatnio przyznaję, że wróciłam do oglądania anime, choć też nie bezkrytycznie. Być może jest to kwestia odmienności kulturowej, jednak rzadko które anime wyłamuje się ze schematu, często również nie potrafię zrozumieć postaci kobiecych, które najczęściej zachowują się biernie. Być może jest to uwarunkowane kulturą Japonii, gdzie kobieta cicha, słodka, niewinna, bierna jest w pewnym sensie ideałem (często kobiety w Japonii także po wyjściu za mąż rezygnują z pracy zawodowej i poświęcają się tylko i wyłącznie rodzinie, jednakże gdy pensja męża jest wysoka, mogą sobie na to pozwolić). Widać to często po rankingach postaci do przeróżnych mang, gdzie bardzo często introwertyczna i cicha dziewczyna znajduje się wyżej w rankingu niż głośna, aktywna bohaterka. Jednakże co za dużo, to niezdrowo, o czym miałam okazję się przekonać, oglądając "School Days".
Główne bohaterki "School Days" - Sekai i Kotonoha (źródło: blogspot.com)
Jest to bardzo kontrowersyjne anime z 2007 roku, oparte na podstawie gry erotycznej. Kontrowersyjne jest głównie zakończenie, które, nie mówiąc zbyt wiele, nie jest dobre. Jeśli anime miało być chwytem marketingowym, na zasadzie "kup grę i stwórz sobie własne, szczęśliwe zakończenie", to się udało. Mimo wszystko nie można mówić o tym, że jest to anime idealne. Jest w nim pełno niedociągnięć, nielogicznych zachowań bohaterów.
O czym jednak jest to anime? Wydawałoby się, że zaczyna się dość niewinnie, jak szkolny romans - chłopak o imieniu Makoto interesuje się dziewczyną o imieniu Kotonoha, lecz nie ma odwagi, by do niej się odezwać. Wobec tego w roli swatki występuje jego przyjaciółka z klasy, Sekai (skrycie w nim zakochana). Działania Sekai przynoszą skutek, bo Makoto zaczyna umawiać się z Kotonohą. I tu mógłby być koniec, ale sprawy zaczynają się komplikować, gdy Makoto stwierdza, że taki związek z niewinną dziewczyną jest dość nudny i chciałby czegoś więcej, a Sekai zgadza się, by mu to zaoferować...
I szczerze mówiąc, mogłoby być to ciekawe anime, z trudnym wątkiem psychologicznym, jak radzenie sobie z nieodwzajemnionymi uczuciami, czy z wątkiem zdrady, co jest dość dojrzałym wątkiem, niezbyt często spotykanym w anime, w szczególności w tym przeznaczonym dla nastolatków. Jednakże zakończenie jest swoistym krachem fabularnym, ponieważ nikt do końca nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Jedni zakończenie chwalą, inni uważają, że jest niesmaczne i beznadziejne. Polecam obejrzeć, to anime ma tylko 12 odcinków, a dla zakończenia i wyrobienia sobie opinii - moim zdaniem warto.
Jednakże chciałam mówić o bohaterkach kobiecych. Niestety, one nie radzą sobie w żaden sposób z tym, jak traktuje ich mężczyzna, którego obie kochają - są bierne, Makoto staje się dla nich całym ich światem, zgadzają się na wszystko, co im proponuje, mówi. Do Kotonohy nie dociera fakt, że chłopak, którego darzyła szczerym uczuciem, już jej nie kocha. Z jednej strony można to łatwo wyjaśnić tym, że mamy tutaj do czynienia z nastolatkami (bohaterowie mają około 15-16 lat), a wiadomo, że w tym czasie zazwyczaj dziewczyna zaczyna myśleć poważniej o miłości, związkach, a dla chłopaka ważniejsza jest zabawa bez zobowiązań. Jednak drażni to, że bohaterki nie potrafią walczyć o swoje lub pogodzić się z tym, co je spotkało, tak jakby nie miały w ogóle szacunku dla siebie. Być może patrzę jednak na nie z perspektywy Europejki, która raczej nie uważa, że utrata kochanego mężczyzny to koniec świata. Mimo wszystko parę szczegółów można by było dopracować, choć z drugiej strony, czego się spodziewać po anime opartym na grze erotycznej skierowanej do mężczyzn?

Przypadek #4: Bohaterki niemal idealne.
I na koniec wisienka na torcie - również anime, jednak pozytywny przykład. Jest nim "Fullmetal Alchemist: Brotherhood", oparte na mandze pt. "Fullmetal Alchemist".
Jest to przypadek o tyle ciekawy, że targetem są tutaj również młodzi chłopcy. W skrócie anime opowiada o dwóch braciach: Edwardzie i Alphonse Elric, którzy żyją w alternatywnym świecie, gdzie zamiast techniki rozwinęła się alchemia, oparta na zasadzie równoważnej wymiany. Chłopcom umiera matka, więc postanawiają złamać prawo alchemii i przywołać matkę do życia. Próba nie udaje się, w związku z czym Alphonse poświęca swoje ciało (a jego dusza znajduje się od tej pory w zbroi), a Edward poświęca nogę i rękę. Chłopcy próbują odnaleźć sposób na odzyskanie ich ciał.
Bohaterki mangi i anime "Fullmetal Alchemist" w wizji fanowskiej (źródło: tumblr.com)
I choć tutaj bohaterki kobiece są postaciami drugo-, trzecioplanowymi, czy nawet epizodycznymi, trzeba pochwalić autorkę, że potrafiła stworzyć niepowtarzalne postacie kobiece, a każda z nich ma inną rolę. Żadna z nich nie jest zapychaczem, każda jest potrzebna na swój sposób. Każda z nich wygląda również inaczej, a nawet gdy kobieta ma krótkie włosy (co widzimy w przypadku kilku bohaterek), nie ujmuje jej to kobiecości. Nawet konkretna rola żołnierza nie sprawia, że postać kobieca jest tym samym stereotypowym "babochłopem". Mamy więc matkę, nauczycielkę, żonę, przyjaciółkę, kobiety w typowo męskich zawodach (mechanik, żołnierz), kobietę, która dąży do władzy, wojowniczki, kobiety sprytne, pracujące, czułe. Każda z nich jest niepowtarzalna na swój sposób i ma odrębny charakter, a także rolę. Mają swoje wady, ale przy tym pokazują, że nie są wcale gorsze od mężczyzn. I jest to przykład na to, że można, że jest to możliwe, by stworzyć postacie kobiece, które nie są jak Bella ze "Zmierzchu" (Doug Walker niedawno określił ją jako "czystą kartkę", co dokładniej miał na myśli, możecie się przekonać, oglądając ten filmik). Dlatego polecam bardzo anime "Fullmetal Alchemist", bo pomijając postacie kobiece, to mamy również masę innych, ciekawych wątków.

I na tym kończę swój wywód, jest to chyba najdłuższy wpis, jaki stworzyłam. Podsumowując: bardzo trudno jest stworzyć postać kobiecą. Ciężko jest wyplenić stereotypy z reklam, jednak niestety często twórcy seriali, książek, filmów przenoszą je do swoich dzieł, przez co sami odbiorcy zaczynają się kierować stereotypami. Jest to ciężka praca, ale jednak okazuje się, że można, że można stworzyć postać kobiecą, która tym samym dorównuje mężczyźnie pod każdym kątem, ale jednocześnie zachowuje swoją kobiecość, nie wyrzeka się jej. A różnorodność jest w tym przypadku też najważniejsza - czyli jest wiele ról, które może spełniać kobieta i jak się okazuje, może sprostać niemalże każdej z nich. Pod względem urody jest już różnie, ale to chyba temat na trochę inny wpis.

A w następnym wpisie postaram się opowiedzieć o tym, gdzie można pracować po socjologii i kierunkach jej pokrewnych - bo wbrew stereotypowi, pracę można znaleźć.

piątek, 12 kwietnia 2013

Konferencja naukowa "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym" - krótkie sprawozdanie

W ubiegłą sobotę, tj. 6 kwietnia miałam okazję uczestniczyć w konferencji naukowej "Kobieta i kobiecość. Gender w dyskursie prawniczym", która odbyła się w Poznaniu, na Wydziale Prawa i Administracji UAM. Temat mnie bardzo zaintrygował, choć nie jestem studentką prawa, uznałam, że skoro to sobota, to warto się zarejestrować i zobaczyć, jak to będzie wyglądać.
I muszę przyznać, że ze wszystkich konferencji, otwartych wykładów, itp., w jakich uczestniczyłam, tę właśnie konferencję mogę zaliczyć do najbardziej udanych i najciekawszych. Było ku temu kilka powodów. Przede wszystkim wbrew tytułowi mogę uznać, że konferencja miała bardziej charakter interdyscyplinarny, aniżeli jedynie prawniczy. Początkowo obawiałam się, widząc listę prelegentów, że zabraknie głosu z nauk społecznych, głosu socjologicznego, który chyba jest najważniejszy przy wprowadzeniu w tematykę gender, praw kobiet, walki o emancypację, itd. Na szczęście tak się nie stało, pierwsza prelegentka bowiem (doktor Monika Frąckowiak-Sochańska, z którą miałam okazję porozmawiać podczas przerwy) była z wykształcenia socjologiem i psychologiem, co bardzo się przydało przy wprowadzeniu w tematykę, a i ja dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, np. statystyk na temat chorób psychicznych. Druga prelegentka ciekawie wprowadziła uczestników w tematykę historii walk o prawa kobiet. Kolejna zaś, choć z wykształcenia prawniczka, świetnie opisała konsekwencje stereotypów na temat płci, konsekwencje nie tylko społeczne, ale także i prawne. Muszę właśnie pogratulować doktor Buchowskiej za świetne rozeznanie, bez zbędnych uogólnień, ale i też bez przesadyzmu. 
Druga część interesowała mnie nieco mniej, bowiem traktowała bardziej o kwestiach prawnych, co do których nie orientuję się tak szczegółowo, jak tam była mowa (nie znam numerów wszystkich ustaw, kodeksów, itd.), orientuję się jedynie na tyle, na ile muszę, acz i tak muszę przyznać, że prelegenci mówili w sposób dla mnie bardzo zrozumiały. Jedynie w tej części zabrakło powiedzenia o pewnym zjawisku, które dotyczy kobiet w pracy - wspomniano o szklanym suficie, szklanych ruchomych schodach, ale zapomniano o innym zjawisku - o lepkiej podłodze. "Lepka podłoga" oznacza tyle, że kobiety jakby same się ograniczają, wybierając świadomie pewne zawody, w których płace są mniejsze, albo takie, w których nie ma możliwości awansu. Być może świadomie jednak pominięto to zjawisko, ponieważ bardziej ma ono charakter społeczny i wątpię, żeby pod względem prawnym można było coś z tym zrobić (można wprowadzić dane prawo, ale to nie znaczy, że świadomość człowieka zmieni się z dnia na dzień). 
Trzecia część była też ciekawa, łącznie z wystąpieniem pani minister Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz - prelegentki mówiły o tym, jak wygląda wprowadzenie prawa stworzonego z myślą o kobietach (np. ustawa żłobkowa) w praktyce. I cieszę się, że była taka część, uświadamiająca to, że choć przepisy prawne można zmienić, można nad tym pracować, ale praktyka może być niestety zupełnie inna. Idealnie obrazowała to, jak  bardzo musi się jeszcze zmienić polska mentalność, by zaczęto w pełni akceptować prawo i stosować się do norm prawnych. 
Co do większych zastrzeżeń - dotyczą one nie wystąpień, a bardziej dyskusji, jaka była po nich. Niestety, jakoś nie miałam czasu zabrać głosu, ponieważ i tak wszystko było opóźnione i organizatorzy musieli wszystko przyspieszyć. Ale powiem to już tutaj. Pierwsza dyskusja, po pierwszej części konferencji dotyczyła aspektów językowych. W skrócie - pojawiła się teza, że żeby nastąpiło równouprawnienie kobiet, potrzeba zmian językowych także w języku prawniczym, języku ustaw, żeby np. było zapisane "Posłowie i Posłanki", "Obywatele i Obywatelki". Teza poniekąd słuszna, bo pierwsza prelegentka mówiła, że jest udowodnione empirycznie, że jeśli nie używa się żeńskich końcówek, to człowiek automatycznie myśli o np. "lekarzu", jako mężczyźnie. Że w ogóle nie myśli się o kobietach. Dyskusja nawiązała się na temat tego, czy jest to w ogóle potrzebne. Ja osobiście uważam, że jest, aczkolwiek nie chodzi o sam język. Język kształtuje się w sposób naturalny, oddolny, niezależnie od tego, co nam narzuci prawo. Dlatego też to, czy formy "socjolożka", czy "psycholożka" przyjmą się w naszym języku, zależy od mentalności. Ale moim zdaniem przede wszystkim potrzebna jest edukacja. Potrzebne są zmiany, żeby nie było podwójnych standardów w nauczaniu, zwłaszcza w tym początkowym, gdzie przecież bardzo często mamy sytuację, że nauczyciel przyzwala chłopcu na to, żeby może nie tyle co rozrabiał na lekcjach, ale na bardziej ekstrawertyczne zachowania, głośniejsze zachowywanie się. Gdy natomiast dziewczynka jest głośno, wtedy zwraca się jej uwagę. Albo w przedszkolach - podział na zabawki, także podział kolorystyczny. Wszystko niestety zaczyna się od dzieciństwa - jeśli dziewczynka nie ma przyzwolenia wśród rówieśników na to, by bawić się klockami, które rozwijają wyobraźnię przestrzenną, to jak potem, jako dorosła kobieta, ma zainteresować się inżynierią? Potem słyszymy narzekanie, że mamy dużo kobiet na kierunkach humanistycznych, a mało na politechnicznych. Ale jest to jednak rzecz, której nie można uregulować prawnie, są to niejawne normy, na które przyzwala społeczeństwo. Choć są rzeczy, które można regulować. Jedna z prelegentek wspomniała, że ONZ dba o weryfikację podręczników szkolnych pod kątem dyskryminacji płciowej. Jeśli tak się dzieje, to jakim cudem do podręcznika szkolnego wkradło się coś takiego?
Źródło ilustracji: Polska rodzina - jaka jest, jak się zmienia?, publikacja do ściągnięcia za darmo tutaj
I w tym jest właśnie problem. Jak to prawo jest egzekwowane? Edukacja moim zdaniem jest ważniejsza, niż zmiany językowe, bowiem można ją bardziej kontrolować pod względem prawnym. 
Druga kwestia dotyczyła pewnego głosu z sali. Jedna pani bowiem była niezadowolona z faktu, że miasto, w tym i kobiety muszą płacić za to, że Poznań musi utrzymać stadion. Tym samym miałam wrażenie, że ta pani sugeruje, że stadion i mecze to tylko rozrywka dla facetów, a przecież wcale tak nie jest. Przypomniało mi to śmieszne argumenty feministek przed Euro. Argumenty moim zdaniem zbyt skrajne. 
Podsumowując: uważam, że potrzeba więcej takich konferencji i więcej takich dyskusji, choć oczywiście moglibyśmy siedzieć tam całe dnie i debatować. Generalnie bardzo mi się podobało i liczę na dalszą aktywność Prawniczego Koła Naukowego "Gender" w tym właśnie kierunku.