Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 listopada 2016

Dlaczego Donald Trump wygrał? I kolejna rzecz o sondażach.

Ktoś może mieć zażalenie, czemu nie pisałam o wyborach w Polsce rok temu, czemu nie pisałam o Brexicie, tylko nagle pisze sobie o Donaldzie Trumpie, 45. Prezydencie Stanów Zjednoczonych. Odpowiedzi mam w zasadzie dwie: pierwsza to tak, że nawet jeśli komuś się to nie podoba, to USA są mocarstwem na świecie i sporo od ich polityki zależy. To nie jest kraj bardzo odległy, który może sobie robić pewne rzeczy bez konsekwencji dla reszty globu. Po drugie: no cóż, może to i z mojej strony naiwność, ale do środy łudziłam się, że może ludzie się opamiętają, bo to, że świat skręca coraz bardziej w prawo to fakt dla mnie znany od czasów moich studiów - już wtedy powtarzano na wykładach, że obecne pokolenie młodych ludzi, przynajmniej w Polsce (bo w USA chyba jednak jest nieco inaczej), jest o wiele bardziej konserwatywne od poprzedniego pokolenia. Dlatego wybór Trumpa nie zaskakuje, ale jest pewnego rodzaju konsekwencją. I o tym chcę pomówić. 

Mogłabym tu wstawić Trumpa z wyjątkowo głupią miną (a niemało jest takich zdjęć), ale uważam, że każdy taki wizerunek w pewnym sensie kształtuje odbiorcę, dlatego wybrałam w miarę neutralne zdjęcie. Źródło: www.slate.com
Z góry zaznaczę, że nie chcę mówić w tym tekście o tym, jakim prezydentem będzie Trump, a to z prostego powodu: uważam, że socjolog nie jest wróżką i nie powinien się zajmować takimi analizami. Zostawmy to politologom, amerykanistom. Dlatego też, choć raczej o tym nie wspominałam na blogu, przyznam się do tego, że wybitnie irytują mnie socjologowie w mediach, którzy świadomie lub też sprowokowani bawią się w takie wróżki i różne przewidywania. Kto jak kto, ale oni powinni wiedzieć, że czasem jedno, niepozorne zdarzenie sprawia, że społeczeństwo odwraca się w kompletnie innym kierunku. Ale chcę porozmawiać o przyczynach takiej sytuacji. Do tej krótkiej analizy można dopasować też inne zdarzenia, jak kryzys imigracyjny i stosunek społeczeństwa do niego, Brexit, wybory w Polsce. Wszystkie te wydarzenia w pewnym sensie się łączą. 

A czym zawiniła Hillary Clinton, że wyborcy w Stanach nie zdecydowali się na pierwszą kobietę - prezydenta? O tym również w tekście. Źródło: www.nationalreview.com
Fascynuje mnie to, że wielu komentatorów, czy to blogerów, czy dziennikarzy, czy zwykłych ludzi ma często podejście zero-jedynkowe przy próbie odpowiedzi na pytanie, dlaczego wygrał Donald Trump. Pojawiają się w zasadzie dwie skrajne opinie, przy czym jedna bardziej odpowiada na pytanie "Dlaczego Hillary Clinton przegrała?". Jednakże społeczeństwo jest na tyle skomplikowanym tworem, że to nie znaczy, że jedna teza musi wypierać drugą, a wręcz przeciwnie - mogą być one bardzo ze sobą powiązane, choć czasem w niezbyt oczywisty sposób.

Od 2008 roku mamy kryzys gospodarczy. Kryzys gospodarczy w kapitalizmie jest zjawiskiem cyklicznym, najczęściej spowodowany tym, że dochody mieszkańców danego państwa (czy nawet całego świata) nie nadążają za produkcją dóbr, w związku z czym po prostu na rynku mamy zalew towarów - często przekłada się to również na jakość, ale to temat na inne, bardziej ekonomiczne dywagacje, ale niestety - nie ma tego komu kupować. W 2008 roku było to związane z rynkiem nieruchomości w Stanach Zjednoczonych - banki dawały kredyty ludziom w wysokości 100% wartości nieruchomości na masową wręcz skalę. Niestety, pieniądze na te kredyty w końcu się skończyły i okazało się, że ludzie nie mają również ich z czego spłacać. Konsekwencją tego było m.in. zaostrzenie systemu kredytowego, ale także upadłość wielu firm ubezpieczeniowych, czy nieprawidłowe zarządzanie (głośne było to, jak pewna firma ubezpieczeniowa wzięła od państwa sporą sumę pieniędzy na ratowanie firmy - okazało się, że za te pieniądze zarząd wypłacił sobie duże premie). Dalszą konsekwencją takich działań była słynna reguła św. Mateusza - bogatsi zaczęli się jeszcze bardziej bogacić, a biedni stawali się coraz biedniejsi.

Szczególnie odczuły to pewne grupy społeczne w Stanach Zjednoczonych, np. młode pokolenie zwane millenialsami - studia bez zaciągania ogromnego kredytu praktycznie stały się niemożliwe, a praca po nich okazała się słabo płatna lub nie spełniająca oczekiwań (np. brak możliwości rozwoju, awansu). Odczuły to również grupy pomijanych ludzi od wielu, wielu lat - np. w filmach amerykańskich nie zobaczymy obrazu robotników tracących pracę, ponieważ firmy przeniosły się do Meksyku lub któregoś z krajów azjatyckich, gdzie produkcja jest tańsza. Jednocześnie widząc, jak elity - czyli bankierzy, politycy, wielcy przedsiębiorcy, celebryci - ciągle się bogacą (czasami w niezbyt uczciwy sposób) - powodowało to w tych ludziach frustrację. Stąd m.in. ruch Occupy Wall Street. 

Tak, Ameryka to kraj pełen kontrastów. W filmach i serialach widzimy życie na poziomie, tzw. "amerykański sen", kraj w którym wystarczy tylko chcieć, aby coś osiągnąć. Rzeczywistość jest jednak inna, a zgodnie z zasadą socjologii Petera Bergera: "nic nie jest takie, jak się wydaje". Wiem, że dowody anegdotyczne nie są żadnymi dowodami, ale w mediach widuję wiele pesymistycznych wypowiedzi ze strony młodych ludzi w USA - wcale nie chwalą swojego kraju, mówią, że jest ciężko, że na wszystko trzeba mieć pieniądze, a nawet najlepsze studia nie gwarantują dobrej pracy - a wisi nad nimi kredyt. Z kolei tych, którzy są "white trash" również irytują elity i media, które są oderwane od rzeczywistości. Ich problemy są pomijane, nawet jeśli ktoś się nad tym pochyli, to właściwie nie wyciąga żadnych wniosków. 

Ta frustracja musiała w końcu znaleźć swoje ujście. I znalazła, zresztą, nie tylko w USA, w populistycznych poglądach. A takie miał (czy dalej ma, nie wiem, zwłaszcza, że bardzo stonował swoje podejście) Donald Trump. Człowiek, który powiedział, że zna rozwiązanie, "jak uczynić Amerykę ponownie wielką". Człowiek, który obiecał miejsca pracy, wydalenie nielegalnych imigrantów (oskarżanych przez prawicę o zabieranie miejsc pracy) czy muzułmanów (ze strachu przed terroryzmem). To przemówiło do tych ludzi. Nie można odmówić Trumpowi charyzmy - zwłaszcza, że wielu ludziom spodobała się "szczerość" (choć jak dla mnie bardziej chamstwo, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego to się tak podobało - coś na zasadzie tłumionych emocji), ale fascynuje mnie to, jak Trump zdołał przekonać ludzi, że jest antysystemowy i antyestablishmentowy. Niestety, ale człowiek, który wyrósł w tym systemie tak łatwo z niego nie zrezygnuje - chociażby dlatego, że nie zna innego wzorca. 

Zdjęcie to mówi bardzo wiele - państwo Clinton byli gośćmi na weselu Donalda Trumpa. Dlaczego więc nowy prezydent jest kreowany na kogoś antysystemowego? Źrodło: www.people.com
Jest jednak jeszcze druga teza, którą chętnie forsuje druga strona, a zwłaszcza młodzi ludzie w Stanach. Nie wygrał Trump, a wygrał seksizm, rasizm, ksenofobia i homofobia. Trudno jednak powiedzieć, że jest to nieprawda. Donald Trump zasłynął z kontrowersyjnych wypowiedzi, czym zraził do siebie wielu ludzi, zwłaszcza mniejszości rasowych czy narodowych oraz przede wszystkim zraził do siebie kobiety wszelkiej maści - za jego seksistowskie wypowiedzi, a także za oskarżenie o gwałt. 

Trzeba powiedzieć sobie wprost - wciąż biały, heteroseksualny mężczyzna, do tego chrześcijanin, jest członkiem najbardziej uprzywilejowanej grupy w Stanach Zjednoczonych. Mówi się w Polsce coraz głośniej o tym, że trzeba walczyć z seksizmem itd., ale tu jednak przyznam po części rację prawej stronie - w Stanach Zjednoczonych jest o wiele gorzej. Wynika to przede wszystkim z kultury - w USA namnożyło się odłamów religii chrześcijańskich, często są to odłamy kontrowersyjne, jak np. mormoni, amisze czy świadkowie Jehowy. Łączy je jedno - literalne przywiązanie do słów zawartych w Biblii (stąd słynne Bible Belt, czyli konserwatywne stany), co skutkuje również seksistowskim stosunkiem do kobiety. W pewnych miejscach w USA władczy stosunek ojca do córek jest uważany za coś normalnego, a służalcza rola kobiety jest również tam "czymś naturalnym". Do pewnego momentu w USA całkiem normalne było to, że kobiety wybierały się na studia po to, by złapać męża, później najczęściej rezygnowały z dalszej edukacji, a także kariery zawodowej. 

Warto jednak zaznaczyć, że Trump zirytował sporą część konserwatywnych wyborców, będąc zaprzeczeniem wartości - konserwatyzm wskazuje na tradycję, a tymczasem Donald Trump jest rozwodnikiem, ma trzecią żonę, o swojej córce wyraża się w sposób, jaki nie przystoi ojcu, w dodatku niejasne są jego zaznania podatkowe (żeby nie powiedzieć, że na nich oszukiwał). 

Jak jednak to wszystko wpisuje się w wyborców Trumpa? Otóż od momentu wyborów krążą różne tabele dotyczące tego, jak głosowały poszczególne grupy demograficzne, według badań exit polls zaraz po wyborach. Tabele te opublikował The New York Times, a ja przedstawię tylko kilka najciekawszych (i najważniejszych).





Jak widać, na Trumpa głosowali głównie biali mężczyźni w średnim wieku, bez wyższego wykształcenia, ale widać nieznaczną różnicę w przypadku rocznego dochodu - tutaj ci, co zarabiają powyżej 50 tys. dolarów rocznie chętniej oddawali głos na Trumpa. Te 50 tys. to magiczna granica, od której uznaje się, że mamy do czynienia z kimś klasy średniej.

Można się kłócić, że Trump nie wygrałby samymi głosami klasy średniej i wyższej. Jednak dane mówią co innego. Zakładając, że cała klasa średnia i wyższa głosowałyby na Trumpa, to wygrałby. Udowadniają to dane ze spisu powszechnego

Wykres zrobiony własnoręcznie na podstawie tabeli udostępnionej do ściągnięcia. Wprawdzie z lewej mamy 2015, a z prawej - 1967, to łatwo można zauważyć, że klasa średnia robi się coraz większa, z niewielkimi spadkami. Uwaga: dwa razy mamy pokazany rok 2013, ponieważ badanie było robione dwukrotnie w tym roku, dotyczyło ono nieco innych kwestii.
A jeszcze ciekawiej robi się, gdy weźmiemy pod uwagę tylko ludność białą:

Choć tak jak wspomniałam - Ameryka to kraj kontrastów, wielu kultur, to nie można dać sobie wmówić, że jest to kraj biedny. Ani przekładać polskich, rodzimych warunków na cudze. 

Miało być jeszcze o sondażach. Zainspirowała mnie do tego opinia Zwierza Popkulturalnego i pod jej wpływem zaczęłam się zastanawiać. Może faktycznie coś w tym jest, że sondaże, które w niedawnym czasie pomyliły się w prawie każdym przypadku, nie są już wiarygodne? Może najlepiej byłoby je wycofać i zamiast tego skupić się na przekonywaniu do kandydata w inny sposób, a nie dlatego, że lepiej wypada w sondażach? 

Pomyślałam sobie o swojej pracy magisterskiej i o wniosku, który zawarłam, a mianowicie - czy aby na pewno każda znana metoda jest zawsze sprawdzona i zawsze dobra? Przykładowo, badając fandom nie mogłam zastosować metody ilościowej, nie znając populacji. Badając zjawiska powiązane z Internetem jest to niemalże niemożliwe. I coś takiego stało się ostatnimi czasy - ludzie na mediach społecznościowych swoje, a sondaże co innego. Co zawodzi? Metoda? Być może - pamiętam, jak sama miałam telefon z sondażem dla TVNu (wylosowano mnie) i zadano pytanie, na kogo bym głosowała. Miałam wybrać z listy kandydatów, ale... Nie było odpowiedzi "nie wiem" lub "nie mam swojego kandydata". Dlatego też odpowiednio stworzone kafeterie mogą fałszować obraz. Czy ludzie kłamią? Nie sądzę, ale raczej może tu działać magia przekory, a także (co mnie bardzo martwi) brak zaufania do nauki i krytycyzm wobec sondaży czy innych metod badań nauk społecznych. Być może dzisiaj nie znamy dobrej metody, by badać odpowiednio te nastroje przedwyborcze. Ale być może ją poznamy, zwłaszcza, że w dobie Internetu bardzo szybko się wszystko zmienia.

Tak jak wspomniałam - nie będę bawić się w wróżkę, bo nie wiem, jakie konsekwencje będzie miał ten wybór w USA. Ale warto się zastanowić, skąd takie nastroje się biorą, ile jest składowych, ile różnych wniosków można wyciągnąć. Warto też czytać i poznawać Stany Zjednoczone nie tylko filmowo. Bo póki co jest to kraj, z którym trzeba się liczyć. 

piątek, 23 października 2015

"Marks dla opornych" oraz dlaczego koszulka z nim zła nie jest

W trakcie tej kampanii wyborczej mogłam usłyszeć naprawdę różnych rzeczy na temat chyba niemal wszystkich partii kandydujących. Większości z nich (czyli generalnie obrzucania siebie błotem) mogłam się spodziewać i machnęłam na to ręką. Ale gdy dowiedziałam się, że Paweł Kukiz porównał noszenie koszulki z Marksem do noszenia koszulki z Hitlerem, to coś we mnie pękło. Już nawet pomijając moją sympatię do partii Razem, po prostu jako socjolog muszę zaprotestować.

Koszulka wyglądała tak:

Po lewej Adrian Zandberg, a po prawej oczywiście Paweł Kukiz. Źródło: www.radiozet.pl
I w tym momencie, ja nie rozumiem po prostu, jak można porównać Marksa do Hitlera. Tych obu łączy praktycznie tyle, co nic. Smutne to, ale wychodzi na to, że spora część naszego społeczeństwa po prostu nie wie, jakie poglądy miał Marks. A w rozmowach z ludźmi wynika mi często, że nawet nie zdają sobie sprawy, jak wiele ich poglądów pokrywa się z poglądami Marksa na rzeczywistość. Bo w telegraficznym skrócie, jeśli uważasz, że:
  • źródłem wielu konfliktów społecznych i nierówności są przede wszystkim nierówności w płacach,
  • że niesprawiedliwym jest to, że tylko nieliczni posiadają ogromne dobra materialne tego świata, a większość nie posiada właściwie nic,
  • ludzie pracujący powinni mieć prawa do godnej płacy za swoją pracę, jak i mieć prawo do płatnego urlopu i ubezpieczeń społecznych,
  • w przypadku utraty pracy z jakichkolwiek powodów (także tych zdrowotnych) państwo powinno pomóc takiemu człowiekowi,
  • najbogatsi powinni płacić wysokie podatki, zaś ci najbiedniejsi powinni mieć ulgi,
  • a także religia jako instytucja wspiera (otwarcie lub nie) obecny system polityczny,
to tak! Poglądy Marksa pokrywają się z Twoimi! Może to być zaskoczenie dla wielu. Tak więc dzisiejszy post chciałabym poświęcić Karolowi Marksowi, który niejednokrotnie jest mieszany z błotem w polskiej polityce czy w dyskusjach. Z czego jednak to wynika, o tym nieco później.

Bohater dzisiejszego postu. Źródło: en.wikipedia.org
Chciałabym przede wszystkim, aby o Marksie uczono w szkołach, zwłaszcza na wiedzy o społeczeństwie. Myślę, że wielu wtedy zdałoby sobie sprawę, dlaczego świat dzisiaj wygląda tak, a nie inaczej. Zacznijmy jednak od początku.

Nie chciałabym, żeby ten wpis był jak wpis z wikipedii, dlatego postaram się też opowiedzieć o Marksie w dość przystępnej formie. Karol Marks urodził się w 1818 roku w Trewirze, w Niemczech. Jego ojciec był adwokatem, dzięki czemu młody Karol Marks mógł otrzymać wówczas staranne wykształcenie. Mając 17 lat, rozpoczął studia, gdzie zetknął się z ideami socjalistycznymi.

Należy pamiętać, że lata 30. i 40. XIX wieku to czasy rewolucji przemysłowej w Europie Zachodniej. Jednakże wraz z rozwojem kapitalizmu szybko zaczęto dostrzegać problemy trapiące większość społeczeństwa. Pojawia się problem bezrobocia i nowe formy ubóstwa. Wielu ludzi wtedy wyemigrowało ze wsi (na której już nie trzeba było tylu rąk do pracy, co niegdyś) do miasta w poszukiwaniu lepszego bytu. Niestety, miasto nie było w stanie zapewnić pracy dla każdego człowieka. Nie było też żadnych świadczeń społecznych, żadnych ubezpieczeń, a za to nasilił się wyzysk kapitalistów, polegający w skrócie na tym, że ludzie pracowali ciężko, a za tę pracę dostawali marne grosze. Czas pracy nie wynosił wtedy 8 godzin tygodniowo, a bywało, że nawet i 16. Kobiety zatrudniano za jeszcze niższe stawki, tak samo, jak i dzieci. Oczywistym było więc to, że pojawiła się krytyka tego stanu rzeczy, nazwana socjalizmem. 

Karol Marks, który pracował jako dziennikarz, pisywał teksty (wraz z Fryderykiem Engelsem) krytykujące kapitalizm, jednakże idee socjalistyczne, z którymi spotkał się wcześniej, również nie przypadły mu do gustu, uważał je bowiem za utopijne. Dlaczego? Ano dlatego, że zadał sobie następujące pytanie: Ludzie od starożytności mają wypracowane poglądy na to, czym jest dobro, sprawiedliwość, równość, ale z drugiej strony rzeczywistość społeczna jest sprzeczna z tymi ideami. Tym samym socjalizm jest niczym innym, jak kontynuacją tej sprzeczności. Jak to należałoby zmienić? I dlaczego te idee nie zmieniają rzeczywistości? Warto też dodać, że Marks uważał, że mimo rozwoju nauki i techniki wciąż panował brak postępu społecznego. 

Tak samo krytykował również idealizm, czyli przekonanie, że idee zmieniają świat. Jego zdaniem idee są tylko zniekształconym obrazem rzeczywistości, a nasz umysł tworzy sobie fikcyjne pojęcia, aby ułatwić pojmowanie rzeczywistości. Innymi słowy: to byt determinuje świadomość, a nie odwrotnie. Nasz umysł nie pojmuje rzeczywistości, a tylko zjawiska, bo zachodzą one na wierzchu. Niestety, nam się tylko wydaje, że pojmuje zastaną rzeczywistość, ale gdyby tak było, to bylibyśmy w stanie zmieniać świat zgodnie z naszymi ideami. 

Jak takie dywagacje filozoficzne mają się jednak do kapitalizmu? Otóż Marks wierzył w determinizm, wierzył w to, że życiem społecznym rządzą pewne "ukryte" prawa historyczne, a ludzie, niczym marionetki, wypełniają je, chcą czy nie chcąc. Sam Marks uważał, że kapitalizm nie upadnie przez rewolucję (czyli wbrew temu, co sądzi wielu, utożsamiając idee Marksa z ideami Lenina), tylko upadnie wtedy, kiedy do tego dojrzeje. Kapitalizm był dla niego tylko jedną z kolejnych formacji, etapem w rozwoju ludzkości. Marks dzielił zaś dzieje ludzkości na nastepujące etapy:
  • wspólnoty plemienne
  • niewolnictwo - głównym źródłem bogactwa było posiadanie niewolników
  • feudalizm - głównym źródłem bogactwa było posiadanie ziemi
  • kapitalizm - głównym źródłem bogactwa jest kapitał.
Każda z tych formacji miała to do siebie, że tylko nieliczni ludzie są bogaci, a reszta żyje w nędzy, czyli na samym szczycie są wielcy właściciele środków produkcji, a na samym dole są ci, których jedynym bogactwem jest własna siła robocza. 

To właśnie Marks też pisał o klasie posiadającej, która panuje ekonomicznie, politycznie, a także ideologicznie. Niżej jest klasa średnia, a na dole - klasa niższa. Klasa posiadająca nie musi panować nawet formalnie, wystarczy, że ma po prostu swoich przedstawicieli w rządzie, którzy dbają o ich interesy. 

Co zaś z rewolucją? Tu właśnie pojawia się niekonsekwencja, jeśli chodzi o poglądy Marksa - z jednej strony mówił sam, że kapitalizm musi dojrzeć do tego, by upadł, ale z drugiej strony uważał, że z proletariuszami będzie inaczej niż z niewolnikami czy chłopami i rewolucja się uda. A ta nastanie wtedy, kiedy zabraknie innowacji w systemie i ludzie będą mieli dość ucisku.

A jednak, by tak całkowicie nie zachwalać Marksa, to czemu kapitalizm nie upadł? Nie przewidział bowiem on kilku rzeczy - sądził, że w społeczeństwie będzie garstka bogatych i cała armia biednych, jednakże nie spodziewał się, że rozrośnie się klasa średnia, która zaczęła odgrywać większą rolę w społeczeństwach zachodnich. Sądził też, że wolny rynek sam w sobie jest przyczyną wyzysku, a nie to, że burżuazja była chciwa. Jednakże póki dochody społeczeństwa będą zaspokajać popyt na kupno wyrobionych dóbr, to kapitalizm będzie trwał. Tak samo Marks nie przewidział tego, że jednak wykwalifikowana siła robocza okaże się potrzebna, a tym samym płace wzrosną. Nie spodziewał się także, że kapitalizm jest zdolny do reform.

A właśnie postulaty reform w systemie kapitalistycznym oferuje dzisiaj głównie opcja socjaldemokratyczna, czyli łagodniejsza odmiana marksizmu, uważająca, że ustrój trzeba reformować, a niekoniecznie zaprowadzać rewolucje. 

Oczywiście należy pamiętać, że idee Marksa szybko stały się niewygodne dla społeczeństwa i polityków państw, w których miał okazję żyć - a emigrował on wielokrotnie, ostatecznie kończąc w Londynie. Choć trochę rzeczy się nie sprawdziło, tak jednak ciężko nie przyznać jakiegoś wpływu na dzisiejsze społeczeństwa zachodnie. To dzięki socjalizmowi mamy 8-godzinny dzień pracy, kodeks pracy, prawo do płatnego urlopu i świadczeń społecznych. Ludzie w XIX wieku mogli o czymś takim pomarzyć.

Ten post jest telegraficznym skrótem poglądów Marksa, oparty jest też głównie o notatki ze studiów. Nie będę koniecznie zachęcać do czytania "Kapitału" czy "Manifestu komunistycznego", gdyż Marks miał dość ciężkie pióro i ciężko się go czyta, podobnie jak i Engelsa. Należy jednak cenić to, że teksty opierał także na swoich własnych badaniach, a nie tylko na dumaniach i dłubaniu w książkach. Nie w sposób jednak rozpisać się o wszystkich poglądach Marksa w jednej, krótkiej notce. Zachęcam do czytania opracowań na ten temat, a nawet do poszukiwań od wikipedii, w której podane jest wiele źródeł, także krytyczne opracowania.

Tak więc porównanie "noszenia koszulki z Marksem do noszenia koszulki z Hitlerem" jest co najmniej nie na miejscu. Niestety, w Polsce paradoksalnie złej sławy narobił Marksowi komunizm. Wielu jest bowiem w stanie o Marksie powiedzieć tylko, że kojarzy im się z komunizmem i bolszewizmem. A tymczasem uważał on, że rewolucja nie zajdzie w tak biednym kraju, jak Rosja, co więcej, przestrzegał przed takim przebiegiem zdarzeń. Gdyby tylko żył w 1917 roku, to myślę, że załamałby się, widząc to, co działo się w Rosji. 

Marksizm to żywy dowód na to, że należy się najpierw z czymś zapoznać, a potem podejść do tego z dystansem, bez emocji, by móc cokolwiek oceniać. Niestety, w Europie Wschodniej właśnie panuje dyskurs krytyki marksizmu (uzasadnionej lub też nie), podczas gdy na Zachodzie jest on traktowany tylko jako jedna z teorii socjologicznych, czy ekonomicznych.

Ja zaś nikomu nie narzucam sympatii lub antypatii. Zachęcam do samodzielnych poszukiwań, by wyrobić ostatecznie swoje poglądy. Także przed zbliżającymi się wyborami w Polsce.

sobota, 6 lipca 2013

Rzecz o sondażach - postscriptum i komentarz

Jeszcze raz napiszę o sondażach, bo dzisiaj, przeglądając stronę Gazety Wyborczej, trafiłam na bardzo ciekawy artykuł. Zabrzmię może dość wrednie, ale artykuł ten bardzo mnie ucieszył, bowiem potwierdził niejako moje poprzednie słowa na temat jednej firmy, a mianowicie firmy Homo Homini.

Chodzi jednak o inne badanie, niż te, które omawiałam ostatnio. Te było zrobione na zamówienie stowarzyszenia Republikanie. Było jednak tak nierzetelne, że niestety firma musiała się wytłumaczyć ze swoich błędów. 

A błędy były, jak czytamy w artykule, dość znaczne, m.in. pytania sugerujące w stylu: czy podatki w Polsce są za wysokie, czy ZUS jest organizacją drogą, nieefektywną, marnującą pieniądze, o pomyśle obniżenia podatków i zmniejszenia liczby urzędników. A zaraz po tym: Czy słyszał(a) Pan(i) o powstaniu nowego stowarzyszenia Republikanie założonego przez posła Przemysława Wiplera, którego programem jest: obniżenie podatków, ograniczenie obciążeń biurokratycznych, zmniejszenie liczby urzędników oraz wsparcie rodzin.

Oczywiście jest to poważny błąd przy robieniu jakiegokolwiek badania, o tym akurat nie wspomniałam w poprzedniej notce. Sugerujemy w ten sposób respondentowi konkretną odpowiedź. Dodatkowo prezes firmy dodaje, że każde pytanie kosztowało 800 zł. Dość mało. Dla porównania: jedno pytanie w CBOSie, które zawiera opcje odpowiedzi tylko "Tak" lub "Nie" kosztuje 1500 zł. 

Oczywiście firma pozostaje bezkarna, bo tak jak wspominałam, nie jest zrzeszona w OFBOR, więc nie ma nad nią kontroli. Dodatkowo ktoś w komentarzu podaje, że często wybierane są konkretne regiony Polski, by zrealizować taki sondaż, co również nie powinno mieć miejsca. 

Jednakże mam nadzieję, że również ten artykuł sprawi, że więcej ludzi zacznie krytycznie przyjmować do wiadomości wszelkie informacje o wynikach sondaży. 

piątek, 14 czerwca 2013

Rzecz o sondażach

Przydałby się nowy post, więc go piszę. Do napisania go zainspirowały mnie wyniki ostatnich sondaży wyborczych. Obserwując je, jednoznacznie w sondażach wygrywa PiS, z różnym poparciem procentowym. Dla jednych to powód do wielkiej radości, a dla innych - do niepokoju. Starając się obiektywnie zachować swój głos (nie chcę, by mój blog był polityczny), postaram się wytłumaczyć, dlaczego do takich wiadomości w każdym przypadku należy podchodzić sceptycznie.

W innym poście pisałam o tym, jak podchodzić sceptycznie do wszelkich takich informacji, które mogą być pseudonaukowe. Tutaj zaś postaram się wyjaśnić na kilku przykładach, jak podchodzić sceptycznie do informacji o sondażach.

Pierwszym przykładem będzie sondaż firmy Millward Brown. Nie pamiętam, gdzie dokładnie natrafiłam na tę informację, ale generalnie można o tym poczytać m.in. na stronie Newsweeka. Przy takich informacjach, pierwszą rzeczą, jaką szukam jest wzmianka o metodzie i próbie. Tu mam krótką wzmiankę na ten temat:

Grafika ze strony Newsweeka, źródło obrazka: http://polska.newsweek.pl/sondaz--newsweeka---przewaga-pis-nad-po-rosnie--ale-polacy-i-tak-nie-maja-na-kogo-glosowac--,zoom,104891.html


I pierwsza rzecz, która już powinna niepokoić - informacja o próbie. "Reprezentatywna grupa 420 Polaków". Przykro mówić, ale to nie jest reprezentatywna grupa, a wynika to z prostej statystycznej zasady rozkładu normalnego. Im większa próba, tym wyniki można bardziej generalizować, bo zbliżają się one do idealnych wzorów matematycznych. Dla Polski za próbę reprezentatywną (czyli na kraj zamieszkujący 38 mln ludzi) przyjmuje się, że próba taka to ponad 1000 osób. Z kolei w Niemczech, które mają 80 mln mieszkańców ta próba to już 2000 ludzi. I tak dalej. Cenię Millward Brown, ale tylko jako firmę prowadzącą badania marketingowe. Innym niepokojącym faktem jest to, że nie ma słowa o metodzie, choć w innym tekście znalazłam wzmiankę, że była to metoda telefoniczna bodajże.

I tu kolejny przykład. Na Wirtualnej Polsce mieliśmy ostatnio przedstawione wyniki sondażu przeprowadzonego przez Instytut Homo Homini. Tu wzmianka o metodzie i próbie jest dłuższa:

Sondaż dla Wirtualnej Polski został przeprowadzony 11 czerwca. Zrealizował go Instytut Badania Opinii Homo Homini. Badanie preferencji politycznych prowadzone jest metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI - Computer Aided Telephone Interview) na probie losowo-kwotowej stanowiącej liczebną reprezentację cech demograficznych dla ogółu pełnoletnich mieszkańców Polski z zachowaniem rozkładów terytorialnych (dane wg GUS). Wielkość próby to przynajmniej 1067 jednostek w jednym pomiarze. 

I próba wydaje się tu w porządku, lecz dobór metody nie jest zbyt trafny. Sondaż telefoniczny polega na tym, że ankieterzy, podobnie jak telemarketerzy, siedzą sobie w pomieszczeniu i mają listę numerów telefonicznych, do których muszą zadzwonić z pytaniami, na kogo pan/i by zagłosował/a, itd. Nie ma wzmianki o tym, czy chodzi tu o numery telefonów komórkowych czy stacjonarnych. Jednakże chyba każdy miał podobne doświadczenia, że od razu dziękował telemarketerowi, który nawet nie zdążył wypowiedzieć formułki. Tutaj próba może i jest reprezentatywna, ale jaka jest pewność, że wiesz, do kogo tak naprawdę dzwonisz? Ludzie młodzi rzadko dzisiaj posiadają telefony stacjonarne. A z komórkami jest różnie. No i nawet mieliśmy ten przypadek omawiany na zajęciach, że często jest tak, że telefonicznie ludzie mówią na odczepnego, na kogo zagłosują. Tak więc ta metoda nie jest zbyt trafna. Dodatkowym faktem przeciwko temu sondażowi jest to, że Homo Homini jest firmą, o której niewiele wiadomo - nie udostępnia swoich metod badawczych (przy jednym sondażu wyszło dużo błędów) i nie są zrzeszeni w OFBOR (Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku). 

Ostatnim przykładem będzie CBOS, a raczej manipulacja informacją, jaką podał. Nie mogłam znaleźć samego komunikatu - pewnie jest dość świeży, więc treść będzie dostępna po jakimś czasie. Ale udostępnili ją mediom, a media, jak to media, przedstawiają wiadomość w zależności od tego, jakie wartości wyznają. Tak więc na niezaleznej czytamy:

Gdyby wybory parlamentarne odbyły się w połowie czerwca, na PiS zagłosowałoby 27 proc. ankietowanych, a na PO - 23 proc. - wynika z najnowszego sondażu CBOS. Do Sejmu weszłyby jeszcze tylko dwie partie: SLD - z 9-proc. poparciem i PSL z 6-proc. wynikiem. (...) Poniżej 5-procentowego progu wyborczego znalazłyby się: Ruch Palikota (3 proc.), Solidarna Polska (2 proc.), Nowa Prawica (2 proc.) i PJN (1 proc.).

I o co chodzi? Na pewno nie o krytykę CBOS, który ma dopracowane metody, a ich próby są reprezentatywne, ale o pominięcie dość istotnego faktu. Wystarczy spojrzeć na procenty i policzyć. Łącznie głos na jakąkolwiek partię oddałoby 73% badanych. A co z pozostałymi 27%? To dość spora suma, więc nie można mówić o błędzie statystycznym czy braku danych. Póki nie znam treści komunikatu, mogę tylko strzelać, że zapewne ci respondenci udzielili odpowiedzi w stylu "Nie mam na kogo zagłosować". Dlaczego więc nie ma o tym wzmianki? To zbyt duża liczba, żeby ją tak sobie pominąć. Zwłaszcza, że jest równa z wygrywającym PiSem. 

Nie mnie oceniać, czy to dobrze, czy źle. Jedynie co mogę powiedzieć, to fakt, że trzeba podchodzić do badania zawsze z dużym dystansem i krytycyzmem. Poza tym opinie zawsze się zmieniają, w zależności od tego, co się dzieje, co podają nam media, itd. Tak więc trzeba pamiętać, że wybory mogą się zawsze liczyć z niespodzianką, a sondaże o niczym nie przesądzają.