poniedziałek, 25 marca 2013

Kolejna rzecz o mediach i interpretacji

Bo już dawno obiecałam tego posta. Ale zanim przejdę do rzeczy, to powiem coś, o czym zapomniałam powiedzieć - okazało się bowiem, że blog, który omawiałam w jednym z poprzednich postów okazał się jednak trollingiem. Jakiś czas po napisaniu mojego posta autorka nie wytrzymała, bo mnożyło się coraz więcej absurdów, w końcu pękła i powiedziała, że był to eksperyment - prawdopodobnie chciała wyjść z tego z twarzą. Jaki był prawdziwy powód - to już nieistotne, jedyne co warto pamiętać, to fakt, że takie blogi i tacy ludzie istnieją serio. FFRO była po prostu przykładem mistrzowskiego aktorstwa.

Ale do rzeczy. Post krąży mi po głowie od czasu obejrzenia "Hobbita: Niezwykłej Podróży", ale odkładałam go do nadrobienia przeze mnie książki Tolkiena, żeby nie strzelać i nie zaliczyć wpadki. Dlaczego akurat ten film? Poza faktem, że uważam go za jeden z lepszych filmów roku 2012 (i braku Oscarów nie mogę wybaczyć Akademii), to jest to pierwszy przypadek, kiedy uważam film za lepszy od oryginału, czyli w tym przypadku od książki. Nie chcę jednak wchodzić w szczegóły, dlaczego tak jest, bo jednak to nie ten rodzaj bloga, na którym pisałabym opinie czy recenzje na temat obejrzanych przeze mnie filmów/książek. Jeśli ktoś chce poznać moją opinię, chce recenzji... Proszę o kontakt, ewentualnie mogę ją zamieścić na tumblrze. Nie chcę też robić analizy porównawczej książka vs. film. Ale jednak chcę zastanowić się nad ogólnym społecznym odbiorem ekranizacji książek/komiksów/gier.

Odkąd sięgam pamięcią, obejrzałam wiele filmów, które były ekranizacjami poszczególnych powieści (najczęściej, czasami były one oparte np. na komiksach). Jedne filmy były udane, inne nie, część książek, na których się opierały, przeczytałam, a część nie. Jednak zawsze w oczy rzucają się "opinie", a bardziej "hasła": "Książka jest lepsza!", "A ja nie czytałem/am i uważam, że film jest świetny." I taka odwieczna walka - bo zawsze będą ci, co będą skrupulatnie rozliczać reżysera z tego, jak ich zdaniem zekranizował ukochaną przez nich książkę, a są ci, co po prostu idą na film i nie jest dla nich ważne, jak to było w książce, bo jej nie czytali. Nie jestem jednak od tego, żeby oceniać którąkolwiek grupę, bo czasem sama znajdowałam się w jednej, a czasem w drugiej, różnie to wyglądało. 

I teraz, może moja teza zabrzmi kontrowersyjnie, ale uważam (zwłaszcza od obejrzenia "Hobbita"), że tego typu dyskusje są bezcelowe. A dlaczego? Jest kilka powodów.
Po pierwsze, tworzy się konflikt bez wyjścia, bez rozwiązania, bo zawsze znajdzie się grupa ludzi, która przeczytała książkę i uważa się za "lepszych fanów", a ci, co obejrzeli tylko film, są "sezonowcami", a z kolei ci, co tylko chcą nacieszyć się filmem, ubolewają nad tym, że są tak nazywani, a najlepiej zdaniem niektórych zabronić oglądania filmu tym, którzy książki nie przeczytali. 
Po drugie (i to jest moja główna teza) - jak można porównywać coś, co nie jest porównywalne w swej istocie? Analogicznie do badań społecznych - czy da radę porównać ze sobą dane ilościowe (procenty, tabelki, wartości statystyczne) z jakościowymi (wypowiedzi konkretnych osób, wywiady)? Oczywiście, że nie. Tak samo nie da się porównać filmu z książką, bo choć obie mogą mieć te same źródło (tak jak badania mogą być na podobny temat), to zawsze, ale to zawsze będą jakieś istotne różnice. A wszystko wynika z interpretacji. Autor książki ma w głowie swoją wizję, którą chce przekazać czytelnikowi - a czytelnik z kolei ją interpretuje na własny sposób. Chyba nie znam dwóch takich samych osób, które identycznie wyobrażałyby sobie wszystko dokładnie tak samo podczas czytania jednej książki. Na tym polega indywidualizm człowieka. W tej samej sytuacji jest scenarzysta, czy reżyser, który nie zrobi przecież ekranizacji wg widzimisię danego fana - zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie dana wizja odpowiadać. Poza tym film jest medium audiowizualnym, wykorzystującym inne środki artystyczne - film jakby podaje nam wszystko na tacy, pokazuje, jak reżyser widzi dane miejsca w książce, dane postacie, itd. My mamy patrzeć, słuchać i oceniać, czy taka wizja nam odpowiada, nawet jeśli "nie jest tak jak w książce". Książka pozwala nam kreować własną wizję w swojej wyobraźni. Lecz czy to wszystko jest porównywalne? Czy warto, pisząc recenzję filmu, liczyć jako minus to, że coś odbiegało od oryginału? Nie wydaje mi się. 

Prawdopodobnie w następnym poście również odniosę się do fandomu. A tymczasem - wesołych świąt Wielkanocnych, jeśli takowe obchodzicie, ;)

niedziela, 10 lutego 2013

O sekciarstwie i pseudonauce

Z racji, że sesja przebiegła pomyślnie i bezboleśnie - czas na kolejną notkę. Obiecałam ją wcześniej, tak więc pora się za to wziąć.

Jedną z moich ulubionych teorii (a przynajmniej takich, które mnie przekonują) jest teoria postmodernistyczna, wskazująca na pewne braki ery Oświecenia, która po dzień dzisiejszy obowiązuje w nauce, a przynajmniej pewne zasady wywodzące się z niej (m.in. empiryzm, badamy tylko to, co widoczne i mierzalne). Postmodernizm skłania jednak do myślenia. Zadaje przede wszystkim podstawowe pytanie: czy zawsze możemy ufać nauce? Czy nauka doprowadzi nas do "zbawienia", sprawi, że staniemy się lepsi? I tu właśnie zaczynają się pierwsze wątpliwości. 
Doświadczenia II wojny światowej pokazują przecież kompletnie co innego (w ogóle to tragiczne wydarzenie wywróciło pewien sposób myślenia do góry nogami, ale też stało się motorem do szczegółowych badań m.in. w psychologii społecznej - o takich przykładowych eksperymentach opowiem innym razem). Przecież nauka w nazistowskich Niemczech, czy nawet w USA stała na bardzo wysokim poziomie. A mimo to wykorzystano ją w złych celach. A i skąd też w popkulturze archetyp "złego/szalonego naukowca", którego można spotkać w prawie każdej kreskówce i który często jest nawet wyśmiewany?

Czy wszystko jest mierzalne i policzalne? Hmm, to jak zmierzyć poziom miłości czy sympatii? Jak sprawdzić, czy ktoś jest prawdziwym przyjacielem, a ktoś inny nie? Jak dowieść, że danym człowiekiem rządzi nienawiść? Nie jesteśmy przecież maszynami, które działają zawsze tylko zgodnie z danym schematem. To jest też ogólny problem nauk społecznych - jak ująć to, co niewidoczne? Można próbować, ale moim zdaniem nie będzie obiektywnego sposobu na to - a przynajmniej nie za naszego życia. 

A mimo tego jest spora część ludzi, która wierzy bezgranicznie we wszystko, co ma do zaoferowania nauka - przy tym deklarując ateizm. Dlaczego o tym mówię? Ano dlatego, że być może kogoś tym urażę, ale mam tezę, która głosi, że taki prawdziwy ateizm nie istnieje. Można odrzucić Boga chrześcijańskiego, Jahwe, Allaha, Buddę, duchy, kogokolwiek. Ale to nie jest jeszcze jednoznaczne z ateizmem. Łączę to przede wszystkim z podstawową potrzebą człowieka - potrzebą bezpieczeństwa. Potrzebą tego, że być może jest coś po śmierci, albo potrzebą tego, że jest ktoś/coś mądrzejszy/mądrzejszego ode mnie, jakiś autorytet, którego warto słuchać, za którym warto podążać. Może to być jakaś osoba, instytucja, grupa, cokolwiek, a może to być też nauka. W każdym razie nazywam to "bożkiem". Jeśli nie wierzy się w konkretnego, takiego "mainstreamowego" Boga, to zawsze (może często nawet nieświadomie) znajdujemy coś, co nam to zastępuje. Taką bezgraniczną wiarę w rolę nauki nazywam sekciarstwem. Łączy się z nim właśnie po części pseudonauka

Podstawową cechą nauki jest to, że musi się rozwijać. Trzeba powątpiewać, szukać czegoś nowego, nierzadko odrzucać to, co obowiązywało do tej pory (przykładem niech będzie to, że jeszcze do niedawna w podręcznikach było napisane, że Pluton jest planetą, dzisiaj mówią o tym, że tak nie jest). Jeżeli więc ktoś bezgranicznie słucha się "mistrza", czy stosuje metody, które były stosowane 100 lat temu i ani myśli o tym, żeby spróbować coś innego, to czy można powiedzieć, że to jest nauka?

W naukach społecznych dodatkowo dochodzi problem łatwej manipulacji informacją, zwłaszcza ma to miejsce w raportach badawczych - i potem śmiać mi się chce, kiedy widzę przeróżne interpretacje wyników badań lub pseudo-badań, zwłaszcza w komentarzach internautów. Mogę tutaj na koniec zawrzeć parę wskazówek, które pomogą odróżnić pseudo-badanie, pseudo-raport od prawdziwego raportu. Oczywiście nie wszystko musi się zgadzać, wskazywać jednoznacznie, że to na pewno jest pseudo-badanie, ale mogą być przesłanki, że trzeba się odnieść krytycznie.


  • czy badanie zostało zrobione na zlecenie. Nie mówię tu o zleceniach firm, bo badania marketingowe to inna działka, ale np. badanie, które zostało zrobione dla partii politycznej. Z natury nauka powinna być neutralna. Jeśli robi się badanie "pod kogoś", można je wyrzucić od razu do kosza.
  • czy jest zawarta metodologia, próba, itp. Nie mówię tu o krótkich raportach CBOSu, bo te publiczne są bezpłatne i są zazwyczaj tylko streszczeniem całości. Ale jeśli raport mówi "wykonany na próbie reprezentatywnej" (a dzisiaj miałam okazję na taki trafić) i nic więcej, ani słowa o tym, jaka to próba, jak dobrana, jak wykonano badanie, jakiej techniki użyto - również można wywalić to do kosza i nawet się nie przejmować czymś takim. A jeśli w ogóle próba jest źle dobrana i pominięto to w opisie - to tym bardziej.
  • należy uważać na interpretacje słowne i komentarze. Często ma to w miejsce w gazetach. Przykładowo: używanie słówek "aż" albo "tylko", które już sugerują czytelnikowi, że coś jest złe, albo dobre. Np. "Tylko 30% Polaków czyta regularnie książki". I dalej rozwinięcie, że jak to źle, itd. Ok, ale... co z 70%? I tu należy się zastanowić, czy coś jest dobrze napisane. Choć może to być już wina dziennikarza, a niekoniecznie badacza - można przecież zawsze odwrócić kota ogonem ;)


Może następna notka będzie jakoś bardziej "na czasie"? Hmmm...

czwartek, 17 stycznia 2013

Rola telewizji publicznej - krótka analiza

Przede wszystkim witam w Nowym Roku 2013. Trochę czasu minęło od ostatniej notki, sesja zbliża się wielkimi krokami, ale stwierdziłam, że jeśli nie napiszę teraz, to potem nie będzie mi się w ogóle chciało. 

Ta notka miała być o czymś innym, ale do wpisu o mediach sprowokowała mnie ostatnia zagrywka telewizji publicznej, znanej w naszym kraju jako TVP. Chodzi mi mianowicie o "Szpiegów w Warszawie", serial długo przeze mnie wyczekiwany, reklamowany jako współpraca TVP i BBC, w dodatku z moim ulubionym aktorem... Wszystko to sprawiło, że zachciało mi się wierzyć, że być może TVP chce podnieść swój dość niski poziom, nie oszukujmy się. I... Wielkie rozczarowanie. Nie z powodu serialu. Ale z powodu tego, że TVP zafundowała nam dubbing. Dubbing filmu fabularnego, który nie jest dość powszechny w naszym kraju, może z wyjątkiem filmów dla dzieci. Decyzja niezrozumiała dla mnie. TVP nawet nie raczyła wyjaśnić, dlaczego tak postąpiła (jeden z grzechów public relations). Ktoś mi powiedział, że prawdopodobnie było tak dlatego, że chcieli podkreślić, że to jest także polska produkcja. Można to było zauważyć w zajawkach telewizyjnych, w których mówiono, że "grają tam polskie gwiazdy" (lecz ani słowa o odtwórcach głównych ról), tymczasem tych gwiazd naliczyłam... Może trzy, z czego najbardziej rozbudowaną i najlepszą rolę ma moim zdaniem Marcin Dorociński. Ale nie o samym serialu chciałam mówić - jeśli ktoś chce poznać moją opinię, odsyłam do deva i moich komentarzy (link z boku) i do wpisu Zwierza Popkulturalnego (również link z boku). 

TVP chyba zauważyła, że to był błąd, gdyż oglądalność nie zachwyciła, być może ludzie wysyłali opinie, że nie podoba się dubbing, ale w każdym razie TVP obiecała, że kolejny odcinek będzie z możliwością napisów (prawdopodobnie tu się kłania ta telewizja hybrydowa, czyli również opcja niedostępna dla każdego, bo trzeba mieć odpowiedni telewizor). Niestety, żeby to była tylko jedna wpadka TVP w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ale nie jest.

W "Metrze" czytamy o tym, że nasza kochana Telewizja Publiczna tnie dobranocki. Odzew był spory, a tłumaczenia TVP - po prostu głupie. Dlaczego w czasach mojego dzieciństwa, które wcale nie było tak dawno, jakoś można było znaleźć te pół godziny (łącznie z reklamami) na to, aby puścić fajny film lub serial animowany? Sytuacja, gdzie dobranocka trwała krócej, była niezwykle rzadka, a kiedy jej nie puszczono w ogóle, to już musiało się stać coś poważnego (pamiętam, że tak było z zamachem na WTC). Teraz czytam o tym, że rodzice się skarżą, że jest to sytuacja nagminna. 
Zdarzyło mi się oglądać jeszcze dobranocki, teraz jeśli zdarza mi się to robić, to dlatego, że siedzę ze swoimi siostrzeńcami. I muszę przyznać, że choć pedagogiem nie jestem, to długość nadawanych kreskówek nie jest jedynym problemem. One są po prostu okropne. Są mało interesujące dla dziecka powyżej 5-6 roku życia (mój chrześniak skończy w tym roku 6 lat - dobranocki z TVP go nie interesują, a ucieka w stronę Nickeleodonu, czyli kanału teoretycznie przeznaczonego dla starszych dzieci i młodzieży), wartości edukacyjne są nachalne, a i animacja nie zachwyca. Dzisiaj wszystko idzie w stronę animacji komputerowej. To już moja osobista opinia, ale moim zdaniem taka animacja nie ma duszy, dziecko nie ma poczucia, że ogląda bajkę, ciekawą, kolorową, z fajnymi postaciami. Jedyny powód, dla którego moim zdaniem ucieka się w tę stronę, to koszta - wyprodukowanie takiej bajki jest tańsze niż zatrudnienie sztabu rysowników, którzy będą się męczyć z rysowaniem klatek do animacji 2D. Kolejnym problemem jest jakość głosów w tychże bajkach. Ja rozumiem, że nierzadko postaciami w serialach animowanych są również dzieci, ale moim zdaniem to wcale nie usprawiedliwia tego, że dana postać mówi niewyraźnie
I tu przejdę do procesu socjalizacji pierwotnej, w tym wypadku do aspektu językowego i etycznego. Dziecko chłonie jak gąbka różne wartości. Ważna jest przede wszystkim rola rodzica. Wiadomo, że jedne dzieci będą myślały, że to, co jest w bajce, to tak może być w rzeczywistości, a inne będą odróżniać rzeczywistość od fikcji. Jednakże w obu przypadkach rodzic jest potrzebny. Chociażby do doboru bajek. Jeśli postacie mówią niewyraźnie, to moja rada jest jedna: wyłączyć to i nie pokazywać dziecku. Bo potem rodzice się dziwią, czemu dziecko musi iść do logopedy. Niestety, maluch najczęściej myśli sobie, że skoro tak mówi postać z bajki, to on(a) też może. Z kolei nie widzę korelacji między przemocą w kreskówkach, a późniejszym wskaźnikiem przestępstw wśród dorosłych. Jestem z tego pokolenia, gdzie kreskówki były bardzo zróżnicowane - były spokojne "Mapeciątka", czy "Reksio", ale był też "Batman" czy "Motomyszy z Marsa", czy nawet "Dragon Ball" (ok, przykłady podaję z głowy, ale wiadomo, o co chodzi). Większość nie wyrosła na psychopatów, bo... Większość umie odróżniać rzeczywistość od fikcji? Prawda stara jak świat - największy wpływ na nas ma to, co wyniesiemy z domu rodzinnego. To, czy dziecko widzi bijatykę i pijaństwo w domu, w przypadku rodziców, czy też nie, nie to, co zobaczy w telewizji. Zwłaszcza, jeśli ma mądrych rodziców, którzy umiejętnie wytłumaczą, że to, co widzą, to tylko bajka. 
Ale z drugiej strony bajki powinny propagować odpowiednie wartości, mieć jasny morał, przesłanie, acz nie nachalnie. A dzisiaj... Mamy kreskówki, które nie mam pojęcia, co chcą przekazać. Ani nie uczą języka, ani właściwie niczego. A potem TVP mówi, że chce zdjąć dobranockę, bo "jest niska oglądalność". Może warto się zastanowić nad poziomem emitowanych kreskówek w takim razie? Dlaczego "Smerfy", "Gumisie", "Tabaluga", czy nawet rodzimy "Reksio" przyciągają widzów do tej pory? Ktoś dobrze napisał, że telewizja publiczna powinna kształcić przyszłego widza, który z dobranocek przesiądzie się na filmy czy seriale dla młodzieży (tych też jest tyle, co kot napłakał), a potem na filmy dla dorosłych. A jak ma to robić, kiedy nie ma nic do zaoferowania?

Nie lepiej jest z pozostałymi programami. Seriale? Praktycznie same telenowele, nawet jeśli nie miało być tak, że te seriale miały być telenowelami. Z realiami, które są po prostu fikcją. A przeciętny Polak ogląda je dlatego, że... Nic innego nie ma. A i jest przyzwyczajony do tego, co ma, więc nie szuka dalej, nie myśli, że gdzieś może być coś lepszego. Teleturnieje czy wszelkie talent show są oparte na zachodnich licencjach. Od dawna TVP nie stworzyła nic odautorskiego.


Takich przykładów można by mnożyć. Gdybym ja tam pracowała, urządziłabym wielką rewolucję. Dlaczego? Bo ciągle się słyszy narzekanie, że jak to oglądalność spada, a widzowie wolą oglądać w Internecie. Po pierwsze, zadbać o jakość tłumaczenia - bo ciągle polskiego widza traktuje się jak dziecko, które nie powinno słuchać brzydkich słów. I w efekcie mamy kiepskie tłumaczenia, nie oddające filmu. Po drugie - dać możliwość wyboru, tj. albo lektor, albo napisy. Dubbing tylko do produkcji dla dzieci. Po trzecie, spełniać faktycznie misję, zadbać o poziom tych programów. Nikt nie mówi, że to mają być programy, które będą oglądać tylko profesorowie filozofii, ale gdzie się podział "Teatr Telewizji"? Gdzie jest "Wideoteka dorosłego człowieka"? A programy popularnonaukowe takie jak "Z kamerą wśród zwierząt"? To były programy na poziomie, a przy tym zrozumiałe dla przeciętnego odbiorcy. O edukacyjnej roli telewizji nie ma żadnej mowy. Bo jak to jest, że w ramówce TVP Historia mamy też zwykłe seriale? I moja refleksja: jak to jest, że krytykowany PRL jednak potrafił stworzyć lepsze programy, niż teraz?


Mówi się, że TVN czy Polsat puszczają kupę reklam, a mało programu. Jednak telewizja publiczna powoli też zmierza w tym kierunku, niestety. Jedyna zaleta jest taka, że nie przerywają filmu czy programu reklamami. Jednak co z tego, ja potem one trwają z 15 minut, zanim pojawi się kolejny program?

Przepraszam za mały obiektywizm w tym poście, ale skoro wszyscy, nawet profesorowie krytykują tę politykę, to myślę, że przeciętny człowiek też potrafi to dostrzec. W każdym razie na dzień dzisiejszy TVP nie zachęca do opłacania abonamentu.

TVP - telewizja z misją, czy maszynka do zarabiania pieniędzy?



czwartek, 27 grudnia 2012

Dlaczego cały czas nie jesteśmy smutni?

Tytuł brzmi zagadkowo, ale już tłumaczę. Otóż... Tak mało świątecznie, ale statystyki są okrutne - mówi się, że co chwila gdzieś na świecie umiera człowiek. Niekoniecznie z przyczyn naturalnych. Dlaczego więc cały czas nie jesteśmy smutni, nie rozpaczamy z tego powodu? Dlaczego nie robią tego nawet najwrażliwsze jednostki na świecie, które walczą o to, aby na świecie było lepiej?

Stalinowi przypisuje się słowa "Jedna śmierć to tragedia, milion - to statystyka." Można się na te słowa bulwersować, można krzyczeć, że skoro powiedział to Stalin, to pewnie to jakieś kłamstwo. Ale niestety, wystarczy się przyjrzeć własnemu zachowaniu, by przekonać się, że to prawda. Bo inaczej - dlaczego rozpaczamy, gdy dowiadujemy się o śmierci bliskiej nam osoby, a gdy w wiadomościach mówią o tym, że zginęło ileś tam osób w jakimś wypadku, czy w jakiejś katastrofie, to potrafimy jednak zjeść spokojnie obiad?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta: zachodzi tu zjawisko, zwane jako kompresja czasoprzestrzeni. Jest ono związane z rozwojem mediów i z globalizacją. Dzięki mediom dostajemy bardzo szybko wiadomości z całego świata. Przez to niektórzy mogą mieć nieco mylne wrażenie, że dzisiejszy świat składa się z samego zła, że tylko wojny, przestępstwa, katastrofy, że "wcześniej tego nie było". Było. Było, tylko myśmy o tym nie wiedzieli tak szybko. Albo nie dowiadywaliśmy się o tym wcale. Nie mówiąc o tym, że jest to konsekwencja rozwoju cywilizacyjnego (często zakłóconego w przypadku krajów Trzeciego Świata). Przez to zjawisko mamy wrażenie, że jesteśmy w stanie współczuć ludziom, którzy są daleko od nas i spotkała ich jakaś tragedia. To też mylne wrażenie. Nawet jeśli jesteśmy w stanie się wzruszyć, to jest to tylko na moment. Potem wracamy do normalnego rytmu życia. A to dlatego, że po prostu nas tam nie ma. Siedzimy sobie w bezpiecznym, ciepłym kącie i nie przeżywamy tego. Dlatego też to jest jeden z powodów, dla którego powinniśmy patrzeć krytycznie na wszelkie informacje pochodzące z mediów.

No, dzisiaj notka krótsza, acz mam nadzieję, że wszystko wyjaśniłam dobrze w tym poście. A w następnej (to już zapewne po Nowym Roku, dlatego życzę wszystkim wszystkiego najlepszego) rzecz o "sekciarstwie naukowym".

środa, 19 grudnia 2012

Social justice? O tumblrowej "sprawiedliwości społecznej"

Tak jak obiecałam, ten post będzie krążył wokół pojęcia "social justice". Ma ono swój polski odpowiednik, ale do tego to jeszcze dojdę. Mam wrażenie, że ono zostało spopularyzowane przez sławny tumblr. Czy można zrobić jakąkolwiek "recenzję" tumblra, napisać całościowy, pełny artykuł na jego temat? Sądzę, że to trudne zadanie, choć można próbować. Jeśli chcecie mieć dobry, nie przecukrzony obraz tego portalu, odsyłam do tego wpisu

Tak jak widzicie w tytule wpisu, "social justice" ma polski odpowiednik, a mianowicie "sprawiedliwość społeczna". I tu się zaczynają kontrowersje tego terminu. Jest to bowiem pojęcie stosowane nawet w Konstytucji RP (artykuł 2):

"Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej."

"Sprawiedliwość społeczną" rozumie się dalej w następujący sposób (za Wikipedią): "W komentarzach do Konstytucji pojęcie to jest jednak definiowane jako nakaz tworzenia sprawiedliwego prawa i uchylania prawa niesprawiedliwego." Gdzie tu więc kontrowersja? Przyczyna jest prosta - termin u nas nie jest dobrze kojarzony, bo pochodzi żywcem z PRLu. Cytując publikację Małgorzaty Śliwki: "Klauzulę sprawiedliwości przewidywał art. 5 ustawy zasadniczej PRL w brzmieniu z 1976 roku, który stwierdzał, iż “Polska Rzeczpospolita Ludowa (…) urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej, likwiduje wyzysk człowieka i przeciwdziała naruszeniu zasad współżycia społecznego.” Rozwinięcie tej konstytucyjnej wartości znajdowało się w art. 19 ust. 3 Konstytucji, który wskazywał na to, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa winna wprowadzać zasadę “od każdego według jego zdolności, każdemu według jego pracy.” W okresie PRL zasadę tę traktowano jako doktrynalne uzasadnienie socjalistycznych wartości. Należy w tym miejscu dodać, iż mimo szerokiego katalogu praw socjalnych zapewnianych przez ówczesny system, uważa się, iż jego upadek był spowodowany między innymi niechęcią do realizowania idei sprawiedliwości społecznej, która zastąpiona została przymusową równością. Zapewnienie poczucia sprawiedliwości społecznej jest bowiem warunkiem legitymizacji każdego systemu."


Jednakże "social justice" w dzisiejszych czasach, w społeczeństwie amerykańskim, rozumie się inaczej. Jest to niejako dążenie do tego, aby nie dyskryminować żadnej grupy społecznej, tylko dać równe prawa, czy możliwości. Czyli niejako typowy lewicowy pogląd. Brzmi dość niegroźnie, jeśli się poprzestanie tylko na tym. Nie wiem, jak z innymi portalami społecznościowymi, ale "social justice" doczekało się już na tumblrze swoistego wypaczenia, żeby nie powiedzieć, patologii. Mam wrażenie, że to jest konsekwencja tego, co dzisiaj serwują nam uczelnie amerykańskie na kierunkach humanistycznych, ale i do tego jeszcze dojdę. W swoistej właśnie patologii jest to przede wszystkim doszukiwanie się na siłę rasizmu, czy seksizmu w każdej wypowiedzi, czy też żarcie. "Social justice" doczekało się nawet swojego mema, zwanego "Social Justice Sally".

Mem ten wyśmiewa przede wszystkim hipokryzję "obrońców uciśnionych", którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że broniąc mniejszość, tym samym dyskryminują większość.
Jak widzimy, bycie białym automatycznie nie pozwala zrozumieć problemu rasizmu.


















Mem ten doczekał się nawet swojej fandomowej wersji (o fandomie napiszę innym razem):
Oczywiście nie jesteś oprawcą. Pod warunkiem, że jesteś atrakcyjny.


















Generalnie prym w byciu "social justicer" wiedzie blog zwany Forfuturereferenceonly (w skrócie będę o nim mówić jako FFRO). Blogerka przedstawia się jako kobieta (cis-female, która nie ma problemów z identyfikacją płciową), studentka jakiegoś mieszanego kierunku, w którym jest miejsce zarówno na nauki humanistyczne, jak i przyrodnicze. Nie pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ale jej dobra znajomość zarówno angielskiego, jak i francuskiego pozwala mi zakładać, że prawdopodobnie jest Kanadyjką. 

Ze jej postów wynika, że jest ona zatwardziałą zwolenniczką "social justice", a także weganką, w dodatku w dość skrajnej postaci. Jej sława chyba zaczęła od czasu pewnego posta z gifem, na którym dziewczyna dostaje parówkami w twarz. W swoim komentarzu prosiła całkowicie poważnie, by otagować ten post jako "trigger", ponieważ widać na nim mięso. Ten post szybko trafił na prześmiewczego i popularnego bloga, "That's so meme"
Gwoli ścisłości: oznaczenie "trigger" tyczy się spraw, które są dość kontrowersyjne, u niektórych odbiorców mogą wywołać poczucie dyskomfortu, złe samopoczucie psychiczne lub nawet fizyczne (zaleca się tagowanie jako "trigger" postów, gdzie mamy szybkie, migające i jasne obrazy, bowiem może to szkodzić osobom z epilepsją, takie ostrzeżenie często znajduje się też na grach komputerowych). Niestety, przede wszystkim FFRO używa tego określenia w zły sposób, tym samym trywializując je. FFRO taguje w ten sposób posty o rzeczach, które w jakiś tam sposób ją denerwują, czy drażnią. Tymczasem "trigger" (ang. "spust") tyczy się rzeczy, które jak wspomniałam, nie każdy ma ochotę oglądać, bo np. przywołują traumatyczne wspomnienia. Najczęściej posty oznaczone "trigger" tyczą się samobójstwa, czy gwałtu, czyli bardzo delikatnych spraw. Ostatnio ktoś w dobitny sposób wyjaśnił to, lecz żadnej reakcji ze strony FFRO nie było:
Świat się nie kończy, ale zdaniem FFRO chyba nie każdy chce o tym czytać.
Blog jest irytujący momentami, a czasami chce mi się śmiać, kiedy czytam niektóre posty, z którymi każdy, kto myśli zdroworozsądkowo, nie może się zgodzić. Tak jak np. kwestia używania odpowiednich zaimków:
Uważaj na słowa! Czyli od zaimków osobowych po koncepcje patriarchalne.
FFRO preferuje stosowanie "neutralnych" zaimków w języku angielskim, takie jak "zir", "ze". Dlaczego? Bo przecież a nuż ktoś jest transgender i sobie tego nie życzy! I tu objawia się hipokryzja - bo nie wiem, jak dla innych, ale dla mnie jest to... Uprzedmiotowianie konkretnej osoby. Nawet jeśli ktoś się czuje innej płci, to czy właśnie nie lepiej byłoby stosować zaimków żeńskich do mężczyzny, który czuje się kobietą? Bo takie "pajacowanie" (przepraszam, ale nie mam innego słowa na to) jest równoznaczne z używanie zaimka "it" i wszelkich jego odmian, czyli stawianie kogoś na tym samym poziomie co zwierzę, czy przedmiot. A prawdopodobnie większość nie życzy sobie takiego traktowania. Ale co tam większość, większość jest przecież uprzywilejowana i nie jest w stanie zrozumieć problemów m.in. głodujących dzieci z Afryki. 

Takich postów jest mnóstwo, praktycznie musiałabym dać screeny z całego bloga. Widzi rasizm tam, gdzie go nie ma (np. w szachach), seksizm tak samo... I oczywiście każdy, kto jest biały, chrześcijaninem, hetero i nie ma problemów z identyfikacją płciową, a w dodatku jest w pełni sprawny fizycznie i umysłowo, jest jej zdaniem uprzywilejowany i nie ma absolutnie żadnych problemów. FFRO twierdzi, że zna się na koncepcjach nauk społecznych, na metodologii, itd. A ja mam wrażenie, że tak nie jest.

Podstawowe dwie zasady socjologii to: nic nie jest takie, jakie się nam wydaje oraz świat jest pełen nierówności. I z tym należy się liczyć, zanim zacznie się walczyć o jakiekolwiek prawa. Ponieważ nie można po prostu dyskryminować jednej grupy, a dać prawa drugiej. Nie można uważać też, że jest się lepszym, bo stosuje się taką, a nie inną dietę (w przypadku FFRO - wegańska, przy tym jest głucha na argumenty zdroworozsądkowe, mówiące, że nie jest to dieta dla każdego). Ciekawa jestem, jak zareagowałaby na stwierdzenie, które znam chociażby z własnego doświadczenia. Całkiem niedawno bowiem miałam okazję przeprowadzać ankiety z różnymi osobami. I jedyne pytanie, jakiego nie odczytywałam, było... Pytaniem o płeć. Dokładnie tak. Nawet uczyłam się o tym na metodologii, mieliśmy dyskusję, bo w sumie, jak mogłoby brzmieć takie pytanie? Po prostu zakłada się, że ankieter widzi z kim ma do czynienia, rozpoznaje po głosie lub ewentualnie po imieniu danej osoby. Znając FFRO, oburzyłaby się. 

Po drugie, prawdopodobnie nieświadomie ona stosuje przemoc symboliczną. Dlaczego? Przemoc symboliczna to współczesna koncepcja socjologiczna francuskiego socjologa Pierre'a Bourdieu, który łączył ją z koncepcjami Marksa dotyczącymi przede wszystkim nierówności. Uważał on, że ludzie mają określone zasoby - czy to materialne, czy bardziej duchowe, społeczne (jak np. wykształcenie). Prawdopodobnie każdy z nas, będąc w gabinecie lekarskim, widział kupę dyplomów na jego ścianach. Są to symbole wykształcenia. Bourdieu uważał, że posługując się właśnie takimi symbolami, krzywdzimy innych, bo sprawiamy, że czują się oni gorzej (lecz trzeba przyznać, wieszanie dyplomów jest tylko po to, aby pokazać, jakim to świetnym lekarzem nie jestem). W przypadku FFRO trzeba odwrócić sytuację. Ona dyskryminuje przede wszystkim większość, mówiąc o bliżej nieokreślonych przywilejach, nawet takich, jak posiadanie obu nóg czy rąk (tu należy zadać sobie pytanie, czy to jest przywilej?). Nie raz przez moment poczułam się gorzej tylko dlatego, że nie jestem taka biedna jak dzieci z Afryki, a tymczasem one głodują! Choć po chwili zawsze się łapałam na tym, że to wcale nie tak. Że jest to tylko kolejny rodzaj przemocy symbolicznej, a raczej powinniśmy doceniać to, co mamy, a nie umartwiać się, bo ktoś tam, w innych krajach tego nie ma (a dlaczego, o tym jeszcze kiedyś napiszę... Albo nawet w następnej notce). 

Trzeba przyznać jedno. Większość "oburzeń" FFRO polega na niezrozumieniu żartów czy sarkazmu innych użytkowników tumblra. Widać to dobitnie zwłaszcza tutaj:
A słowo marka coś komuś mówi?










Oczywiście nie wykluczam też tego, że być może to jest jeden wielki trolling, a autorka bloga robi sobie ze wszystkich jaja, kolokwialnie mówiąc. Niemniej jednak - zjawisko takie istnieje. Zdaje się, że to konsekwencja zachodniego systemu edukacji i poprawności politycznej. Do tego również dochodzi strach przed takimi zjawiskami jak rasizm, czy seksizm (zwłaszcza po doświadczeniach Amerykan w tym temacie). Nie można jednak nie mówić nic na ten temat, bo jestem osobiście zdania, że wtedy historia się powtórzy. Choć osobiście nie podoba mi się kierunek, do jakiego dążą kraje zachodnie (mam na myśli oczywiście nauki społeczne). W przeciwnym wypadku takich FFRO może być więcej, a za kilkadziesiąt lat świat może wyglądać właśnie tak*:
Świat niczym z Orwella, tylko tam nie można się śmiać i nikogo obrażać. 









*Oczywiście to parodia, nie mniej jednak bardzo trafnie podsumowująca blog FFRO. 

W następnej notce opowiem o tym, dlaczego tak naprawdę nie potrafimy współczuć ludziom, których dotknęła jakaś katastrofa na drugim końcu świata, czyli o obrazie, jakim przekazują nam media. 

sobota, 8 grudnia 2012

Powitanie i wyniki eksperymentu

O założeniu bloga na tematy socjologiczne, czy społeczne myślałam już od jakiegoś czasu, ale teraz się zebrałam do kupy i stwierdziłam, że może warto. Od jakiegoś czasu poruszam to i owo w journalach na dA, więc pora się przenieść na coś bardziej profesjonalnego. Nie znaczy to, że sobie olewam dA, ale jednak wolę zachować jednolitość. 

Może na początek coś o sobie - na imię mi Kasia, mam 22 lata (no, prawie 22,5), aktualnie studiuję socjologię, są to już studia magisterskie. Myślę, że tyle wystarczy na początek. Tytuł może jest dziwny, ale mogę wyjaśnić - skoro mówi się, że teoria jest "sucha", to ja tutaj chcę połączyć "suchą" teorię z faktami, z przykładami, który może zrozumieć każdy (a przynajmniej postaram się). Czyli chcę tę teorię niejako "zwilżyć" :) Przybliżyć przeciętnemu Czytelnikowi, któremu zazwyczaj socjologia kojarzy się z czymś niepotrzebnym, czymś, po czym można mieć tylko pracę w McDonaldzie. A dlaczego "krytycznym okiem"? Bo jednak nie mogę się zgodzić ze wszystkimi teoriami, które są poruszane na moich zajęciach. Od razu jednak z góry zastrzegam, że nie wszystko będzie tu miało charakter naukowy, a bardziej popularno-naukowy.

Przejdę teraz do mojego małego eksperymentu, który zrobiłam jakiś czas temu na deviantarcie. Teraz dla tych, którzy się zastanawiali, mogę ujawnić, o co chodziło.

Jakiś czas temu na zajęciach miałam omawiany tekst Ireny Machaj o tym, jak ludzie postrzegają siebie w zależności od miejsca zamieszkania - czy mieszkają w wschodniej, czy w zachodniej Polsce. Po to było mi potrzebne miejsce zamieszkania.

Oczywiście to nie było profesjonalne badanie, bo próba była raczej celowa, odpowiedzi miałam kilkanaście, ale rozkład wygląda następująco:


Czyli można zobaczyć, że większość wypowiadających pochodzi z terenów dawnej II RP (tylko jedna osoba wskazała zachodnią Polskę). Wiadomo, że przy próbie celowej nie mogę generalizować, ale wyszło mi coś całkiem ciekawego. 

Najpierw jednak o tym, co zakładała Irena Machaj i co wyszło z jej badania. Zadała ona dość proste pytanie ludziom - mianowicie, żeby dokończyli zdanie, kim są i kim chcieliby być w przyszłości. I wyniki wyszły... Bardzo zróżnicowane w zależności od regionu, miejsca zamieszkania.

Ludzie z zachodnich terenów bardziej wskazywali na takie cechy "grupowe", czyli przynależności do danej zbiorowości - np. "Jestem Polakiem", "Jestem kobietą", "Jestem pracownikiem", itd., podczas gdy respondenci ze wschodniej Polski wskazywali bardziej na cechy charakteru (atrybutalne), np. "Jestem dobrym człowiekiem", "Jestem mądra", itd. Co do tego, jak ludzie widzą siebie w przyszłości, to respondenci z obu grup byli bardziej zgodni ("Chciałbym być lepszy", "Chciałbym być bogaty"). I wg autorki badania na tym polega różnica w mentalności.

Ja spróbowałam powtórzyć w mniejszej skali to badanie i wyszło mi, że jednak moi "respondenci" podawali częściej cechy atrybutalne, cechy swojego charakteru. Nikt nie wskazał na to, że "jest Polakiem", "jest kobietą", itd. Choć zdaję sobie sprawę, że mogło to wynikać z tego, że może pytanie było źle zadane, może zbyt sugerujące. Po drugie, nie znam arkusza tamtego badania, więc nie wiem, czy było to pytanie otwarte, czy zamknięte, znam jedynie wyniki. 

Po drugie, z racji tego, że "respondenci" pochodzi właściwie tylko z terenów dawnej II RP, nie mam zbyt wielkiego porównania. Może, gdyby odpowiedziały osoby z Wrocławia, Szczecina, Zielonej Góry, miałabym lepsze wyniki. Ale bazuję tylko na tym. I póki co - pokrywa się z tamtym poprawnym, dawnym badaniem. Ludzie ze wschodniej Polski widzą siebie poprzez cechy charakteru, nie przynależności. Choć prawdę powiedziawszy, ciężko to uzasadnić czymkolwiek, jakoś wytłumaczyć. Potrzeba tu głębszych badań.

Za swoistą ciekawostkę mogę uznać jednak fakt, że większość nawet jak wymieniała cechy charakteru, to były one negatywne (najczęściej padało słowo "leniwa"), a respondenci chcieliby się zmienić na lepsze. Z czego to wynika? Może w naszej kulturze jest zakorzenione, by nie mówić o sobie w pozytywny sposób? To już pozostawiam do zastanowienia się Czytelnikom tego bloga.

Następny wpis będzie o czymś, co się zwie "sprawiedliwość społeczna" (ang. "social justice"), co można zaobserwować na tumblru ostatnimi czasy.